niedziela, 31 maja 2015

Rozdział Dwudziesty Siódmy - Historia Lily cz. 3

Ojej ile to czasu minęło Bardzo Was przepraszam. Mam kocioł w pracy, który z trudem umiem opanować. W ten weekend miałam 48h ze zdjęciami i obróbką a jurto zapowiada się tak samo. Albo gorzej... 
Bronię się we wrześniu. Nie jestem teraz w stanie pisać pracy. Nie ma spiny, zawsze są wrześniowe terminy :D 
A i jakby ktoś był zainteresowany - założyłam sobie instagram :P Jak ktoś chce zobaczyć co tak sobie wrzucam to zapraszam astal_b Wiem, że ludzie mają je już od miliarda lat, ale mi dopiero teraz się zachciało chwalić tym, że zdjęcia to mój zawód ^^
A co do notki. Nie wiem czy nie zjecie mnie za to :D Starałam się jak mogłam doprowadzić do takiej kulminacji. Obym Was nie zawiodła. 
Buziaki, 
Astal
P.S.1 Uwaga przekleństwo :P
P.S.2 Następny rozdział będzie chyba bonusem +18, postaram się dokończyć go jeszcze przez przeprowadzką, ale nic nie obiecuję!



-        Lily! Gdzie ty mnie ciągniesz?
-        Jeszcze trochę…
-        Lily ja mam lepsze rzeczy do roboty wiesz?
James wściekły szedł, a raczej był wleczony przez Lily. Skręcali tak często i tak wiele razy wspinali się po schodach, że Jim już stracił orientację, gdzie są. Siostra wyglądała na okropnie spiętą i od momentu, kiedy złapała go za rękę i zaczęła prowadzić, nie spojrzała mu prosto w oczy ani razu.
-        Lily co… - zaczął, ale nagle urwał, zatrzymując się jak wryty.
Lily puściła jego rękę, patrząc w bok. Zwiesiła głowę, a gęste włosy zakryły jej twarz.
-        Aha – powiedział cicho James.


Tydzień wcześniej.

-        Naprawdę chcesz to zrobić?
Lily podniosła głowę znad stołu i spojrzała na Amethyst. Zastanawiała się.
-        No wiesz… tu chodzi o mojego brata…
Westchnęła ciężko i oparła głowę na dłoniach. Była w kropce. Chciała być zarówno lojalna wobec swoich przekonań, jak i rodziny. Gdy tylko zaczął się rok szkolny wznowiły swoje śledztwo. Od tygodni śledziły Amber i teraz wiedziały o niej dosłownie wszystko. Nie było sensu już tego dłużej ciągnąć. Doskonale obie to wiedziały.
-        Nie ważne, co się stanie, on i tak będzie zraniony – Amethyst wzruszyła ramionami, starając się udawać obojętność, ale widać było, że też jest niepewna tego, co planowały. - Nie lubię go, ale to nie znaczy, że mu źle życzę.
-        Wiem…
-        Przemyśl to, Lily – zaproponowała Amethyst, podnosząc się i spoglądając na zegarek. – Jest już późno. Chodźmy już spać.
Wyszły z biblioteki i pożegnały się. Lily powlokła się w stronę wieży Ravenclawu w ponurym nastroju. W dormitorium położyła się na łóżku i zaciągnęła zasłony. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Gdy pozostałe dziewczyny wróciły, udała, że już śpi. Słuchała ich wesołej paplaniny i czuła się poirytowana. Bardzo chciałaby się do nich przyłączyć, ale wydawało jej się, że nie miała prawa być teraz w dobrym humorze.
Obudziła się następnego dnia w ubraniu, cała zgrana i spocona. Wygrzebała się pościeli, odklejając włosy od twarzy. Zegarek stojący na jej szafce nocnej wskazywał wpół do dziesiątej. Lily wyskoczyła z łóżka, jak oparzona. Siedząca na swoim łóżku Fawn, aż podskoczyła na jej widok.
-        Zaspałam! – wydyszała Lily, szarpiąc się z mundurkiem.
-        Dziś jest sobota – powiedziała cichutko Fawn. Była wyraźnie zaskoczona tak nagłym pojawieniem się koleżanki.
Lily opadła na łóżko z westchnieniem ulgi i zaczęła pocierać twarz dłońmi.
-        Coś cię gryzie? – zapytała Fawn. Mówiła jak zwykle cicho i spokojnie. Była bardzo wyważoną i miłą osobą, wprost nie dało jej się nie lubić. Zamknęła książkę, którą jeszcze przed chwilą czytała, ułożyła ją na kolanach, a potem pochyliła się ku koleżance.
Lily patrzyła dłuższą chwilę w jej wielkie niebieskie oczy, aż w końcu westchnęła ciężko. Fawn poprawiła się na łóżku i zachęciła ją uśmiechem.
-        Powiedz mi coś…
-        Hm?
-        Gdybyś wiedziała o kimś coś, co krzywdzi bliską ci osobę… powiedziałabyś to jej?
Fawn zamyśliła się, machinalnie przeczesując pasmo włosów.
-        Kiedyś mój tata postanowił spróbować poeksperymentować ze specjalnością naszej cukierni – zaczęła, zapatrując się w okno za plecami Lily. – Ja i papa uważaliśmy, że wcale nie potrzeba tego robić, ale baliśmy się mu powiedzieć. Wiesz sprzedajemy makaroniki, takie ciastka kolorowe. Tata myślał, że nowe smaki sprawią, że przyjdą do nas nowi klienci. Ale te nowe były okropne… mogliśmy stracić stałych bywalców. Tylko, że tata był taki szczęśliwy robiąc je. No ale musieliśmy mu powiedzieć.
-        Chyba rozumiem, o co ci chodzi.
Dziewczyna uśmiechnęła się ze zrozumieniem, kiwając głową. Odłożyła książkę na poduszkę. Lily zabębniła palcami w kolumienkę łóżka.
-        Gdyby tata zorientował się po czasie, że jego ciastka są okropne, nasza cukiernia, na którą tak z papą pracowali zbankrutowałaby.
-        Powiedzieliście mu coś przykrego, żeby go ochronić, prawda?
-        Musisz się zastanowić czy wolisz chronić tą osobę, czy jednak oszczędzić jej więcej cierpień w przyszłości.
-        Ty byś też tak wolała?
-        Tak – powiedziała z mocą Fawn, poważniejąc. - Wolałabym wiedzieć.
Lily skinęła głową, na znak, że też tak uważa, ale wcale nie poczuła się lepiej.


