poniedziałek, 16 stycznia 2017

Rozdział Trzydziesty Trzeci 1/2 - Tajemnicza dziewczyna i test ciążowy

 Cześć kochani! Mam dla Was dobrą wiadomość! Znowu piszę!
Książkę, fanfikcję, nawet dwie, oraz pewien artykuł o fanfikcjach. Dam Wam znać, jeżeli zostanie zaakceptowany :) 
Przepraszam, że to takie krótkie. Mam mało czasu, a jak na złość wiele natchnienia. Produkuję dla nowego fandomu i to w języku angielskim. Wiem, że może większość z Was nie ogląda głupawych kreskówek, ale jeżeli macie ochotę mnie poczytać to zapraszam tu. Obiecuję, że będę ten rozdział będzie kontynuowany. 
Jakiś czas temu stało się coś niesamowitego. Gdy byłam w pracy podeszła do mnie pewna osóbka i zapytała czy ja jestem Astal. Ludzie! Zostałam rozpoznana! Poczułam się jak ktoś sławny :D Nie macie pojęcia jakie to wspaniałe uczucie :D Przeżywałam to przez cały dzień. 
Ej i wiecie co jeszcze? Rhandir się oświadczył! Po 11 latach naszego głupawego związku jesteśmy zaręczeni! Za rok w sierpniu będę czyjąś żoną! 

~*~
Dzwonek zadzwonił już dawno, ale Albus się nie śpieszył. Tak, wiedział, że powinien wystrzelić z klasy jako pierwszy i pognać jak rakieta, bo James na niego czekał gdzieś tam na górze, pod swoją klasą, ale jakoś nie mógł wycisnąć z siebie ochoty, aby gnać na łeb na szyję, żeby opiekować się bratem. Powoli pakując książki do torby, kątem oka uchwycił natarczywy wzrok Rose, która stała w progu klasy i wymownie pokazywała na zegarek.
-        James czeka – wysyczała, gdy on w końcu zdecydował się wyjść na korytarz.
-        On się przecież nigdzie nie wybiera – burknął chłopiec, poprawiając torbę zarzuconą na ramię. – Co zrobi? Pójdzie sobie?
Rose parsknęła, po czym kiwnęła głową w stronę schodów. Albus, chcąc, nie chcąc ruszył przed siebie. Wiedział, że zachowuje się okropnie, ale miał ku temu powody. Jim nie był najłatwiejszym pacjentem. Zachowywał się niczym rozpuszczony panicz, wydzierając się na wszystkich od rana do wieczora. Z początku ludzie chętnie mu pomagali, ale szybko zniechęciło ich jego wieczne niezadowolenie. No i w końcu został sam Albus. Nawet reszta rodziny wycofała się powoli, powtarzając bez przekonania zapewnienia, że pomogą w razie potrzeby.
-        Pośpiesz się, Albus! – ponagliła go Rose, a on przewrócił oczami, poprawiając zsuwające się z nosa okulary.
Zanim jednak zdążył dotrzeć na szczyt schodów, ujrzał idącą ku niemu Natalię Bendig. Byli mniej więcej tego samego wzrostu, a dziewczyna była o połowę od niego chudsza, ale gdy tak maszerowała, trzymając pod pachą miotłę, wyglądała przerażająco.
-        Potter! – zawołała, łapiąc go za kaptur szaty i wlokąc za sobą ku sali wejściowej. – Idziesz ze mną!
-        Ale… ale…
-        Żadnych „ale”! Jeden Potter jest niedysponowany, to biorę drugiego!
-        Ale ja mam lęk wysokości!

