niedziela, 15 września 2013

Rozdział Piętnasty, w którym wiele się dzieje i wiele osób chce się mścić.

Zostałam niewolnikiem. Potrzebuję kasy, dlatego zgodziłam się spędzać każdą sobotę w pracy i do tego jeżdżę na każdą sesję plenerową. Przepraszam za tą zwłokę w pisaniu, ale zepsułam bardzo drogi telefon (do tego właściwie nówkę sztukę) i potrzebuję kasy na jego naprawę :C 
Mam nadzieję, że ten rozdział nikogo nie zawiedzie. 
Pozdrawiam,
Wasza Astal z bolącą głową, bo jej praca jest mącząca, a wczoraj wróciła do domu o trzeciej nad ranem. 



Pierwszy mecz, w którym James miał zagrać na pozycji szukającego miał odbyć się w pod koniec kwietnia, tydzień przed Wielkanocą. James całymi dniami chodził tak zdenerwowany, że nie kontaktował na lekcjach. Wieczory spędzał na treningach z drużyną lub samotnych. Resztę czasu pochłaniały mu randki z Amber. Doprowadziło to do tego, że Chris był chory z zazdrości. Przyjaciel nie miał dla niego w ogóle czasu i do tego olewał bezczelnie spotkania, na których mieli planować kolejne kawały. W końcu skończyło się to jedną wielką awanturą, po której Thoper wyszedł dramatycznie z pokoju wspólnego.
-        Wydaje mi się, że to pachnie rozwodem – zażartował Carl, kiedy Chris siadł obok niego w bibliotece. Całe jego długie ciało wyrażało wściekłość.
-        Niepodobna mi się, że jakaś lala mówi mojemu kumplowi co ma robić.
-        Daj spokój, Amber jest fajna.
-        Co raz mniej ją lubię, wiesz?
Carlisle przewrócił oczami i zamknął książkę. Chris przeszkadzał mu swoimi fochami w nauce.
-        Chris idź sobie – poprosił grzecznie. – Nie masz jakiegoś kawału do opracowania?
-        I kto to mówi, Carly?
-        Przynajmniej wtedy siedzisz cicho. Sio.
Thoper powlókł się do wyjścia, mrucząc gniewnie pod nosem. W progu zobaczył bliźniaków Weasleyów, kroczących ramię w ramię. Wyciągnął swoje długie ramiona i zgarnął obu do siebie.
-        Idziemy panowie, mamy robotę – zakomenderował, a oni zgodnie zrezygnowali z naukowej wyprawy do biblioteki i poszli z nim.
Mieli tyle szczęścia, że po drodze do wieży Gryffindoru spotkali Jamesa włóczącego się z Amber po zamku. Louis złapał kuzyna za krawat i poholował jak najdalej od dziewczyny.
-        Hej! – oburzyła się Amber. – Tak nie można!
-        Nazywam się Weasley! Ja mogę wszystko, skarbie! – zawołał Louis, odwracając się przez ramię.
Amber nadęła policzki i tupnęła nogą, ale oni byli już za daleko, aby widzieć jej fochy.
James dał się prowadzić kuzynom na błonia, gdzie zasiedli i pochylili się ku sobie, niczym spiskowcy.
-        Mam coś, co mogłoby nam pomóc – oświadczył Louis, grzebiąc w torbie. – Dostałem od wujka George'a.
-        To dopiero prototyp – uściślił Dominique.- Ja uważam, że nie powinniśmy tego jeszcze używać.
-        Jak to dostałeś? Wysyła ci takie rzeczy? – zapytał James, tonem ociekającym zazdrością.
-        Czasami. Mówi, żebyśmy się tym pobawili i wypróbowali.
-        Szaloooone – powiedział Chris, wyjmując z rąk kolegi nieduże pudełko tekturowe ze znakiem Magicznych Dowcipów Weasleyów.
-        Co to jest? – dociekał James.
-        Błyskawiczna galaretka. Sposób użycia: dodać wodę i odczekać kilka sekund – przeczytał Chris. Z każdym słowem jego uśmiech się poszerzał.
-        Wystarczy tylko wybrać miejsce, dzień i ofiarę – odezwał się Louis, marszcząc jasne brwi.
Zasępili się wszyscy, bo to była najtrudniejsza część ich planu. Trybiki w głowach całej czwórki pracowały na najwyższych obrotach. Pochylili się ku sobie i zmarszczyli brwi.
Takich właśnie zauważył ich wicedyrektor, wyglądający przez okno swojego gabinetu. Zmrużył oczy i przyglądał się tej podejrzanej czwórce. Od dłuższego czasu, wydawało mu się, że coś z nimi jest nie tak. Podczas draki w Noc Duchów wyglądali na za bardzo zadowolonych, jak na jego gust. Profesor Adryk nie odszedłby tak daleko, gdyby nie był dobrym pedagogiem. Doskonale umiał rozpoznawać i eliminować rozrabiaków. Nigdy jeszcze nie przyłapał tamtego kwarteciku na brojeniu, ale był pewien, że to tylko kwestia czasu.
Chłopcy na dole poderwali się na równe nogi i pobiegli do zamku. Adryk usiadł wygodnie za swoim biurkiem. Tak, pomyślał profesor. Tylko kwestia czasu, aż złapie ich za łapki i zaprowadzi rządkiem do dyrektorki.