Rose i Darcy były w tym beznadziejnym wieku, do którego Lily brakowało kilka lat, aby je zrozumieć. Bez przerwy trajkotały o jakichś chłopcach, doprowadzając ją do szału. O ile Darcy nie miała w zwyczaju mówić wprost o wybrańcu swojego serca, to Rose nie potrafiła mówić o niczym innym. Prawdopodobnie już wszyscy wiedzieli, że kochała się w Adamie z jej kółka muzycznego. Lily zastanawiała się jak jej kuzynka mogła pomieścić tą swoją wielką książkową wiedzę oraz ten kurzy móżdżek nastolatki w jednej głowie.
Gdy zaproponowały Lily śniadanie na błoniach, gdyż pogoda tego dnia była wspaniała, dziewczynka nie sądziła, że będzie skazana na jedzenie w milczeniu i wysłuchiwanie ich trajkotanie. Dziewczęta pochłonięte tematem idealnego koloru męskich oczu (Darcy uważała, że to zielony, a Rose obstawała przy błękicie). Udając, że zajmuje ją tylko i wyłącznie jej kanapka, spod rzęs obserwowała Amethyst, która szła na zajęcia opieki nad magicznymi stworzeniami. Wlokła się sama na końcu grupy ślizgonów. Jakby w idealnym kontraście, w grupie puchonów szła Amber otoczona znajomymi, bez przerwy coś mówiła. Co chwila ktoś z jej towarzystwa wybuchał śmiechem.
Lily zastanawiała się gdzie to mógłbyś James, bo nie widziała go na śniadaniu przy stole gryfonów ani przy Amber. Była pewna, że przebywał właśnie na boisku do quidditcha, trenując. Ostatnio to tylko robił. Odkąd udało mu się przekupić Molly, aby już nigdy więcej nie angażowała go w klubowe sprawy, miał o wiele więcej wolnego czasu. Myślała, że brat będzie go poświęcał Amber, ale jednak tak się nie działo. Lily podejrzewała, że chyba Jim nie był dobrym chłopakiem.
Gdy skończyła jeść, wstała i pożegnała się z kuzynką, która wcale jej nie zauważyła, bo razem z Darcy malowały sobie paznokcie za pomocą swoich różdżek. Lily gdzieś głęboko w sobie trochę gardziła nimi za to. Może dla tego polubiła tak bardzo Amethyst – ona nie przejmowała się wyglądem. Fakt, czasami przypominała banshee, ze swoimi wiecznie potarganymi włosami, grzywką zasłaniającą pół twarzy. Grube, deformujące oczy okulary też nie poprawiały jej wyglądu. Mimo to, była naprawdę niesamowitą osobą i zyskiwała bardzo wiele przy bliższym poznaniu. Lily też na początku odnosiła się do niej z dystansem, ale w końcu zrozumiała, że pod tą czupryną niczym stos siana i wielką workowatą bluzą, kryje się zabawna i miła osoba.
Jedynym problemem było to, że miała bardzo wybuchowy charakter. Denerwowała się strasznie szybko i bardzo łatwo przechodziła do rękoczynów. Nie miała dość dużej samokontroli, aby nie rzucać się na kogoś z pięściami czy pazurami. Lily czasem długo myślała zanim ją skrytykowała, bo trochę bała się zostać podrapana.