Jim szurając butami ze zniecierpliwieniem, stał pod ścianą i czekał. Albus powinien już tu być. Niepotrzebnie odgonił Thopera i Carla, którzy chcieli pomóc. Wiedział, że śpieszyli się na swoje zajęcia i nie mieli wiele czasu, aby odprowadzić go do wieży Gryffindoru. Mijali go inni uczniowie, słyszał ich głosy i dźwięk kroków. Nikt jednak nie zapytał go czy mógłby mu w czymś pomóc. Nic dziwnego, już od tygodnia wszyscy widzieli braci Potter wędrujących razem po szkole, wiec oczekiwali, że Albus zaraz zjawi się po brata.
W końcu James, gdy już zorientował się, że Al nie pojawi się w najbliższej przyszłości, mnąc przekleństwo w ustach ruszył przed siebie, mając nadzieję, że po omacku znajdzie drogę. Niestety, nie uszedł za daleko, gdyż udało mu się przejść zaledwie sto metrów, a potem potknął się o cokół popiersia jakiegoś sławnego dyrektora szkoły i wywinął spektakularnego orła. Dookoła zadźwięczały upadające na podłogę jego przybory szkolne, które wysypały się mu z torby.
Nagle za nim zaszurały czyjeś kroki, a chwilę później jakieś drobne ręce ujęły go pod pachy, aby pomóc mu wrócić do pozycji pionowej.
-        Potter? James Potter?
-        Kim jesteś? – zapytał Jim, odwracając się w stronę skąd dochodził głos. To była jakaś dziewczyna, ale za nic nie mógł skojarzyć, kto to taki. Być może już kiedyś słyszał ten głos, ale nie mógł sobie przypomnieć kiedy.
-        Nie ważne – powiedziała z wyraźną irytacją w głosie. – Co ty wyprawiasz? Gdzie twój brat?
James prychnął pogardliwie, na wspomnienie zdradzieckiego brata. Już szykował wykład, jakim go uraczy po powrocie do wieży.
Ach właśnie… wieża… Musiał jakoś się tam dostać. Był w klasie zaklęć, czyli na czwartym piętrze, aby dotrzeć się do obrazu Grubej Damy, powinien iść korytarzem w lewo, potem w prawo, następnie wspiąć się jeszcze trzy piętra, pod drodze uważając na ruchome schody na piątym i stopień pułapkę na szóstym. Tak, przy dobrych wiatrach i odrobinie szczęścia, aby nie spotkać Irytka, dotrze do swojego pokoju najwcześniej w przyszły piątek. Oczywiście biorąc pod uwagę, że nie zeżre go coś po drodze, ani nie opęta jakiś duch.
-        Odprowadzić cię do twojego pokoju wspólnego? – zapytała dziewczyna, jakby wyczuwając jego niepokój.
Westchnął, a potem skinął głową, niechętnie. Chwilę potem poczuł jak zarzuca mu jego torbę a ramię, a potem łapie za rękę i wiedzie gdzieś w nieznane. Miała małe dłonie o krótkich paznokciach, a jej włosy pachniały słodko. To było coś jakby… karmel? Pewnie miała jakiś słodki szampon. To był bardzo przyjemny zapach i Jim ponownie miał wrażenie, że już go kiedyś czuł.
-        Czy ja cię znam? – zapytał w końcu, gdy po raz kolejny raz skręcili w lewo.
-        Być może – odpowiedziała zdawkowo, a potem zatrzymała się. – Uważaj, schody.
Delikatnie ujęła go pod ramię, pozwalając mi oprzeć się na swoim barku. Była niska, raczej drobna. Z początku wątpił, czy utrzyma jego ciężar, ale okazało się, że nie jest jakimś pierwszym lepszym chuchrem.
-        Słuchaj, powiedz mi swoje imię – nie dawał za wygraną James, gdy wspinali się w górę.
-        Nie będzie ci to potrzebne, Jamesie Potterze – burknęła, popychając go lekko, aby przyśpieszył.
-        Ale…
Nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna zatrzymała się nagle, a on wpadł na nią, zaskoczony.
-        I jesteśmy na miejscu – oświadczyła, biorąc jego rękę i kładąc na ramie obrazu Grubej Damy, aby sam mógł się przekonać gdzie jest. – Cieszę się, że mogłam pomóc.
Jej buty zastukały na posadce, a serce Jima zaczęło nagle bić jak oszalałe. Wyciągnął rękę w kierunku gdzie powinna być dziewczyna, ale jego dłoń natrafiła pustkę.
-        Poczekaj! Zobaczymy się jeszcze? Chciałbym ci jakoś podziękować.
Parsknęła, jakby chciała się zaśmiać złośliwie.
-        Coś ci powiem, Jamesie Potterze. Co, jak co, ale ty mnie na pewno nie zobaczysz…