-        Sport jest bez sensu – powiedziała Rose, na widok Jamesa, który usiadł za stołem. Jim i Chris wydali na raz z siebie odgłosy oburzenia i spojrzeli na nią tak, jakby właśnie zaklęła szpetnie.
Był poranek i wszyscy siedzieli za stołem gryffindoru i jedli śniadanie. Albus, tak jak i Darcy, patrzył na Jamesa skosem. Fakt, że miał włosy sklejone jakąś mazią i do tego obsypane pomarańczowymi piórkami, musiał na to bardzo wpłynąć. Jim jednak zachowywał się tak, jakby nic się nie stało.
-        Jimbo, twoje włosy… - zaryzykował Albus, ale zamarł, gdy brat na niego spojrzał, zamilkł, postanawiając zająć się swoją owsianką.
-        Miałem tylko małą wymianę zdań pewnym zawodnikiem drużyny Slytherinu. Nie podobało mu się to, że ja zamierzam wygrać w najbliższym meczu. On miał zupełnie inne zdanie na ten temat. Wcale mu się nie podobało, że ich drużyna nie zajmie trzeciego miejsca, tylko spadnie na czwarte.
-        Poza podium – powiedział Carl, kiwając głową.- To zrozumiałe, że się zdenerwował i cię tak przyozdobił.
-        Dlatego uważam, że sport jest bez sensu – powtórzyła Rose, a Jim i Chris znowu wydali ten dźwięk. – O tym mówię! – zawołała obronnie, wskazując na głowę Jamesa.- Ludzie, którzy nawet cie nie znają, przeklinają cię na korytarzach! I dlaczego? Bo jesteś członkiem jakieś drużyny…
-        Jakiejś? – zawołali równocześnie Jim, Chris i Albus.
-        Rosie zamknij się, bo rodzina cię zamorduje – zachichotała Darcy, a przyjaciółka spojrzała na nią skosem.
-        Po prostu uważam, że to wszystko jest głupie.
-        W sporcie nie ma nic głupiego, Rose!
Rose nie wytrzymała i wstała, aby naprawić włosy kuzyna. Ściągał na siebie uwagę i głupio jej było, że tak wszyscy się na nich gapili. Katem oka zobaczyła wchodzącego do wielkiej sali Malfoya. Łypnął na nią, a ona za wszelką cenę chciała pokazać mu, jak bardzo go nienawidzi, że ręka jej zadrżała. Z różdżki posypały się różowe iskry, które podpaliły piórka na łbie Jamesa.
Rose wrzasnęła, machając różdżką rozpaczliwie. Albus wstał tak gwałtownie, że stół się zatrząsł. Dzbanek soku wylał się na Darcy, a jajecznica wylądowała na książce Carla. Chris zawył, bo oberwał łokciem przyjaciela w brzuch i wsadził rękę w dżem. James orientując się, co właśnie dzieje się mu na głowie ryknął i wstał, przewracając Rose.
Powstało koszmarnie głośne zamieszanie. Wszyscy patrzyli na szaloną grupkę gryfonów, miotających się dookoła stołu. Ślizgoni pokładali się ze śmiechu.
Sytuację uratowała Amber, wkraczając do akcji. Złapała dzbanek mleka i wsadziła go na głowę Jamesowi, gasząc tym skutecznie pożar.
-        Będę cię wielbić na wieki – wydusił z siebie James, spod stołu.
Amber posłała wszystkim triumfalne spojrzenie, a Chris patrząc na nią poczuł się nawet trochę źle, że był na nią wściekły.
-        Mały nerw przed meczem? – zapytała Amber, uśmiechając się złośliwie.
-        Cicho siedź, Berry – odezwała się Emerald, która dosiadła się do nich właśnie w tej chwili. Od kilku tygodni, dokładnie od momentu kiedy Ravenclaw pogromił Slytherin, dając Hufflepuffowi możliwość na puchar Quidditcha, miała serdecznie dość kuzynki. Nie mogła dosłownie na nią patrzeć, gdyż Amber nie przestawała triumfować. Nie musiała nawet nic mówić, przechadzała się po korytarzach ze swoją idealną cerą i złotymi włosami, a Emerald miała ochotę ją udusić.
-        Zazdrosna? - zapytała Amber kuzynki, głosem słodkim jak miód. 
Emerald spojrzała na Jamesa, jakby chciała powiedzieć „nie daj plamy, bo tego nie przeżyję”.



-        Wybrałem już cel – powiedział nagle James.
Bliźniacy Weasleyowie podnieśli głowy i ujrzeli stojącego nad nimi kuzyna. Dosłownie kipiał ze wściekłości. Miał kilka zadrapań na twarzy i mokre buty.
Niestety po wydarzeniach podczas śniadania, Jim miał nieprzyjemność brać udział w jeszcze kilku przykrych sytuacjach. Dwa razy w ciągu tygodnia przeklinano go, a niezliczoną ilość razy podstawiano mu nogę. Ślizgoni zachowywali się naprawdę podle.
-        Zrobimy, że ich zaboli – obiecał Louis, uśmiechając się paskudnie.
Wszyscy trzej pognali po Chisa, a potem zwołali naradę. Siedzieli do późna i dokładnie rozpracowywali plan działania. Kilka razy musieli nawet się przenosić, bo wicedyrektor wyraźnie się na nich uwziął i kręcił się w ich pobliżu. W końcu zabarykadowali się w jednym z pustych lochów i przy wyczarowanym przez Dominique świetle pochylali się nad mapą Huncwotów.
Za każdym razem, kiedy to robili, James czuł się niczym wybraniec kontynuujący rodzinną tradycję uprzykrzania życia szkole. Często myślał o dziadku, jako o czymś w rodzaju przewodnika duchowego. Zwierzył się z tego bratu, ale Albus wyśmiał go. James postanowił się już z nikim nie dzielić swoimi przemyśleniami dotyczącymi rodzinnego dziedzictwa.
Datę ustalili na ten sam dzień, co mecz Grffindor kontra Slytherin. Amber dowiedziawszy się o tym, ostrzegała Jamesa, że nie powinien się rozpraszać niczym dzień gry, ale nie miał zamiaru jej słuchać. Jej nikt nie dokuczał od tygodnia, bo była ulubienicą szkoły. W ostatnim meczu broniła bramek tak widowiskowo, że co raz częściej zdarzało się na przerwach, że uczniowie podchodzili do niej i prosili o autograf. Była w swoim żywiole. Kochała być w centrum uwagi i z początku to Jamesowi w ogóle nie przeszkadzało, ale zaczęło drażnić, kiedy dostał się do drużyny i stali się rywalami.
Nadszedł wreszcie dzień poprzedzający mecz. James cały czas starał się unikać ślizgonów i większość czasu spędzał ze swoją miotłą. Wystrzegał się także Rose, która nie umiała się wprost powstrzymać od głupich komentarzy na temat bezsensowności sportu. Nie był pewny czy z całego tego napięcia nie puszczą mu nerwy i nie udusi gadatliwej kuzyneczki.
Tego wieczora położyli się do łóżek cali w emocjach.  Czekali aż wybije północ a koledzy z dormitoriów usną wreszcie. Według umowy mieli się spotkać o pierwszej w nocy. Wybrali tą godzinie, bo Louis uważał, że spotkanie o północy jest zbyt dramatyczne i wolał mieć jeszcze godzinę spania.
James wyskoczył z łóżka pierwszy i tak nie zmrużył oka. Chris zaplątał się w swoje prześcieradło i runą na przyjaciela.
-        Złaź ze mnie, kretynie – wycedził Jim przez zęby, próbując się wyplątać z długich kończyn Thopera.
Carlisle powiedział i obaj zamarli w głupich pozach na podłodze. Na szczęście przyjaciel mówił coś przez sen. Wymknęli się na paluszkach i spotkali bliźniaków, czekających na nich na korytarzu. Mieli oni na sobie grube szlafroki, ale i tak dygotali z zimna. Jim i Thoper jakoś nie pomyśleli o tym, aby zabezpieczyć się przed zimnem. Gdy szli w stronę wyznaczonego celu czuli skutki swojej głupoty, trzęsąc się w swoich cienkich piżamach.
-        Daleko jeszcze? – zapytał w końcu Chris, szczękając zębami.
-        Jeszcze… jeszcze… - mruczał Jim, uważnie obserwując mapę. Nagle zatrzymał się i zrobił wielkie oczy. Idący za nim chłopcy powpadali na niego. – Cholera, Adryk!
-        Co?!
-        Idzie na nas!
-        Teraz?
-        Tu?
James rozejrzał się nerwowo dookoła. Wicedyrektor był naprawdę blisko, na końcu korytarza. Być może nawet słyszał ich głosy. Zamachał rozpaczliwie rękami, aby chłopcy się zamknęli i zaczął skanować mapę uważnie.
-        Za gobelin – rozkazał, łapiąc jednego z kuzynów za ramię i wlokąc go do tajemnego przejścia.
Upchnęli się tam we czterech i zamarli. W momencie, gdy Jim puścił klamkę drzwi, na korytarzu rozległy się kroki. Brzmiało to tak, jakby komuś bardzo zależało, aby nie zostać usłyszanym. Chłopcy bezwiednie wstrzymali oddechy.
Profesor Adryk był co raz bardziej sfrustrowany. Nie spał całą noc, bo tak bardzo zależało mu na przyłapaniu tej czwórki. Patrolował korytarze, ale bezowocnie. Miał nadzieję, że to właśnie dziś nastąpi jakiś atak, albo chociaż chłopcy będą czynić przygotowania. Niestety był o wiele lepszym mistrzem eliksirów, niż nocnym łowcą.
 Nie miał zielonego pojęcia, że gdy on wspinał się co raz wyżej, na najniższym piętrze Jim. Thoper, Louis i Dominique realizowali swój szatański plan zemsty, czołgając się w bardzo niskim korytarzu, pełnym dziwnych bulgotów, szmerów i syknięć.
-        To jest obrzydliwe – oznajmił Dominique, stękając.
-        Komuś śmierdzą stopy? – zażartował Jim, będący na czele kolumny.
-        Jeżeli nawet, to ich zapach mógłby tylko poprawić ten smród tu. Jedzie tu, jak w ścieku.
-        My przecież jesteśmy w ścieku, bracie.
-        Gdybyśmy wiedzieli, że jesteś taki delikatny, to byśmy cię zostawili w łóżku, Domi…
-        Jesteśmy u celu
-        A więc panowie… Czas na show!



