wtorek, 28 maja 2013

Bonus, bo nie mam czasu na pisane niczego, poza pracą dyplomową.

Bardzo bardzo bardzo przepraszam, że tak porzuciłam bloga na tyle tygodni. Tak zajęłam się pisaniem pracy, zaliczaniem kolosów, że nie miałam czasu nawet się podrapać po nosie. Dziś jest ostatni dzień z sześciodniowego ciągu pt. szkoła-praca-praca-szkoła. Jestem tak cholernie zmęczona, że jedyne co mogę dla Was zrobić, to wygrzebać coś z fragmencików, które pisałam dla zabawy i dać Wam, jako bonus. To ma trochę wspólnego z całym opowiadaniem. Oryginalnie miało być w prologu, ale zapomniałam o tym. Wyjaśnia dlaczego Hermiona i Ron mieszkają w domu po Syriuszu.
Mam nadzieję, że poczekacie jeszcze troszkę, na kolejną notkę. Wiem, że jestem szuja i taki cliffhanger zrobiłam, ale obiecuję, że jak tylko zaliczę wszystkie zaległości, to dalej przejdę do opowiadania. Może kogoś pocieszy fakt, że pod koniec czerwca będę miała operowaną nogę i prawdopodobnie będę unieruchomiona na aż 10 dni. Będę miała czasu na pisanie po pachy.
Pozdrawiam,
Wasza Astal





Dwie pary oczu – jedne złote a drugie niebieskie- wpatrywały się w siebie z nienawiścią. Pojedynek dwóch silnych charakterów. Dwie siły ścierające się ze sobą. Walka o terytorium, o prawo do bytu…
-      Nieeeee… - powiedział Ron Weasley.
Krzywołap przymknął oczy i machnął pogardliwie puszystym ogonem.  Hermiona przemknęła obok nich, w ogóle nie zwracając uwagi, że tu toczyła się walka na śmierć, życie i spojrzenia.
-      Nieeee – powtórzył Ron, ale kot tylko ziewnął ostentacyjnie.
-      Coś mówiłeś, kochanie? – zapytała Hermiona, która znowu pojawiła się obok, tym razem trzymając w objęciach kartonowe pudło.
-      Herm, wyjaśnij mi, dlaczego ta kula futra ma mieszkać z nami?
-      Przecież nie wyrzucę go, tylko dlatego, że się pobraliśmy – powiedziała Hermiona obronnym tonem. Sięgnęła i pogładziła męża po włosach, a potem taki sam gest wykonała względem kota. Ron miał wrażenie, że paskudne bydle spojrzało na niego triumfalnie. – On naprawdę nie jest taki zły. Polubicie się.
Ron już chciał uświadomić żonę, że to, co właśnie powiedziała jest szalone, gdy nagle zorientował się, że odkąd zaczął pojedynek na spojrzenia z kotem, dookoła niego niepostrzeżenie przybyło pudeł i pakunków.
-      Mmmm… Żono? – zawołał, rozglądając się dookoła bezradnie. Znowu gdzieś zniknęła.
-      Tutaj jestem – pomachała mu ręką zza jakiejś sterty pudeł. Była taka mała, że widział tylko końcówki palców jej dłoni.
-      Dlaczego tutaj jest tyle rzeczy?
-      Bo właśnie się wprowadziłam – w głosie Hermiony słychać było zniecierpliwienie.
-      Dlaczego nie powiedziałaś, że masz zamiar zmieścić wyposażenie dwóch domów w mojej kawalerce?
-      Naszej, Ron. To jest teraz nasza kawalerka.
Pojawiła się obok niego. Była zła, a we włosy wplątał jej się sznurek. Ron przygarnął ją do siebie i oboje ciężko usiedli na fotelu, który stał ściśnięty między wielką skrzynią pełną książek, a ścianą. Krzywołap zniknął gdzieś w tym całym bałaganie, a Ron miał cichą nadzieję, że już go nigdy nie znajdą. Gdzieś za nimi sterta książek przewróciła się na pudło z garnkami i narobiła strasznego huku. Oboje długo siedzieli w ciszy, zajęci obserwowaniem swojego miniaturowego mieszkania i nadmiaru rzeczy, jakie posiadali. Nagle Hermiona westchnęła.
-      My tu zginiemy, prawda?
-      Wszystko na to wskazuje, Herm… Zaraz nas coś zasypie, albo w ogóle podłoga się zawali i wpadniemy do sąsiadów.
Coś znowu upadło, ale tym razem rozległ się też syk kota. Ron uśmiechnął się mimo woli.
Pierwsza noc w nowym mieszkaniu była koszmarna. Nie było miejsca, aby wstawić gdzieś łóżko, więc Ron i Hermiona spali na materacu położonym na czterech warstwach książek. Nogi Rona wystawały poza materac i co gorsza, poza kołdrę, a Krzywołap konieczne chciał spać na jego twarzy, więc było mu z jednej strony gorąco a z drugiej zimno. Próbował powtarzać sobie, że żadne niewygody nie zniechęcą go do mieszkania z Hermioną, ale w środku nocy, gdy wielka sprężyna wystrzeliła z materaca centralnie w jego lewy pośladek, Ron dostał ataku paniki. Wstał i brodząc po kolana w rzeczach, udał się do łazienki. Ochlapawszy sobie twarz zimną wodą, usiadł na pralce i gapił się bezmyślnie na widziane przez otwarte drzwi graty, które stały w pokoju. Za stosami niepotrzebnych rzeczy, widział swoją żonę, zaplątaną w kołdrę i oświetloną przez światło księżyca. Był tak pogrążony w czarnych myślach, że zamiast podziwiać urok tego widoku, pomyślał, że nie mają jeszcze zasłon.