Dzięki niebiosom za ciotkę Hermionę i jej mugolskie wynalazki medycyny. Victorie i Teddy siedzieli na kanapie i wpatrywali się w test ciążowy. Chwilę temu Vic wyszła z łazienki z białym plastikowym ustrojstwem i położyła go na stoliku do kawy, a teraz dwójka nastolatków przeżywali najdłuższe pięć minut w swoim życiu.
-        Nie mogę się doczekać – wyznał Teddy, łapiąc dziewczynę za rękę.
-        Ja też…
Minęła dopiero minuta, a oni już byli kłębkami nerwów. Victorie starała się ze wszystkich sił, aby uśmiech pozostawał cały czas na jej twarzy, pomimo burzy przerażenia, która rozgrywała się w jej środku.
-        Mam nadzieję, że to będzie dziewczynka – palnął Teddy, a Vic cała zdrętwiała.
-        Ja… ja chyba wolałabym chłopca – uśmiechnęła się, zakładając pasmo włosów za ucho.
-        W sumie nie ważne, co to będzie. Najważniejsze, że będzie zdrowe i będzie miało kochających się rodziców – oświadczył on, a ona skinęła głową.
-        Byle tylko nie miało piegów – dodał, żartobliwie, a Victorie poderwawszy gwałtownie głowę, spojrzała na niego, szeroko otwartymi oczami.
-        Słucham? – wycedziła, Teddy, kompletnie nieświadomy fali nienawiści, która zmierzała w jego stronę, zaśmiał się, wzruszając ramionami.
Dla kogoś z klanu Weasleyów, piegi były czymś więcej niż niewystarczająca ilość melaniny w skórze na twarzy, były jakby ich wizytówką, znakiem rozpoznawczym. Pomimo, że Vic i jej bracia byli Weasleyami, nie mieli rudych włosów, ale posiadanie ich piegów było dla nich czymś w rodzaju symbolu przynależności.
Teddy spojrzał na nią i uśmiechnął się.
-        No wiesz, każdy z twojej rodziny je ma. Może, chociaż nasze dziecko nie będzie – zażartował.
-        A ja mam nadzieję, że nie będzie zmieniało koloru włosów chociaż przez pięć minut! – warknęła, a on skrzywił się, podczas gdy jego czupryna przybrała karmazynowy kolor.
-        Albo, że nie będzie tak skrzeczeć przez nos, jak twoja matka – odparował, odsuwając się na kanapie trochę od dziewczyny.
Victorie nabrała powietrze w policzki, jakby dławiła się niewypowiedzianymi słowami, które zakłębiły się jej w głowie.
-        Albo będzie straszną fleją…
-        Albo, że będzie się czepiać o głupoty!
-        Albo będzie wiecznie dzieckiem i nie będzie chciało nigdy dorosnąć i zacząć zachowywać się wreszcie jak dorosły!
-        Mieszkanie z babcią jest po prostu ekonomiczne! Ona ma wielki dom i mieszka sama! Pomagam jej!
-        Chyba robić bałagan! Nawet nie dokładasz się do wydatków!
-        Moja babcia przecież o to nie prosiła!
-        I nie powinna, bo to powinieneś robić sam z siebie!
Nawet nie zauważyli, kiedy oboje wstali z kanapy i zaczęli krążyć po pokoju, wymachując rękami dziko. Ta złość siedziała w nich od dawna, ale nie było nigdy okazji, aby dać jej upust. Dopiero teraz, gdy byli zmęczeni, przestraszeni i niewyspani, wszystko z nich wyszło. Stali naprzeciwko siebie, dysząc ze złości, niczym dwa byki na corridzie.
Gdy Teddy już otwierał usta, aby uraczyć Victorie kolejną porcją złośliwości, gdy ona nagle zamarła, wpatrując się w biały kawałek plastiku leżący na stole między nimi. Poczuł jak serce podchodzi mu do gardła. Minęło już pięć minut. Oboje rzucili się na kolana, przepychając łokciami, aby móc być tym pierwszym, które zobaczy wynik.
Po kilku sekundach ciszy i bezruchu, Victorie wybuchnęła histerycznym płaczem.

-        Och, skarbie nie płacz… - Teddy otoczył dziewczynę ramionami, pozwalając jej oprzeć głowę na swojej piersi. – Będziemy próbować jeszcze raz. Tylko może nie teraz. Wyprowadzę się od babci, znajdę prawdziwą pracę… Weźmiemy ślub. Po kolei wszystko.

niedziela, 23 października 2016

Jeszcze nie umarłam!


Moi kochani wiecie, że Was przepraszam za te gigantyczne przerwy między rozdziałami. Naprawdę wciągnęło mnie pisanie czegoś mojego. Wszystko idzie dobrze, a może powinnam powiedzieć, że szło by, gdybym przestała majstrować przy pierwszym rozdziale. Może kiedyś będę zadowolona.
Tak, jak mówiłam, nie będę publikować tu dużo o mojej książce, bo mam nadzieję, że pomysł na fabułę jest na tyle oryginalny, że może kogoś zainteresuje i mnie wyda.
Zamieszczę kilka fragmentów, tak tylko po to aby Was podenerwować :P

I
-          Zaraz. Chwileczkę – Wanda odsunęła się, za wszelką cenę chcą zwiększyć dystans między nimi. Teraz nie była już taka pewna na sto procent czy nie wariuje i to wszystko, co się działo, to nie były jej halucynacje. - Chcesz, żebym uwierzyła, że jesteś czymś w rodzaju żywego tuszu i żyjesz w książce?
-          Tak!
-          I że masz pokonać tego potwora?
-          Tak!
-          A ja mam ci w tym pomóc?
-          Tak! Właśnie tego chce!
-          Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak to absurdalnie brzmi?!

-          No wiem, ale co ja mogę?!

II
Wanda zamarła, czując jak taksuje ją spojrzeniem, dokładnie analizując każdy element jej twarzy. Widziała już takie sceny, czytała o nich w komiksach. To był ten moment.
Tak właśnie odnajdywali się przeznaczeni sobie ludzie.
Tak zakochiwali się od pierwszego wejrzenia.
Tak zaczynały się najpiękniejsze historie miłosne.
Chłopak zmarszczył brwi, otworzył usta i wziął wdech, a ona poczuła ciarki na plecach. Serce biło jej szybko, jak małemu królikowi.
-          Kim ty do cholery jesteś?

III
Obudził ją skurcz. Koszmarny, paraliżujący ból nogi sięgający od prawej stopy, aż po biodro. Poderwała się z krzykiem, łapiąc się za łydkę. W jednej chwili spała, w drugiej zaś już była przytomna. Nie było w tym stanu pośredniego.
-          Nie drzyj się tak - usłyszała zaspany cienki głosik zza swoich pleców.
Krzyknęła znów, tym razem z zaskoczenia i chciała się odwrócić, ale straciwszy równowagę, widowiskowo zleciała z łóżka.
-          No nie mów.... zakładam, że właśnie pomyślałaś “to wczoraj przecież był sen” - sennie westchnęła Solaris, patrząc spod przymrużonych powiek na dziewczynę. Leżała zwinięta w kłębek na poduszce. - To takie banalne…
Wanda wpatrywała się w nią w milczeniu dłuższą chwilę.
Musiała zrobić w głowie szybkie podsumowanie, aby sprawdzić czy nie zwariowała.
Miała na imię Wanda, jej ulubionym kolorem był czerwony a wczoraj zupełnie przypadkiem została superbohaterką.
Tak, mimo, że brzmiało to, jak szaleństwo, wszystko się zgadzało.