Nadszedł wreszcie ranek. Była piękna słoneczna sobota. Warunki dla meczu były wprost doskonałe. Miał się on zacząć dopiero po drugim śniadaniu, więc uczniowie i nauczyciele mogli sobie pozwolić na dłuższe wylegiwanie się w łóżkach, ale prawie cały zamek został postawiony na nogi ciut świt.
Wszystko zaczęło się trochę przed ósmą rano. Wtedy to zbudził go przerażony wrzask i odgłosy zamieszania.
Adryk śpiesząc na miejsce zdarzenia i zakładając w pośpiechu szlafrok, zorientował się, że po piętach depczą mu czterej młodzieńcy. Nie zdziwił się bardzo, gdy okazało się, że to dwóch Weasleyów, Potter oraz Bellamy. Oczywiście udawali, że znaleźli się tu tylko przypadkiem i wcale nie mieli pojęcia, o co chodzi w zamieszaniu.
Gdy Adryk dotarł do Sali Wejściowej odkrył, że wszyscy uczniowie Slytherinu stoją w piżamach po kostki w jakiejś mazi. Cali byli mokrzy i dygotali z zimna. Ta dziwna ciecz napływała ze strony lochów, tak gdzie znajdowało się wejście do ich pokoju wspólnego.
-       Co się tu dzieje?! – zawołał profesor, w ostatniej chwili unikając poślizgnięcia się na schodach. Woźni, którzy próbowali zapanować nad tym chaosem, spojrzeli na niego bezradnie.
-       Rura pękła, panie profesorze – poinformował go prefekt ślizgonów, podchodząc do niego i szczękając zębami.
-       Zalało nam tym sypialnie! – zawołała jakaś dziewczyna. – Wszystko zniszczone!
Stłumiony chichot zza pleców Adryka nie wróżył nic dobrego. Odwrócił się szybko, ale na twarzach nie było śladu wesołości, tylko niewinne zaskoczenie. Potter wyglądał nawet tak, jakby był zmartwiony całą tą sytuacją.
Inni uczniowie z pozostałych domów zaczęli się schodzić i przyglądać wściekłym i mokrym ślizgonom. Niektórzy byli tylko trochę ogalaretkowani, większość jednak była cała oblepiona na fioletowo. Podłoga była naprawdę śliska, więc każdy kto zrobił chociaż więcej niż dwa kroki lądował na brzuchu czy pupie. Reszta szkoły miała wspaniałą zabawę. 
Nauczyciele i woźni bezradnie brodzili przez galaretkę, starając się pomóc jakoś poszkodowanym uczniom. Najbardziej jednak wściekła była drużyna quidditcha, bo nie dane było im się wyspać.
-        To wszystko jego wina! – zawołała jedna z dziewcząt z drużyny, pokazując na Jamesa.
James zrobił przerażoną i zarazem zaskoczoną minę, a gdy tylko nauczyciele się odwrócili w stronę rozwścieczonych śliz gonów, uśmiechnął zawadiacko i bezgłośnie powiedział do dziewczyny „udowodnij mi to”.