W niedziele wieczorem Lily i Mneme spotkały się na swojego cotygodniowe pogaduchy. Z początku siedziały w bibliotece, ale potem przegonił je stamtąd pan bibliotekarz, bo były za głośno. Na dworze było już trochę za chłodno i wolały nie ryzykować zmoczenia butów wieczorną rosą. Zaczęły wałęsać się po zamku, cały czas nie mogąc się nagadać. Mneme opowiadała o swoim zabawnym koledze z klasy, który codziennie miał jakieś wypadki i nieszczęsny trafiał raz na tydzień do skrzydła szpitalnego.
-        Zaczynamy podejrzewać, że on po prostu szuka wymówki, żeby zobaczyć się z panią Applebloom – opowiadała Mneme, a Lily chichotała. – Dziś, kiedy rzucał zaklęcie, machnął różdżką tak, że wyleciała mu z ręki i dźgnęła profesora w głowę!
-        Był wściekły?
-        I to jak! Całe jego czoło zmieniło przez to kolor na fioletowy!
Lily parsknęła, starając sobie wyobrazić nauczyciela transmutacji z kolorowym czołem. Skręciły za róg i Lily zamarła w miejscu. Na końcu korytarza zobaczyła Emerald i jednego z bliźniaków. Złapała przyjaciółkę za ramię i powlokła w tył. Para zbliżała się szybko, więc niewiele myśląc Lily wepchnęła Mneme za cokół posągu, który stał nieopodal. 
-        Co jest? – zapytała Mneme, zdumiona taką reakcją. – Przecież to twój kuzyn.
-        Coś tu jest nie tak, wiesz? Jak na nich patrzę, to coś mi nie pasuje.
-        Znowu będziemy kogoś szpiegować?
-        Nie… Po prostu nie chcę się z nimi widzieć. Coś jest nie tak – powtórzyła Lily, marszcząc brwi.
Obie kucnęły, bo Emerald właśnie zbliżała się do ich miejsca kryjówki. Dziewczyna mówiła bardzo głośno, a w jej głosie słychać było rozbawienie. Lily wychyliła się i ujrzała, że jest z  jednym z bliźniaków Weasley. Poczuła dreszcz niepokoju na ten widok.  Para chichocząc i szepcząc do siebie dotarła do drzwi jakiejś pustej klasy. Na progu stanęli jak wryci. Lily i aż zaklęła pod nosem, widząc, kto był w klasie. Poczuła, że stojąca obok niej Mnema wyraźnie stężała.
-        Ojej przepraszamy… - wymamrotała Emerald, robiąc krok w tył, ale chłopak obok niej nie mógł się ruszyć, tak zaskoczony.
W środku klasy, na jednej z ławek siedział jego brat bliźniak, trzymający w objęciach jakąś dziewczynę. Jej bluzka była do połowy rozpięta, więc gdy tylko uświadomiła sobie, że zostali nakryci, krzyknęła i schowała się za chłopaka.
-        Louis powiedz twojemu bratu, żeby sobie poszedł!
-        Się robi… Dominique – won!
Emerald zrobiła się nagle czerwona a potem blada jak ściana.
-        C-co?
-        Nie słyszałeś Dominique?! – wrzasnęła dziewczyna, kuląc się i próbując zapiąć bluzkę. – Zjeżdżajcie stąd!
-        Przecież to nie jest Dominique! – zawołała ze złością Emerald, wskazując na bliźniaka obok niej.
-        Chyba wiem, jak wygląda brat mojego chłopaka, idiotko!
-        Ach to ty Emerald. Nie zauważyłem cię… A raczej nie spodziewałem się spotkać cię jeszcze z moim bratem…
Chłopak stojący obok Emerald stanął między nią a drzwiami, jakby chciał zatrzymać samym sobą słowa. Wyglądał na wściekłego.
-        Zamknij się! Nic nie mów!
-        To ty siedź cicho Domi! – ryknął Louis, zsuwając się z ławki i ruszając w stronę drzwi. – Miałeś z nią zerwać pół roku temu, tak jak ci kazałem!
-        J-jakto zerwać? Przecież ja nie… przecież, to jest Louis…
-        Och Emerald… - westchnął zniecierpliwiony, ale też trochę rozbawiony Louis, odpychając brata. -  Od razu wiedziałem, że nie jesteś nas w stanie odróżnić.
-        Ale… ale ja…
-        Nic nie zauważyłaś? Ojej, ale niefart. Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Ja i mój brat podmieniliśmy się. 
-        Co?! Ale... Co ty chrzanisz? Niby kiedy...
-        Pół roku temu.
Emerald patrzyła to na jednego, to na drugiego, zupełnie zszokowana. Bliźniak, który stał naprzeciw niej unikał jej spojrzenia, wpatrując się w swoje buty.
-        To nie prawda…
Louis zaczął się śmiać, tak jakby przed chwilą usłyszał świetny dowcip. Emerald wyraźnie zaczęła się trząść. Potrząsając głową, tak jakby chciała, aby to wszystko, co usłyszała stało się nieprawdą, zrobiła kilka kroków w tył. Nagle niespodziewanie ruszyła przed siebie biegiem. Dominique chciał ją gonić, ale brat złapał za ramię i przytrzymał. Chwilę się szarpali, ale w końcu Louis warknął:
-        Zostaw. Tak się dzieje, kiedy mnie nie słuchasz. Rozumiesz, dlaczego kazałem tobie to zrobić?
Dominique wyszarpnął się z jego uścisku i odszedł w przeciwną stronę niż Emerald. 
Lily schowała się za cokół i zakryła usta dłońmi. Cała dygotała z wściekłości. Nie wkroczyła do akcji tylko, dlatego, że miała na względzie dobro Emerald. Dziewczyna nie potrzebowała więcej upokorzeń niż to.
-        Nie powinnyśmy tego widzieć – wyszeptała Lily, zaciskając dłonie w pięści. Spojrzała na koleżankę. Mneme była blada i zasłaniała sobie usta ręką.
-        Nie powinnyśmy…