IV
 Otworzyła usta, skupiając cała swoją wolę na tym, żeby wydobyć ze swojego gardła słowa. Wiedział jak ma na imię! WIEDZIAŁ!
-            Um… - wydusiła, uśmiechając się nerwowo. No dalej dziewczyno, krzyczała wewnętrzna Wanda, użyj słów! Polskiego alfabetu, do cholery! - Cześć! Um… D-Dominik… um... - zdołała powiedzieć na głos, czując jakby był to wysiłek porównywalny do wbiegnięcia na czwarte piętro na pełnym sprincie. W samą porę, bo jeszcze chwila zwłoki i było by dziwnie. - Byłam… ciekawa…
No brawo, pogratulowała sobie sarkastycznie w myślach. Aleś ty głupia, Wanda. Bohaterki twoich opowiadań są mistrzyniami flirtu, a ty nie umiesz nawet zdania sklecić przy chłopcu!


No i to na razie wszystko. Tak jak mówiłam, całość jest jeszcze w budowie i wiele rzeczy zmienia się z dnia na dzień. Chciałabym jednak mieć już większość ukończoną przed latem przyszłego roku. 
Trzymajcie kciuki!

Co do tego bloga... No cóż staram się coś pisać, ale pomimo, że kocham fanfikcje, to mam mało czasu i muszę dzielić go tak, aby móc pisać moją książkę. Zaplątałam się też w nowy fandom i niestety z niego popełniłam kilka fików, a do tego pracuje jak normalna dorosła osoba, którą tak na prawdę nie chce być. 

Jakby kto miał ochotę na jakieś piwo albo kawę w Warszawie dajcie znać. 

Buziaki,
Wasza Astal 

sobota, 9 lipca 2016

Rozdział Trzydziesty Czwarty - w którym Jim ma problem, Louis ma problem a Victorie i Teddy sami sobie problem zrobili.

 Niczym feniks z popiołów powracam do naszego opowiadania. Dobrze się bawiłam, pisząc je. Ostatnio cały czas piszę. Nie ważne czy w domu czy w pracy. Piszę też jadąc do Warszawy, kiedy to wracam z weekendu w domu, który w sumie też spędzam na pracy, tyle że na weselach. Pisanie daje mi radość i czuje, że nie jestem sama przez to. Mam Was, moi drodzy czytacze. Mam nadzieję, że wybaczycie mi nie jeden, ale dwa clifhangery :)
Następny odcinek już niebawem.
Pozdrawiam,
Wasza Astal - nadal nienawidząca swojej pracy