Mecz przeniesiono na popołudnie ku wściekłości ślizgonów. Jamesowi udało się nawet załapać krótką drzemkę. Kiedy w pokoju wspólnym Gryffindoru panowało ogólne odprężenie i spokój, w Slytherinie wszyscy byli ekipą sprzątającą i usuwali fioletową galaretkę. Gdy już wreszcie wszyscy znaleźli się na stadionie ślizgoni byli wściekli i cały czas mieli wrażenie, że nie wyschli do końca („efekt trwałego nawilżenia, jako jeden z efektów ubocznych” powiedział z dumą Louis).
Drużyna gryfonów po mowie motywacyjnej swojej kapitan, wyszła na boisko, witana gromkimi brawami.  Teraz wszyscy wiedzieli, że nie powinni zadzierać z gryfonami, bo może ich zaboleć tak, jak ślizgonów.
Niestety potrzeba było o wiele więcej niż powódź z fioletowej galaretki, aby złamać ducha przeciwnika. Mecz naprawdę był ostry. Stawką tak naprawdę nie było trzecie miejsce, a honor.
Siedzący między Darcy i Rose Albus doskonale wiedział co teraz chodzi po głowie bratu. Widział jego maleńką sylwetkę w dole, na murawie i prawie czuł, jak Jim się trzęsie z ekscytacji i stresu.
Niestety kawał Jamesa i jego towarzyszy tylko rozwścieczył ślizgonów. Wzięli sobie za punkt honoru, aby sfaulować Jima. Pozostałym też nie odpuszczali. Emerald musiała ratować się ucieczką, dwaj pałkarze ruszyli wprost na nią. Za to podyktowano rzut karny dla Gryffifndoru, bo kafla nawet nie było pod bramką.
Wrzaski na trybunach było co raz głośniejsze. Z jednej strony gryfoni wydawali odgłosy oburzenia, a z drugiej ślizgoni dopingowali swoich. Po bokach rozsadowili się puchoni i krukoni, dla których ten mecz był świetną rozrywką. Każdą paskudną akcję, czy to ze strony gryfonów czy ślizgonów witali brawami i śmiechem. Podpuszczali obie drużyny okrzykami i aplauzem.
Na domiar złego zaczęło padać i boisko szybko zamieniło się w błoto. Teraz Jamesowi nie było do śmiechu, kiedy wspominał mokrych ślizgonów. Szukająca Slytherinu, ignorowała go całkowicie, trzymając się od niego z daleka. Ani raz nie zbliżyła się do niego, tak jakby chciała ostentacyjnie pokazać mu, że nie uznaje go, jako rywala. James bardzo chciał jej powiedzieć, że nie uznaje jej, jako ludzką istotę. Odkąd go ugryzła, starał się jej unikać, ale wiedział, że na boisku będzie musiał się z nią zmierzyć.
Wypatrzył znicz, kiedy jego drużyna właśnie zdobyła przewagę nad ślizgonami wynoszącą dziesięć punktów. Na znak kapitan, James zaczął intensywnie szukać złotych błysków. Teraz, gdyby wygrali, mieli by zagwarantowane trzecie miejsce. Chmury gęstniały i naprawdę wszyscy chcieli już znaleźć się w zamku przy komiku i popijać gorące kakao.
Serce Jamesa zabiło mocniej, kiedy zobaczył znicz. Spiął każdy mięsień w swoim ciele i zacisnął zęby. Wystrzelił w jego kierunku, ale szukająca ślizgonów pojawiła się obok niego w ułamku sekundy. Latała świetnie, to James musiał jej przyznać. Jego miotła była całkowicie nowa, ale nie dawało mu to żadnej przewagi, bo ona, z racji tego, że była drobniutka, mogła osiągnąć dużą prędkość. Znicz był jakieś dwa albo trzy metry ponad murawą. Dziewczyna położyła się płasko na miotle i udało jej się wyprzedzić chłopaka. Potem nagle szarpnęła rączką miotły, stając w poprzek toru jego lotu. Jim wrzasnął ze złością, starając się wyhamować, odruchowo zaparł się nogami, tak jak na rowerze. Niestety na latającej miotle taki ruch był wyjątkowo zbędny. Zderzyli się, ale na tyle mocno, aby zlecieć z mioteł. James niewiele myśląc, odepchnął ją od siebie, a potem zanurkował ostro w dół i sięgnął po znicza. Deszcz zacinał go w plecy, a włosy przyklejone do twarzy zasłaniały mu widok.
Z zawrotną prędkością rąbnął w rozmiękłą od deszczu ziemię. Udało mu się wyhamować łokciami i kolanami. Po chwili dla złapania oddechu, już stał na nogach i machał ręką, w której ściskał znicz. Jego drużyna zataczała kręgi nad jego głową, klaszcząc i wiwatując. Jednak euforia ze zwycięstwa nie trwała długo, bo nagle szukająca ślizgonów z dzikim wrzaskiem spadła na niego z góry niczym zielono – srebrny, umazany błotem pocisk i złapała go za rękę.
-        Czyś ty zwariował?! – wychrypiała, popychając go ze złością.- Kopnąłeś mnie! Prawie mi palce połamałeś!
James odskoczył, wystraszony wyglądem i zachowaniem straszydła. Dziewczyna, James doskonale wiedział, że to coś nią było, cała w błocie i zza ochronnych gogli widać było tylko szalone, wielkie oczy.
-        Zablokowałaś mnie! – zaczął się bronić, uchylając się przez jej pięścią. – Jakbym cię nie odepchnął, oboje byśmy się rozwalili!
-        Kopnąłeś mnie w rękę! – powtórzyła, ponownie się zamachując.
-        Nie miałem innego wyjścia! Sama jesteś sobie winna!
-        To był faul!
-        Zablokowałaś mnie!
Tym razem oszołomiony James nie zdołał się uchylić i oberwał w ucho.
-        Zabierzcie tą wariatkę ode mnie!
Drużyna Slytherinu doskoczyła do swojej szukającej i unieruchomili ją skutecznie, a potem zawlekli do szatni i zostawili wystraszonych gryfonów na środku boiska.
-        Wiedziałam, że to wariatka, ale dajcie spokój… –oburzyła się jedna z ścigających, klepiąc Jamesa po plecach.
-        Chodźmy do wspólnego na balangę – zaproponowała kapitan drużyny.- Nie warto się przejmować tymi czubkami ze Slytherinu.
-        Na balangę! – ryknęła drużyna i pognali w stronę swojej szatni.  Odprowadzały ich, odbijające się echem, krzyki szukającej ślizgonów.



-        Nienawidzę tego… nienawidzęnienawidzę…
-        Brad czy mógłbyś się wreszcie zamknąć? – warkną Harry, trzęsąc się z zimna i starając się skupić, aby przypomnieć sobie jak brzmiał zaklęcie rozgrzewające.
-        Szefie tkwimy w tym miejscu już trzeci dzień. To bagno. Koszmarne bagno, które śmierdzi.
-        Były tu bardzo mocne sygnały. Tu musi coś być.
-        Jest błoto, sir.
-        Bardzo jesteś zabawny, Brad. Nie  kozaku, bo dostaniesz kolejne tygodnie w terenie.
Reszta grupy parsknęła, a Brad łypnął na nich złowrogo. On tkwił tu najdłużej, bo w zamian za organizację randki z Vasiliki, zgodził się na wszystko, co chciał od niego Harry. 
Miejsce, do którego został wysłany, było rozległymi moczarami, gdzie czujniki aurorów pokazały wysoki poziom czarnej magii. Skala ta żartobliwie nazywana była przez członków drużyny Harry’ego, Skalą Szalonookiego. Tym razem wskazówka zatrzymała się aż na siódemce, co w dziesięciostopniowej skali było bardzo wysoką pozycją. Harry po kilku tygodniach niepowodzeń zdecydował się sam przyjechać na miejsce i wesprzeć Brada. Przywitały go ponure miny. Wszyscy byli oblepieni błotem i cuchnęli szlamem. Nawet piwo, które Harry przywiózł ze sobą, nie pocieszyło jego podwładnych.
-        Dobra – odezwał się Harry, wstając podczas wieczornego posiłku przy ognisku. – Dajmy sobie jeszcze tydzień… - odczekał, aż niezadowolone pomruki ucichną – i zmywamy się stąd. Jeżeli nic nie wydarzy się podczas pełni, to znaczy, że tu nic nie ma i nie było.
-        Ale wskaźnik… - zaczęła Amanda Berheart, ale reszta uciszyła ją, poszturchując w żebra łokciami.
-        Daję słowo – powiedział Harry, wkładając w swoje słowa tyle siły przekonywania ile potrafił.
Tej nocy zdecydował się zostać w obozie, aby poprawić morale drużyny. Ginny zamartwiała się w domu, ale on wiedział, że jako dobry przywódca musiał się tak poświecić. Długo siedział przy ognisku, obserwując bagna uważnie. Nierozwiązane sprawy martwiły go, bo ostatnimi czasy piętrzyły się. Utknęli w martwym punkcie w sprawie ataków na pracowników ministerstwa i tu też nie było widoków na szanse rozwiązania. Tak bardzo chciał się pochwalić czymś pozytywnym Kingsleyowi i prasie.
Brad chrapał głośno i przez sen wzywał swojego psa. Bagno bulgotało dookoła i śmierdziało jeszcze gorzej w nocy niż za dnia.
Harry siedział pogrążony we własnych myślach i nawet nie zauważył w ciemności przemykających ciemnych kształtów.