Następnego dnia rano, gdy siedzieli na materacu i jedli płatki kukurydziane prosto z paczki i popijali je mlekiem z butelki (Krzywołap nad ranem stłukł ich jedyne dwie miski), rozległo się pukanie do drzwi.
-      Wejść! – zawołał Ron, podczas gdy Hermiona przeżuwała garść płatków.
-      Gdzie wy jesteście? – głos Harry’ego był przytłumiony przez stertę pudeł, która oddzielała go od nich.
-      Tutaj – zawołali chórem.
Harry, niczym komandos przez tor przeszkód, przedarł się do swoich przyjaciół.
-      Wspaniały wystrój mieszkania. Muszę wam pogratulować gustu. Późny śmietnik, o ile się nie mylę, co? – zaczął złośliwie, ale na widok miny Hermiony, umilkł.
-      Chciałeś coś konkretnego, czy po prostu przyszedłeś sobie triumfować, że masz nadmetraż? – zapytała jadowicie, a Harry usiadł obok niej i wziął butelkę, którą trzymała.
-      Przyszedłem wam dać prezent ślubny – oświadczył, gdy już wypił porządny łyk mleka.
-      Stary dałeś już nam prezent.
-      A na ile starczą wam takie garnki, co? Z resztą uważam to za głupi prezent, ale Ginny się uparła. Ja chcę wam dać coś tylko i wyłącznie ode mnie.
Wyciągnął z kieszeni kurtki kopertę i wręczył Hermionie. Młodzi małżonkowie spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.
-      No dalej – ponaglił Harry, nie mogąc ukryć radości. – To nie jest wyjec, sam się nie otworzy.
Hermiona rozerwała kopertę, a na jej kolana wypał klucz. Ron podniósł go i przyjrzał się uważnie.
-      Czy to jest… - zaczął, ale nie mógł skończyć, bo jego żona nagle wydała z siebie zduszony okrzyk.
-      Och Harry!
Ron zajrzał jej przez ramię. W ręce trzymała pergamin, który razem z kluczem był w kopercie.
Był to akt własności domu przy Grimmauld Place 12.
-      Nie możemy tego przyjąć – powiedziała słabym głosem Hermiona, a Harry zrobił obrażoną minę. – To wspaniały prezent, ale przecież…
-      To i tak za mało. Ludzie, którzy uratowali mi życie tyle razy, powinni dostać ode mnie o wiele więcej, ale pomyślałem, że na początek przyda im się dom.


7 komentarzy:

  1. Urocze!!!! Tylko czemu takie krótkie? :P Zawsze wszystko co piszesz jest dla mnie za krótkie :)
    Wejście Harrego - przezabawne - uwielbiam Twój humor.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze lubiłam Rona i Hermionę, nawet zanim sami się dowiedzieli, że lubią siebie nawzajem. Tak samo mocno polubiłam Twoją miniaturkę, masz ogromne wyczucie do ludzkich charakterów - zawsze smakowicie i autentycznie opisane.

    Pozdrawiam,
    Mil

    OdpowiedzUsuń
  3. supcio my dear:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak dobrze przeczytać coś ludzkiego..dzięki za to;) teraz rozumiem co miałaś na myśli mówiąc, że filologia polska to zło..trzymaj kciuki za moją poetykę i hlp!! pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę trzymać! Moja poetyka to była tortura, ale jakoś zaliczyłam. Niestety nie mogę powiedzieć, że coś z niej pamiętam :D

      Usuń
  5. Hej. Jak zdrówko i a zwłaszcza twoja nóżka?
    Pamietamy o tobie i twoich notkach:D:D:D

    LiLY - ta co zawsze prosi o duzo tekstow o niej:P

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudownie <3
    Zaczęłam od bonusów,bo... Lubię bonusy? XD

    OdpowiedzUsuń