Albus gnał przez korytarz, wlokąc za rękę zapłakaną Lily. Wpadli z hukiem do skrzydła szpitalnego. James leżał na łóżku pod oknem i miał opatrunki na oczach oraz dłoniach. Uzdrowicielka – panna Applebloom – pochylała się nad nim polewając je czymś żółtym.
Lily na ten widok zaniosła się rozpaczliwym szlochem.  Albus uznał, że musi zachować zimną krew, chociaż coś mu się wydawało, że i tym razem jego brat ucierpiał z powodu swojego ptasiego móżdżku.  Uzdrowicielka przerwała i podniosła oczy na rodzeństwo Potterów.
- Czy to coś poważnego? – zapytał ją Albus przerażony.
- Twój brat miał chyba więcej szczęścia niż rozumu. To nic, czego nie mogłabym naprawić. Jednak nie będzie zachwycony, tym co mam mu do powiedzenia. Ten dziwny wywar, który wybuchł mu w twarz, spowodował, że przestał widzieć.
- Nie! – zawyła Lily, podbiegając do uśpionego starszego brata. Albus za jej plecami zrobił się najpierw zielony a potem biały.
- Spokojnie dzieci! – zawołała panna Applebloom, uspokajając ich gestem. – Nie oślepł na stałe. Niestety nie mogę w ciągu jednego dnia nareperować tego. Za dwa tygodnie, może trzy, odzyska wzrok. Poza oczami, spalił sobie brwi i trochę poparzył ręce. Nic poważnego, ale mocne było to, czym się uraczył. Profesor Adryk dostarczył mi w fiolce to, co zostało z jego tworu. Na razie nie umiemy tego zanalizować, ale być może, gdy odzyska przytomność, pomoże nam w identyfikacji składników.
Zostawiła ich przy łóżku Jamesa i poszła zająć się jakimś pierwszakiem, który wpadł do skrzydła szpitalnego rozhisteryzowany i z fioletowymi mackami, zamiast dłoni.
Albus usiadł w nogach łóżka brata, a Lily nadal pochlipując kucnęła obok, cały czas ściskając dłoń chorego w swoich rękach.
- Mama urwie mu głowę, jak się dowie – zawyrokował Al, a Lily kiwając głową, pociągnęła soczyście nosem.
- Jak myślisz, co on będzie przez te trzy tygodnie robił?
- Trzeba będzie go prowadzać jak ślepego… O rety, tylko on potrafi zrobić sobie coś takiego. Jak bardzo zidiociałym trzeba być, żeby zdetonować sobie kociołek w twarz?
- Albus… jeżeli za chwilę się nie przymkniesz, to ci przefasonuję buźkę.
Al i Lily podskoczyli z krzykiem, niespodziewanie słysząc zachrypnięty głos starszego brata.
- Dlaczego tu tak ciemno? –chciał wiedzieć Jim. – Zapalcie światło. Czemu w takiej ciemnicy siedzimy?
Rodzeństwo spojrzało po sobie. Lily oczywiście nie nadawała się na kogoś, kto powinien uświadomić Jamesa o jego temporalnej ślepocie. Chcąc, nie chcąc wziął na siebie tą rolę średni z Potterów. Wstał, odchrząknął i zbliżył się do brata.
- Jimbo, słuchaj…  Panna Applebloom powiedziała nam, że przez jakiś czas możesz mieć problemy z oczami.
- Czyli nie jest ciemno?
- No, nie.
James zaklął na głos a Albus oburzył się, upominając brata, że robi to w obecności Lily. Najstarszy Potter jednak nie przejął się i zaczął miotać się na łóżku, obmacując sobie twarz i przy okazji odkrywając, że opatrunki ma także na dłoniach.  W końcu uświadomił sobie, że cokolwiek zrobi, nie poprawi swojego stanu na chwilę obecną, więc usiadł spokojnie i zwrócił twarz w stronę, skąd dochodził głos Albusa.
- Ile? – zapytał, ale odpowiedziała mu pełna napięcia cisza.- Albus, pytam się ile to będzie trwało!
- D-do trzech tygodni – odezwała się wreszcie Lily i złapała go ponownie za rękę.- Nie martw się, to niedługo, Jimbo. Będziemy się tobą zajmować i… i pomagać ci… Jeżeli chcesz, napiszę do mamy i zabiorą cie na ten czas do domu…
- Nie!
- James nie krzycz na nią!
- Uhm…. Przepraszam Lil…
- Nie ma sprawy – zabulgotała Lily, a potem wysmarkała się głośno. – Tak myślałam, że nie będziesz chciał wrócić.
- No cóż - odezwał się Jim po dłuższej przerwie, najwyraźniej podejmując w głowie jakąś decyzję. - Trzydzieści dni to nie jest tak długo, prawda?
- To cały miesiąc - uściślił Albus, a James zacisnął usta.
- Al…
- Tak?
- Bądź tak miły i przypomnij mi po tym miesiącu, że mam cię udusić, dobrze?