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział Czternasty, w którym Lily Potter przeprowadza śledztwo.


 Zakończył się remont w moim pokoju, więc teraz mogę pisać. To jest mój własny pokój. Wcześniej miałam pokój z siostrą, ale ona zamieszkała "na swoim" z chłopakiem, więc ja otrzymałam wspaniały prezent - własny pokój po 23 latach dzielenia przestrzeni z siostrą. Muszę przyznać, że jest superowo.
Na początku września jadę nad morze, ale biorę kompa ze sobą i będę pisać cały czas. O kim teraz mam napisać? Zachęcam do wyboru kolejnego głównego bohatera rozdziału :D
Pozdrawiam,
Wasza Astal.

~*~ 
Harry już od dawna przywykł, że podczas śniadania obserwują go wielkie brązowe oczy. Okrągłe, ocienione ciemnorudymi rzęsami, trochę przypominające barwą oczy jego ojca, ale należące do jego córki.
Lily wyraźnie coś chciała. Siedziała naprzeciw niego przy stole kuchennym, ubrana w swój szkolny mundurek, wyglądający jak marynarski mundur. Wpatrywała się w ojca z taką intensywnością, że wydawało mu się, iż zaraz przepali tymi oczami gazetę.
-        Coś ciekawego będziesz dziś robić w szkole? – zapytał, poddając się i zwijając gazetę w rulon.
-        Hm… - zamyśliło się jego dziecko, żując parówkę. Harry dobrze wiedział, że tylko udawała. Tak naprawdę zwlekała dla efektu, bo aż trzęsła się z emocji, żeby mu o czymś powiedzieć. – Dziś ma przyjść do naszej klasy nowa koleżanka. Ja mam ją oprowadzić po szkole i się z nią zaprzyjaźnić.
-        To miło.
-        Ale nie będzie lepszą przyjaciółką niż Mneme – zapewniła gorąco Lily.
Harry uśmiechnął się. Mneme bywała u nich w domu od jakiegoś czasu co raz częściej. Siostrzyczka Vasiliki zaprzyjaźniła się z Lily i choć Harry nie miał pojęcia jak dziewczynki się dogadują, to był pewny, że potrafiły bawić się razem godzinami.
-        Pamiętaj tylko o naszych zasadach, ok.?
-        Przecież pamiętam.
-        Ty, moje dziecko, masz pamięć wybiórczą – włączyła się do rozmowy Ginny, wchodząc do kuchni. Wzięła swój kubek z kawą i zasiadła za stołem, naprzeciw córki.
Lily zmarszczyła rude brewki, patrząc na matkę buntowniczo. Nie była podobna do Ginny. Charakter miała może podobny, ale z wyglądu chyba bardziej przypominała Molly. Miała jej mały, zadarty nos i pucułowate policzki. Jej włosy jednak nie miały Weasleyowej barwy ognia, ale bardziej stonowany kasztanowy kolor o miedzianych refleksach. Ginny po cichu zazdrościła córce takich włosów. Wiedziała, że geny, które były za to odpowiedzialne należały do Lily Potter. Ciekawe czy tak wyglądała matka Harry’ego, kiedy była mała? Ginny często nad tym myślała, gdy patrzyła na swoje dziecko. Lubiła odnajdywać w członkach swojej rodziny podobieństwa, ale z własną córką miała problem, bo mała była istny koktajlem genetycznym.
-        Nieprawda – odezwała się Lily, podnosząc oczy na matkę. -  Wiem, że nie mogę mówić o magii…
-        Więc gdzie ja pracuję?
-        W miejskiej gazecie.
-        A tata?
-        Jest urzędnikiem państwowym.
-        Zabawnie to brzmi – ocenił Harry, powracając do swojej gazety. – Jestem pewien, że urzędnicy państwowi nie ryzykują co tydzień swojego życia.
-        Chciałabym o tym powiedzieć moim koleżankom – zaburczała Lily, maczając gniewnie parówkę w musztardzie. – Loraine przechwala się, że jej tata jest policjantem.
Ginny przewróciła oczami, bo córka wróciła do ich dyskusji sprzed dwóch dni, kiedy to Lily płakała, że nie może się pochwalić swoimi rodzicami, pisząc wypracowanie do szkoły. Po kilku godzinach kłótni udało się Ginny namówić na zmianę tematu wypracowania, ale była po tym tak zmęczona, jakby zdawała egzamin z historii magii. To zawsze ona kłóciła się z dziećmi, bo Harry, gdyby mu na to pozwolić, rozpuściłby je jak dziadowski bicz. Pozwalał im absolutnie na wszystko, no może poza zabijaniem się nawzajem.
-        Zbieraj się – poleciła Ginny, odstawiając talerze do zlewu. Lily spojrzała na nią, nadymając policzki, jak to miała zawsze w zwyczaju, gdy była niezadowolona, ale bezsilna. – Tata podwiezie cię do szkoły, a odbierze cię babcia.