-        Scamander! Cisza! Uspokójcie się – zawołał profesor Flitwick, uderzając swoją różdżką w pulpit. Na podłogę posypało się kilka niebieskich iskier.
Bliźniacy są dziś naprawdę nieznośni, pomyślała Lily, podnosząc głowę znad swojej filiżanki pełnej wody. Cała klasa miała za zadanie opanować formowanie płynów w kształty w powietrzu, ale nikt nie mógł się skupić, przez Lorcana i Lysandra. Lily wiedziała, dlaczego chłopcy tak pajacowali. Od rana zachowywali się niczym dwa diablęta i skutecznie utrudniali pracę nauczycielom. Robili to po to, aby ją rozbawić.
Od rana była w podłym nastroju. Dziś miała spotkać się z Jamesem i wcielić swój plan w życie. Bardzo się denerwowała i przez to była mrukliwa, małomówna i spięta. Bliźniacy, którzy nie wiedzieli co jest przyczyną tego złego nastroju, uznali, że muszą go odegnać. Dziewczyna była im wdzięczna, chociaż doskonale wiedziała, że ich wysiłek pójdzie na marne. Niestety nic nie mogło jej pocieszyć.
Gdy tylko zabrzmiał dzwonek obwieszczający przerwę, Lily czmychnęła z klasy, bojąc się, że bliźniacy będą dalej chcieli ją pocieszać. Miała ochotę być sama. Udała się na spacer po zamku. Wydawało jej się, że ta jej wieczna dociekliwość właśnie się na niej zemściła. Jak na taką niezbyt dużą osobę, nosiła w sobie wielki ciężar tajemnic.
Usiadła na parapecie i zapatrzyła się na Hagrida idącego skrajem Zakazanego Lasu. Lily pożałowała swojej wścibskości. Przez to, że poznała wiele sekretów członków swojej rodziny czuła się w jakimś stopniu odpowiedzialna za nie, w równym stopniu co ich właściciele.
Nagle przypomniała sobie Emerald. Widziała ją od czasu tej okropnej sceny z bliźniakami Weasley tylko raz i z początku wcale jej nie poznała. Dziewczyna wyglądała na strasznie przybitą. Amethyst starała się pocieszyć siostrę jak tylko mogła, ale nic nie pomagało.
-        Dobra – powiedziała nagle, wstając i poprawiając spódniczkę. – Koniec użalania się. Mam coś do zrobienia.
Ruszyła w stronę wielkiej sali, gdzie wszyscy uczniowie właśnie spożywali obiad. Nie usiadła przy stole krukonów, tylko ruszyła do gryfonów. Już z daleka widziała ciemnorudą czuprynę swojego brata, pochylonego nad talerzem.
-        Albus! – zawołała tak nagle, że jej brat zakrztusił się swoim kotletem.
-        Lilka nie drzyj się tak – fuknął, gdy już uspokoił się i przestał kaszleć. – Mówiłem ci już coś o wrzaskach, prawda?
-        Tak… tak… Mam nie krzyczeć, jeżeli nie stoję w płomieniach. Albo ktoś rodziny… Dobra nie ważne, Albi. Mam sprawę.
-        Tak siostro?
-        Czy mógłbyś dopilnować, żeby Jim zamarudził z obiadem? Po prostu, żeby był gdzieś o określonej godzinie.  
-        A czemu, mogę spytać?
-        To długa historia. Wytłumaczę ci, jak tylko to dla mnie zrobisz.
-        Przysługa za przysługę.
-        Naturalnie. Czego żądasz?
-        Przestań za mną łazić wieczorami.
-        Zauważyłeś? – Lily była autentycznie zaskoczona, bo wydawało jej się, że była zupełnie niewidzialna, gdy szpiegowała brata.
-        Lily, jestem twoim bratem.