Harry nienawidził pokoju do przesłuchań równie intensywnie, co sami przesłuchiwani. Przypominały mu się czasy Ministerstwa Magii kiedy to ludzie Voldemorta przejęli nad nim kontrolę, zamieniając je w coś na kształt organizacji policyjnej i sam musiał występować tu w roli oskarżonego. Jednak był szefem aurorów i musiał być dziś tu obecny.
Na krześle, zakuty w kajdanki, siedział blady, wymizerowany czarodziej o ciemnych włosach i złym, wściekłym spojrzeniu.
- Więzień numer 005789 - zahuczał Mortimer Crowdley, auror odpowiedzialny za schwytanie tego człowieka. - Imię, nieznane, nazwisko, nieznane. Pojmany na miejscu zbrodni z różdżką w ręce. Śledztwo wykazało, że to on rzucił zaklęcie uśmiercające,  Oskarżony nie ma obywatelstwa Wielkiej Brytanii, przebywa na terytorium kraju prawdopodobnie nielegalnie.
Mężczyzna na krześle wpatrywał się w Crowdleya nieruchomo, nienawistnym wzrokiem, nie dając po sobie poznać nawet najmniejszym ruchem, że rozumie co mówi auror.
Harry spojrzał na papiery, które leżały przed nim na stole. Między kartki wsunięte były także zdjęcia miejsca zbrodni. Gdy na nie patrzył, robiło mu się niedobrze - zdewastowane mieszkanie, wszędzie pełno krwi. To wyglądało na robotę więcej niż jednej osoby, jednak gdy aurorzy dotarli na miejsce, oprócz ciała pracownika ministerstwa, znaleźli tylko tego mężczyznę. Był nieprzytomny i ranny, ale żył.
- Czy oskarżony rozumie postawione mu zarzuty?
Blady człowiek nadal ani drgnął. Wyglądał jak szaleniec z tymi poczochranymi włosami i podkrążonymi oczami.
- Oczywiste jest, że oskarżony jest niepoczytalny - odezwał się ze zniecierpliwieniem przedstawiciel nieobecnego na sali ministra magii. - Proponuję, żeby umieścić go ośrodku dla obłąkanych o zaostrzonym rygorze i…
Urwał, bo zimny histeryczny śmiech potoczył się po sali. Wszyscy zgromadzeni zamarli, przerażeni tym dźwiękiem.
- Możecie mnie nazywać szalony - odezwał się niespodziewanie oskarżony, pochylając się na krześle najgłębiej, jak tylko pozwalały mu kajdanki. - Ale ja wiem co nadchodzi!
Miał ostry rosyjski akcent. Gdy mówił jego twarz jakby ożyła, wróciła mu mimika twarzy a oczy poruszały się szybko, jakby chciał spojrzeć na każdego siedzącego przed nim człowieka w tym samym czasie.
- Czy oskarżony chce złożyć zeznania? - zaryzykował Crowdley, niepewnie zerkając na Harry’ego.
- Zeznania - wypluł mężczyzna, potrząsając głową. - A co was, na tej wyspie na końcu świata obchodzą nasze sprawy? Co wy, głupi Anglicy, możecie wiedzieć o wschodzie?
- Czy oskarżony przyznaje się do zarzucanych mu win?
Mężczyzna znów zaczął się śmiać. Wierzgał dziko nogami i rzucał się na krześle, jakby w konwulsjach.
- Dość tego cyrku - odezwał się Harry, wstając. - Przynieście veritaserum. To oczywiste jest, że nic tak z niego nie wyciągniemy.
Nagle mężczyzna umilkł, zatrzymując swoje szalone oczy na Harrym. Uśmiechnął się paskudnie.
- Złota księżniczka was zniszczy! Pożałujecie, że się w to wplątaliście…
Urwał, otwierając usta, tak jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zakrztusił się i zaczął niespodziewanie charczeć. Oczy wyszły mu na wierzch, a twarz zrobiła się bordowa jak od wysiłku.
- On się dusi! - zawołał przedstawiciel Kingsley, podrywając się z miejsca. - Przestańcie natychmiast! Kto to robi?
Harry dopadłszy do oskarżonego, potrząsnął go gwałtownie za ramiona. W słabym świetle sali przesłuchań, udało mu się dostrzec, że coś błyszczącego i cienkiego niczym włos, ciasno oplata szyję mężczyzny. Paznokciami próbował to zedrzeć, ale bezskutecznie. Zaciskało się to tylko mocniej i mocniej, a Harry mógł tylko patrzeć, jak człowiek przed nim desperacko łapie hausty powietrza, a potem blednie, jego oczy mętnieją i w końcu głowa opada na pierś. Jego całe ciało zwiotczało, a potem osunęło się z krzesła na podłogę z makabrycznie siną skórą i rękami wykręconymi przez kajdanki.
- Harry spieprzaj od niego! Może mieć na sobie jakąś klątwę! - krzyknął Crowdley, zapominając o formułkach grzecznościowych i o tym, że zwraca się do swojego szefa.
- To nie klątwa - odezwał się Harry, sięgając po dziwną tęczową linkę, która teraz luźno zwisała na szyi trupa. - To coś jakby…
Syknął z bólu, odskakując. Linka oplotła na chwilę jego palec, przecinając skórę w paru miejscach, a potem zaczęła się wić dziko, niczym wściekły wąż i uciekła na podłogę. Zanim ktoś zdołał nawet pomyśleć co zrobić, targnęła się konwulsyjnie a potem po prostu wyparowała, zostawiając na podłodze czarny ślad.
Harry zaklął. Zaczął dzień z jednym trupem, a skończy z dwoma, z dziwnymi groźbami i do tego z najdziwniejszym narzędziem zbrodni, jakie widział w całym swoim życiu.