Zaczęła się długa przerwa przeznaczona na obiad i Lily podeszła do nowej koleżanki. Dziewczynka miała na imię Maya i przeniosła się do tej szkoły po przeprowadzce. Ani pani nauczycielka, ani też sama Maya nie podały powodu przeprowadzki, więc Lily aż płonęła z ciekawości.
-        Witaj w naszej szkole – wyrecytowała Lily, uśmiechając się najładniej jak umiała. – Oprowadzę cię po szkole.
-        Spadaj rudzielcu – burknęła Maya, odwracając się bokiem.
Lily zupełnie zdębiała. Nigdy nikt nie używał jej koloru włosów by ją obrazić. Większość członków jej rodziny była ruda i dziewczynka nie widziała w tym nic dziwnego. W prawdzie w klasie była jedyna, ale wszystkie dzieci ją lubiły i nawet wybrały na przewodniczącą klasy.
-        No co się tak patrzysz, straszydło? – kontynuowała Maya, wykrzywiając się. – Zjeżdżaj stąd. Nie będę z tobą rozmawiała, bo jesteś brzydka.
Lily wycofała się, wystraszona i zraniona. Inne dzieci patrzyły na nią w zaskoczeniu. Koleżanki od raz ją otoczyły, jakby chcąc obronić i oddzielić od nowej.
-        Nie wolno tak mówić – upomniała Mayę, Betty Marce, klasowa skarbniczka.
Nowa dziewczyna spojrzała na nią pogardliwie.
-        Nie muszę z wami rozmawiać – powiedziała, odwracając się do wszystkich plecami. – Mój tata jest księciem, a mama księżną.
-        Kłamiesz! – zawołał jeden z chłopców.
-        Mamy wielki dom i masę pieniędzy – kontynuowała Maya. – Jak królowa umrze, to ja będę rządzić Anglią. Moja rodzina jest sto razy lepsza od waszych!
Nikt nic nie powiedział, więc zamilkła. Po zakończeniu przerwy wszyscy wrócili na swoje miejsca i zaczęły się popołudniowe lekcje. Lily, siedząca pod oknem, zerkała raz po raz na nową koleżankę. Siedziała ona ze spuszczoną głową i wpatrywała się w pulpit swojej ławki.
Lily lubiła wiedzieć. Dlatego tak pilnie się uczyła, bo chciała znać wszelkie powody i przyczyny wydarzeń. Zadawała masę pytań na lekcjach a gdy nie uzyskiwała satysfakcjonującej odpowiedzi, przekopywała tony książek, aby dojść do sedna sprawy. Być może drażniła wielu ludzi, szczególnie nauczycieli, tą postawą, ale nie miała zamiaru przestawać. Jej umysł ciągle był głodny wiedzy i tylko wtedy, gdy otrzymała odpowiedź na pytanie, była zadowolona.
Do końca dnia nikt nie odezwał się o Mayi. Gdy zadzwonił dzwonek obwieszczający koniec lekcji, wszystkie dzieci z wrzaskiem szczęścia poderwały się ze swoich ławek, ale ona została w pozycji siedzącej. Lily zwlekała ze zbieraniem swoich książek, ale nowa koleżanka nawet na nią nie spojrzała.
Przed szkołą czekali na Lily babcia i Hugo. Ucieszyła się na ich widok, oni też byli rudzi. Kątek oka zobaczyła, jak Maya wychodzi ze szkoły. Patrzyła pod nogi, jakby wiedziała, że nikt nie będzie na nią czekał, więc nie musi się nawet rozglądać. Lily chciała jej powiedzieć coś miłego, żeby móc jeszcze uratować sytuację. W końcu jej starszy brat James, także mówił ludziom przykre rzeczy, ale to tylko dlatego, że wstydził się okazywać uczucia. Na przykład siostrę nazywał czasami wiewiórką, ale to nie dlatego, że jej nie lubił. Wręcz przeciwnie, uwielbiał Lily i dlatego ona uznawała to przezwisko za pieszczotliwe. Może Maya była taka sama? Lily już otworzyła buzię, ale nowa dziewczyna spojrzała na nią w tej chwili. W tym spojrzeniu było mnóstwo nienawiści. Tak nie patrzył na Lily nikt.
Przegrana sprawa, pomyślała Lily i poszła za Hugo i babcią, którzy już byli prawie przy przystanku autobusowym.



Następnego ranka Lily nie była już taka podekscytowana. Ani Harry, ani Ginny nie zauważyli tego jednak, bo byli bardzo zajęci. Lily sama siedziała przy stole i patrzyła, jak rodzicie biegają po całym domu w pośpiechu.
Brakowało jej braci. Zawsze, gdy miała zły nastrój Jim wyczuwał to i zaczynał się wygłupiać, aby ją rozśmieszyć. Czasami stawał na krześle i zakładał miskę na głowę, a potem krzyczał, że jest królową Anglii, albo przedrzeźniał ojca, zakładając jego okulary. Nawet jeżeli Lily miałaby najpodlejszy z nastroi, to takie błaznowanie działało. Już po chwili zanosiła się śmiechem, zapominając o tym co ją trapiło.  Albus podchodził do problemów zupełnie inaczej. Rozmawiał z siostrą i starał się zaradzić na wszystkie bolączki. Powoli i na spokojnie wszystko analizował.
Bracia, zupełnie nieświadomie, nauczyli Lily rozwiązywać problemy na różne sposoby. Teraz ich nie było i dziewczynka sama nie wiedziała, jak podejść do problemu, jaki miała w szkole.
Bardzo lubiła swoją klasę i nie chciała, by pomiędzy kolegami były jakieś niesnaski. Jako przewodnicząca miała za zadanie rozwiązywać wszelakie spory, ale gdy tylko weszła rano do sali, po wszystkich tam obecnych widać było, że są w złym nastroju. Powodem musiała być Maya, bo łypali nad nią spode łba, a ona udawała, że wcale ich nie widzi, pochylając się nad książką.
-        Widziałaś ją? – zagadnęła Betty, która siedziała w ławce obok Lily. – Przyniosła do szkoły książkę w jakimś obcym języku i specjalnie się obnosi z tym, że umie to czytać…
-        To francuska książka – szepnęła Lily, pochylając się i mrużąc oczy.
-        Skąd znasz francuski?
-        Cała moja rodzina zna po trochu. Jedna ciotka jest z Francji i jeździmy tam na wakacje co roku.
Normalnie Lily ucieszyłaby się z tego, że ktoś oprócz niej zna inny język, ale teraz tylko obrzuciła Mayę pogardliwym spojrzeniem i zajęła się plotkowaniem z koleżankami.
Mimo usilnych zabiegów nauczycieli, nikt nie polubił „tej nowej”. Z dnia na dzień było jeszcze gorzej, bo Maya wcale nie siedziała cicho. Obrzucała kogo popadnie wyzwiskami i opowiadała bez końca, jak bogata jest jej rodzina. Lily było przykro, że tak sytuacja się rozwijała. Jako przewodnicząca klasy czuła na sobie odpowiedzialność, ale była bezsilna.
Poskarżyła się Mneme, gdy przyjaciółka przyszła do niej jednego dnia, na podwieczorek.
-        Dziwna dziewczyna – oceniła mała greczynka, żując ciasto rabarbarowe. Mówiła już co raz lepiej po angielsku, bo Lily i Vasiliki wspólnie ją uczyły. Czasami jeszcze brakowało jej słów, albo nie rozumiała jakichś zwrotów, ale nie zrażała się tym.
-        Wydaje mi się, że jest po prostu źle wychowana.
-        A może coś ukrywa?
Chwilę trawiły tą myśl w milczeniu. Ginny weszła na chwilę, aby dolać im soku malinowego do szklanek.
-        Czasami najlepszą obroną jest atak – dościeliła Mneme, przypominając sobie gdzieś dawno zasłyszane zdanie.
-        Co powinnam zrobić? Może bym jej pomogła tylko, że nie wiem, co ukrywa.
-        Śledźmy ją!
Obie dziewczynki spojrzały na siebie, podekscytowane. Niedawno oglądały maraton bajek ze Scooby-Doo i zapragnęły prowadzić własne śledztwa. Bawiły się w tropienie duchów przez kilka dobrych godzin w pobliskim lesie. Jednak bez konkretnej misji, zabawa szybko im się znudziła. Teraz miały ją, miały cel. Zabrały się od razu do planowania swojej pierwszej szpiegowskiej misji. Ginny, obserwując je i słuchając ich szeptów, trochę się zaniepokoiła. Kilka dni temu musiała je siłą wyciągać z krzaków, a potem oglądać dokładnie, czy gdzieś nie ugryzł je kleszcz.
Tego popołudnia, gdy Vasiliki przyszła po siostrę, zastała małych spiskowców siedzących nad mapą miasta. Lily rysowała po niej różową kredką, a Mneme notowała coś w notesiku, który dostała do przyjaciółki do zapisywania trudnych słówek.



W piątek po południu, zgodnie z planem, Mneme czekała pod szkołą Lily. Obie dziewczynki musiały sporo nakłamać i złożyć wiele krzywych przysiąg. W rezultacie udało im się uzyskać zgodę od Ginny i Vasiliki, aby po szkole udały się na małą wyprawę. Dla rodziców i siostry Mneme dziewczynki miały się udać do centrum handlowego, po prezent dla koleżanki z klasy Lily. Specjalnie obie wybrały ten dzień i tą konkretną godzinę, aby żadne z opiekunów nie miało dla nich czasu.
Gdy Lily wyszła ze szkoły, od razu zauważyła jasną głowę przyjaciółki. Żadna z nich nie zdawała sobie sprawy, że ze swoimi włosami, ognistym rudym oraz platynowym blond, widoczne były w tłumie, jak krew na białym prześcieradle.
Maya jak zwykle wyszła ze szkoły ostatnia i powlokła się w stronę miasta. Dziewczynki śledziły ją, skradając się na paluszkach. Widziały to w bajce i wcale im nie przeszło przez myśl, że mogłyby wyglądać podejrzanie. Przykucały za każdym krzakiem i wychylały się zza wszystkich węgłów.
Maya szła powoli, powłócząc nogami i patrząc na swoje buty. Gdy skręciła w stronę willowej dzielnicy, Lily pomyślała, że być może nowa koleżanka nie kłamała i naprawdę jest księżniczką. Maya przystawała co parę kroków i przyglądała się po kolei domom. Do niektórych podchodziła bliżej, kładła rękę na pięknych, kutych ogrodzeniach i patrzyła.
-        To chyba jakaś dziwaczka – wyszeptała Mneme, przykucając pod krzakiem bzu.
W końcu po godzinie opuściły dzielnicę willową, a Maya zatrzymała się przed dużym budynkiem z czerwonej cegły. Miał on wysokie okna o białych okiennicach. Był ogrodzony, raczej groźnie wyglądającym płotem. Po podwórku biegały rozwrzeszczane dzieci dzieciaki. Napis na bramie obwieszczał, że jest to „Ośrodek opiekuńczo – wychowawczy dla dzieci imienia Św. Teresy”.
-        Ona nie jest księżniczką – powiedziała cicho Lily ze złością.
Podeszły bliżej, starając się nadal pozostać niezauważone. W miejscu, gdzie budynek był najbliżej ogrodzenia zaczaiły się w krzakach. Wyciągały szyje jak mogły, aby dojrzeć co znajduje się w środku. Były tak zajęte szpiegowaniem, że nie usłyszały za sobą kroków.
-        W czymś mogę pomóc? – odezwał się stojący za nimi mężczyzna.
Dziewczynki aż podskoczyły, zaskoczone. Automatycznie złapały się za ręce i przylgnęły do ogrodzenia plecami. Lily strzelała oczami na boki, szukając drogi ucieczki. W głowie słyszała głos Jamesa, który zwykł mówić w takich wpadkach, „wpadkaaaaa”.
-        Zapraszam do środka – powiedział mężczyzna, podpierając się pod boki. Wyglądał jak szkolny trener, ubrany w szorty i koszulkę polo. Miał na szyi gwizdek.
-        Nie… - pisnęła Lily, a Mneme ścisnęła jej rękę mocniej. – My tylko… tak…
Mężczyzna nie chciał słyszeć sprzeciwu i złapał obie dziewczynki za ręce, a potem powiódł do budynku.


Gabinet dyrektora ośrodka był wyłożony znienawidzoną przez Lily boazerią. Obie dziewczynki siedziały na wysokich krzesłach i dyndały nogami w powietrzu. Kobieta za biurkiem uśmiechała się do nich promiennie. Miała okrągłe policzki i kręcone szare włosy, które upięła w okrągły kok. Chyba nie miała na sobie jakiegokolwiek kanciastego kształtu. Patrzyła szczególnie na Lily, co dziewczynka, odbierała za złą wróżbę.  Była pewna, ze chwilę zostaną poproszone o numery telefonów rodziców. Gdyby któreś z nich się dowiedziało, że nakłamały wszystkim o samotnej wyprawie. Mama Lily krzyczałaby tak długo, że aż w końcu by ochrypła. Nie zdarzało się często, aby podnosiła głos na córkę, ale taki przekręt pewnie byłby tego wart. Zapewne kara ujęłaby dużo z czasu telewizyjnego Lily.
-        Tak się cieszę, że wreszcie odwiedziła nas koleżanka Mayi – odezwała się dyrektorka.
-        Skąd pani…
-        Masz mundurek jej szkoły, kochanie. Trener Hobbs musiał poznać go też.  On zawozi ją zawsze rano do szkoły.
-        My tylko…. Przechodziłyśmy i…
-        Tak się martwiłam o to dziecko. Bardzo przeżyła ostatnie wydarzenia w jej rodzinie – paplała kobieta, nie zwracając uwagi na zaskoczenie na twarzach Lily i Mneme. – Trafiła tu do nas kilka miesięcy temu i nadal nie znalazła sobie koleżanek. Nie dogaduje się dziewczynkami z ośrodka. Jest trochę rogata…
Zapadła niezręczna cisza, więc kobieta wstała i wskazała drzwi dziewczynkom.
-        Zapraszam was do pokoju Mayi – powiedziała, uśmiechając się zachęcająco.
Lily i Mneme zdrętwiały. Spojrzały po sobie, ale obie miały głupie z zaskoczenia miny i nic nie mogły wymyśleć na szybko. Tego kompletnie nie miały w planach, ale poszły za dyrektorką. Korytarz był długi i ciemny, chociaż widać było, że pracownicy i mieszkańcy ośrodka starali się ożywić go jak mogli. Wszędzie wisiały tablice z pracami plastyczni dzieci oraz plakaty zachęcające do dbania o higienę i ochronę środowiska. Weszły po schodach na pierwsze piętro po szerokich schodach o kutej poręczy. Zatrzymały się przed pokojem na drzwiach, którego wisiała mosiężna dziesiątka.
-        Maya! – zawołała dyrektorka, pukając delikatnie w drzwi. – Masz gości.
Drzwi otworzyły się momentalnie i w progu stanęła Maya, promiennie uśmiechnięta. Musiała liczyć na kogoś innego, bo gdy tylko ujrzała Lily i Mneme, skrzywiła się i wycofała do głębi pokoju.