Zły humor Jima skutecznie utrzymywał się przez cały okres jego pobytu w szpitalu. Mimo wielu gości, kilogramów pocieszających słodyczy, nadal był wściekły i obrażał wszystkich dookoła. W końcu nikt poza rodziną nie był na tyle odważny, aby wytrzymać z nim dłużej niż pięć minut.
Gdy w końcu wypuszczono go ze skrzydła szpitalnego, był początek marca. Przegapił mecz quidditcha z ślizgonami, którzy roztarli na proch gryfonów, pozbawionych szukającego oraz ducha walki, i pięli się w górę po zwycięstwo. Najgorszy dzień miał jeszcze nadejść, bo oto gdy wychodził ze szpitala, pod drzwiami czekała na niego kapitan drużyny - Natalia. Albus poinformował go szeptem na ucho, że dziewczyna ma w rękach wielką kartkę z napisem “witaj z powrotem Potter” i jeszcze większy uśmiech.
Niestety uśmiech Natalii zrzedł, gdy zobaczyła, że jej najlepszy zawodnik ma na oczach opaskę i opatrunki.
- Czemu on to ma na twarzy? - powiedziała zimnym głosem, opuszczając kartkę.
- Natalio widzisz… - zaczął Albus, starając się nie dopuścić do wybuchu wulkanu wściekłości.
Natalia Bendig była czarownicą polskiego pochodzenia urodzoną na wyspach. Jej rodzice przyjechali na studiach do Wielkiej Brytanii w ramach projektu badawczego i już zostali. Tu tez urodziła się ich córka. Dbali jednak o porządną edukację jej w zakresie historii kraju przodków oraz języka. Natalia płynnie mówiła po polsku i czasami, w stanach wielkiego wzburzenia, automatycznie przechodziła na język ojczysty, przerażając kolegów dziwnie brzmiącymi dźwiękami.
- Młodszy Potter! - krzyknęła Natalia, dopadając do Jamesa. - Czemu nie zdjęli mu tego z ryja? Dlaczego on nadal nie widzi?!
- Jego oczy wrócą do siebie dopiero za dwa do trzech tygodni - pisnął Albus, starając się ratować brata ze szponów wściekłej Polki.
- Ile? Potter my mamy mecz do wygrania! Puchar do odzyskania!
- Natalia nie drzyj się tak! - warknął Jim. - Ja jestem ślepy, nie głuchy!
- Ale dlaczego jesteś ślepy? Dlaczego mi to robisz, James?
Zaczęła mówić coś bardzo szybko i bardzo po polsku. Obaj bracia instynktownie zrobili krok w tył, aby odejść z pola jej rażenia.
- To się tak nie skończy! - zawołała w końcu, czystą angielszczyzną. -Nie mogę cię wywalić z drużyny, Potter, ale wiedz, że pożałujesz!
- Wiesz nie tylko ty cierpisz z powodu moich oczu! - warknął James, a Albus poklepał go pocieszająco po ramieniu.
- Już poszła, Jimbo.
- Boże, jak dobrze, bo wściekłaby się na mnie jeszcze bardziej.
Dalszą drogę do wieży Gryffindoru przebyli w ciszy, groźba Natalii wisiała nad nimi jak fatum. Wszystkie ciekawskie, wściekłe, rozbawione spojrzenia kierowane na Jamesa dzielnie brał na siebie Albus, taktownie milcząc. Członkowie drużyny byli zrozpaczeni, ale na szczęście żaden z nich nie zareagował tak, jak Natalia. Starali się być wspierający i podtrzymywać załamanego starszego z braci Potter. Thoper i Carl litościwie zgodzili się zaopiekować Jamesem. Od razu, gdy tylko przekroczył próg dormitorium, ruszyli z pomocą, ale nie mogli darować sobie złośliwych komentarzy. Jim znosił to dzielnie, nie buntując się, dziękując przyjaciołom raz po raz, bo wiedział, że nic innego nie pozostało mu w takiej sytuacji. Nie miał się na kogo złościć, bo sam był sobie winny tego stanu rzeczy. Absolutnie nie mógł też winić Lany, która nie chciała podzielić się z nim książką, bo przecież nie kazała mu miksować wszystkiego co miał w przyborniku ze sobą. Nie mógł być zły, ale też honor nie pozwalałby mu nad sobą użalać, dlatego jedyne co mu pozostało to siedzieć nienaturalnie cicho, słuchając tego co działo się dookoła, kisząc się w upokorzeniu i nienawiści do samego siebie. Była to jakaś odmiana dla wszystkich z jego otoczenia. Do tej pory nie zamykała mu się buzia a dziś był nienaturalnie spokojny. Powodowało to lawinę pytań typu “czy dobrze się czujesz?” albo “czy nie chcesz wrócić do skrzydła szpitalnego?”. W końcu zmęczony tym wszystkim, powlókł się na górę i wymacawszy sobie drogę do łóżka, rzucił się na nie ciężko. Owinąwszy się kołdrą, pomyślał, że chyba czas na zmianę niektórych życiowych przyzwyczajeń.
I właśnie tak przebiegł pierwszy dzień Jima bez jednego ze zmysłów.