Niezręczna cisza była tak gęsta w pokoju, że można by ją krajać nożem. Maya siedziała na swoim łóżku i wpatrywała się w okno, a Lily i Mneme stały tuż przy drzwiach. Nie odważyły się wejść głębiej. Był to ładny pokój, jasny i nawet przestronny. Meble były pomalowane na biało, a w oknie wisiały różowe firanki. Zupełnie burzyło to wyobrażenie Lily o biednych i zaniedbanych domach dziecka. Odkąd przeczytała Oliwera Twista, miała o nich złe mniemanie.
-        No proszę, śmiej się – powiedziała nagle Maya, spoglądając na Lily. W jej oczach była złość. Chciała sprowokować ją do bycia złośliwą. – Teraz już wiesz, że kłamałam. Opowiedz wszystkim swoim koleżankom, dlaczego musiałam się przeprowadzić… Wiedziałam, że mnie nie polubicie…
-        To wcale nie prawda!
-        Nikt nie lubi sierot. Wszyscy się ze mnie wyśmiewali w mojej starej szkole. Moi rodzice mnie nie chcieli. Nikt mnie nie kocha… Noszę rzeczy z Czerwonego Krzyża… Wszystko to słyszałam już w starej szkole. Ja nie wierzę, że moi rodzice umarli. Po prostu są gdzieś daleko, może nie mogą do mnie wrócić…
-        Ja też jestem sierotą – odezwała się nagle pogodnym tonem Mneme.
Lily i Maya zamarły nagle, bo do tej pory dziewczynka kuliła się za plecami przyjaciółki.
-        Moi rodzice mnie chcieli – kontynuowała, zbliżając się do Mayi.
-        Więc gdzie są teraz?
-        Umarli. Mam tylko siostrę. Ona sobie kiepsko radzi, jako moja nowa mamą, ale nie jest źle. Gdyby nie ona, mieszkałabym w takim ośrodku.
Siadła na łóżku i położyła rękę na ramieniu Mayi. Lily przyglądała się z podziwem przyjaciółce. Do tej pory nic nie mówiła o swojej rodzinie. Ginny zabroniła córce wypytywać o takie rzeczy, bojąc się, że wyjdzie na niedelikatną. Oczywiście Lily zżerała ciekawość, dlaczego Mneme mieszka tylko z siostrą, ale do tej pory czekała na to, aby przyjaciółka się sama wygadała. Teraz stała pod drzwiami, czując się trochę niezręcznie, bo jako jedyna miała kompletną, kochającą się rodzinę.
-        Kiki, moja siostra powiedziała mi kiedyś, że jeszcze będzie coś dobrego z tego, że zostałyśmy na świecie same. Ona zawsze uważa, że ze złe zamieni się w dobre.
-        Głupie.
-        Dlaczego? Gdybym miała rodziców, nie wiedziałabym co ty czujesz. Teraz możemy o tym pogadać.
-        Wcale nie chcę. Nie chcę z nikim gadać. Nie chcę mieć przyjaciół.
-        Mój tata – powiedziała Lily łagodnym tonem – mówi, że nie da się żyć bez przyjaciół. On nie miał rodziny, więc oni mu ją zastąpili.
Siadła po drugiej stronie Mayi i złapała ją za rękę. W tym momencie dziewczynka rozpłakała się i zaczęła mówić. Lily i Mneme słuchały z wielką powagą, czując, że zrobiły coś bezmiernie dobrego.


Tydzień później, Lily leżąc w łóżku uśmiechała się do siebie. Była z siebie dumna. Przed chwilą przeczytała list od braci. James opowiadał w swojej części o quidditchu i o tym jak złamał sobie rękę spadając z miotły (zabronił siostrze pokazywać tego listu matce), a ale to ta część od Albusa ucieszyła dziewczynkę najbardziej. Owszem radosne bazgroły Jimbo były niezmiernie ciekawe i sprawiały, że Lily już chciała się znaleźć w Hogwarcie, ale Al pochwalił siostrzyczkę za jej niesamowicie dorosłe podejście do sprawy Mayą. Oczywiście zbeształ ją, za próbę śledzenia i kazał przysiąc, że już więcej tego nie zrobi, ale napisał też, iż jest bardzo z niej dumny.
Lily postanowiła odpisać bratu, jak to powoli zaczęła zaprzyjaźniać Mayę z nową klasą. Przez swoje niesamowite zdolności wiedzenia wszystkiego o wszystkich, mogła bez problemu znajdować wspólne zainteresowania dziewczynki z poszczególnymi dziećmi z klasy. Powoli oswajali się z nią i jej dziwną reakcją na nowe otoczenie. Szło to opornie i na początku Lily musiała wkładać to naprawdę wiele pracy, ale teraz było znacznie lżej.
Nawet nauczycielka pochwaliła ją, nazywając doskonałą przewodniczącą. To wiele znaczyło dla Lily. Po szkole chodziła dumna jak paw.
Przygoda ta jednak nie sprawiła, że Mneme powiedziała wszystko przyjaciółce. Więcej się Lily nie dowiedziała o losach rodziny Floros. Bardzo chciała, ale bała się pytać. Wiedziała jednak, że to musiała być jakaś wielka tajemnica, bo n pierwszy rzut oka widać było przecież że Mneme jest dość niecodzienną greczynką. Miała przecież blond włosy, a jej siostra była szatynką, do tego o ciemnej karnacji. Przyjaciółka do tego miała jasnobrązowe oczy i mlecznobiałą cerę.
Lily podsłuchała rozmowę rodziców, kiedy zastanawiali się głośno nad niecodziennym wyglądem Mneme. Wtedy zorientowała się, że w przyszłości czeka na nią duża tajemnica do rozwiązania. O wiele większa niż dochodzenie, kto wyjadł ciastka z puszki w kuchni babci, czy też gdzie zaginął kot sąsiadki. Lily chciała wiedzieć i była pewna, że kiedyś się dowie. Potrzeba było oczywiście czasu, ale ona wiedziała, że ma go dużo.
W końcu miała zamiar przyjaźnić się z Mneme do końca świata.