Pierwsze, czego nauczył się Louis o Emerald Lennox było to, że była odporna na wielkie, dramatyczne gesty. Przemalował sobie dla niej łeb a potem wyznał jej miłość przy całej klasie, a ona i tak dała mu w pysk.
Następnego dnia spróbował znowu, bo nie był typem faceta, który się łatwo poddaje, gdy wie, że ma o co walczyć. Czatował całe rano pod jej dormitorium ze snopem kwiatów. Gdy ją tylko zobaczył, padł na kolana, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo Emerald wyrwała mu bukiet z objęć i wsadziła na głowę, po czym odeszła z nosem wycelowanym w sufit.
Trzecia próba okazała się najtragiczniejsza w skutkach, bo skończył zamieniony w oposa. Krztuszący ze śmiechu Dominique musiał go zanieść do nauczyciela transmutacji, żeby go odczarował, bo zaklęcie Eme było takie silne.
Czwartego dnia zdecydował się na szczerą rozmowę, ale zamiast tego dostał lanie. Rozjuszona niczym wściekła kotka dziewczyna, sprała go swoją miotłą. Ok, musiał przyznać, że nie wybrał odpowiedniego momentu. Ona śpieszyła się na trening, a on właśnie wracał z zajęć opieki nad magicznymi stworzeniami. W Sali Wejściowej było pełno ludzi, a co za tym idzie dużo świadków ich spotkania. Po wszystkim, wydłubując witki z włosów, uznał, że mógł z tym poczekać do następnego dnia.
Musiał mieć plan. Dobry, solidny i niezawodny. Tak niezwykły, jak niezwykła była sama Emerald. Nie mógł sobie pozwolić następnym razem na porażkę.
- Um… - Louis podniósł głowę i ujrzał przed sobą dziewczynę w szacie w barwach Gryffindoru. Od razu rozpoznał w niej przyjaciółkę Emerald. - Przepraszam… Nie przeszkadzam?
- Nie! - wykrzyknął, odsuwając dla niej tak energicznie krzesło, że wywalił je na podłogę. - O rety przepraszam! Poczekaj!
- Ała - jęknęła dziewczyna, odskakując i sięgając, aby rozetrzeć zgniecioną stopę. - Nic się nie stało. Ojej uważaj!
Machnął tak energicznie ręką, że na podłogę ze stolika posypały się wszystkie jego książki i kałamarz. Granatowy atrament chlupnął na buty Louisa.
- A to kaszana - jęknął, wyciągając różdżkę, aby sprzątnąć cały ten bajzel. - Bardzo cię przepraszam… - zawiesił głos, aby dać jej szansę przedstawienia się.
- Mimi - powiedziała, wyciągając rękę, którą on uścisnął. - Mimi Holmes.
- Miło mi cię poznać Mimi. Wybacz, nie jestem specjalistą od robienia dobrego pierwszego wrażenia.
- Mhm… zamruczała, ogarniając wzrokiem go od pochlapanych atramentem butów, aż po turkusowe włosy, które raziły w oczy swoim kolorem, mimo półmroku panującego w bibliotece. - Zauważyłam. Przychodzę z wiadomością od Emerald. Bardzo grzecznie cię prosi, abyś się od niej odczepił i przepadł na zawsze.
- Auć niemiłe - westchnął, kręcąc głową z rezygnacją.
- Ułagodziłam trochę to, co powiedziała - poinformowała go uczynnie Mimi, uśmiechając się ze współczuciem.
Nagle coś huknęło obok nich tak gwałtownie, że aż podskoczyli. Jak spod ziemi wyrósł przed nimi pan bibliotekarz.
- Coś ty najlepszego zrobił tym książkom? - krzyknął, wskazując na poplamione atramentem podręczniki, leżące nadal na podłodze.
- Ale to są moje własne! Nie te z biblioteki!
- Jak można tak traktować słowo pisane? - kontynuował bibliotekarz, wymachując rękami niczym wiatrak. - Powiedz mi jak się nazywasz, gagatku. Zakaz wstępu do biblioteki! Na tydzień!Szlaban!
Louis, wykazując się niecodziennym refleksem, pochylił się zgarniając wszystkie swoje książki, po czym złapał Mimi za rękę i puścił się biegiem w stronę wyjścia.
Gdy już był przy drzwiach, odwrócił się, jakby podjął w ułamku sekundy jakąś decyzję.
- Dominique Weasley! - zawołał, szczerząc się szaleńczo.
Gdy już byli na tyle daleko od biblioteki, aby czuć się bezpiecznie, zwolnili, a potem kompletnie się zatrzymali. Mimi dyszała ciężko.
- Czemu, na Merlina, powiedziałeś imię swojego brata? - wydusiła, trzymając rękę na falującej piersi.
Louis wzruszył ramionami.
- On i tak rzadko tu przychodzi… A nawet jeżeli się pojawi, to i tak wykręci się sianem. Zawsze tak robi.
- Jesteś inny, niż się spodziewałam - oceniła,uśmiechając się figlarnie.
- A jaki myślałaś, że jestem?
- Poukładany.
- A okazałem się?
- Szalony.
Podziękował jej skinieniem głowy, jakby właśnie powiedziała mu komplement.
- Jesteś inny, dlatego wyświadczę ci przysługę, Louisie Weasley - powiedziała ostrożnie, jakby trochę jeszcze wahała się wypowiadać te słowa. - Dlatego nadstaw uszu.   





Victorie i Teddy siedzieli na kanapie ramię w ramię, usilnie wpatrując się w podłogę. Przed nimi stał pluton egzekucyjny składający się z Fleur, Andromedy, Hermiony i Ginny.
Dwójka dziewiętnastolatków, właśnie ogłosiła wspaniałą nowinę, wszystkim kobietom ze swojej rodziny, a reakcja, jaką dostali, nie była tą, jakiej oczekiwali.. Z początku wydawali się zachwyceni i pełni entuzjazmu, ale gdy tylko skończyli mówić, zorientowali się, że wszyscy obecni w pokoju, nie podzielają ich szczęścia. To co się właśnie stało, można było tylko porównać do reakcji atomowej - Fleur zbladła, Andromeda poczerwieniała a Ginny i Hermiona jednocześnie zakryły usta dłońmi. A potem nastąpił wybuch. Matka Victorie  upuściła filiżankę z kawą, natomiast babcia Teddy’ego wydała z siebie okrzyk pełen grozy. Wszystkie cztery na raz zaczęły mówić.
Teraz, gdy się już trochę uspokoiły, stanęły w równym rzędzie, młodym rozkazując zająć miejsce na kanapie. Dowodziła rozwścieczona Fleur, ale jej złość była prawie równa, jak ta, którą pałała Andromeda. Twarze pozostałych dwóch kobiet wyrażały raczej zaniepokojenie niż złość, ale nadal nie była to czego spodziewali się Teddy i Victorie.
Gdy się wreszcie odezwała, głos Fleur był zimny niczym lodowce na Antarktydzie i ostry jak nóż.
- Co to znaczy w ciąży?!