James nie był zachwycony, że Lily porwała go na szaleńczy raid po zamku. Cały czas warczał, że nie ma na to czasu i, że ma jeszcze stos nieodrobionych prac domowych w dormitorium. Mimo to siostra pozostawała głucha na jego złość. Była zdecydowana i nie mogła się wycofać. Wcześniej, gdy szła do wieży Gryffindoru widziała Amethyst, przemykającą po korytarzu. Porozumiały się tylko spojrzeniami. Wcześnie wszystko ustaliły plan działania co do minuty.
-        Lily gdzie idziemy? Nie pójdę ani kroku dalej, jak nie powiedz, o co chodzi!
-        Pójdziesz.
Dotarli na drugie piętro, tam gdzie krzyżowały się dwa korytarze. Stało tam parę osób i przyglądało się czemuś w napięciu. Jim poznał w nich członków klubu zaklęć. Pierwszą sobaczył Jess, przyjaciółkę swojej dziewczyny. Wyglądała na przerażoną – oczy miała szeroko otwarte i zasłaniała sobie usta dłońmi. Obok niej stał jej chłopak, Mark, z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzy. Jim spojrzał, na co patrzylii zamarł.
W centrum zbiegowiska był wysoki chłopak w mundurku Ravenclawu. Wrzeszczał coś jak opętany, wymachując pięściami i próbując uderzyć stojącego naprzeciw niego chłopaka – umięśnionego blondyna ze Slytherinu. Ten także krzyczał i bronił się, ale tylko jedną ręką, bo drugą osłaniał…
-        Amber? – wydusił z siebie James, czując, że coś dziwnego dzieje się w jego klatce piersiowej.
Amber kuliła się za plecami ślizgona, purpurowa na buzi. Była okropnie potargana – pasma włosów wystawały z jej długiego warkocza. Najgorsze było to, że jej bluzka była rozpięta. Obiema rękami próbowała zasłonić wystający stanik
Tłumek dookoła nich z chwili na chwilę się powiększał, gdyż uczniowie kończyli popołudniowe lekcje i zajęcia w klubie. Zaciekawieni zatrzymywali się, aby popatrzeć.
-        Mówiłem ci, że masz się od niej odpieprzyć! – ryczał krukon, wyciągając różdżkę i celując nią w chłopaka przed sobą.
-        Ona nie chce się z tobą już spotykać! Powiedziała ci, że masz spadać!
-        Amber powiedz mu, że to nie prawda! - sięgnął i złapał Amber za rękę, chcąc ją do siebie przyciągnąć. Dziewczyna zaparła się nogami i zaczęła się szarpać. W końcu wyrwała się i czmychnęła za plecy swojego obrońcy.
Nagle jej nieprzytomne oczy spotkały się ze spojrzeniem Jamesa. Zamarła i pobladła niczym śmierć. Zaczęła szarpać się z bluzką, zapinając byle jak i krzywo guziki.
Jim już miał ruszyć do niej, ale nagle pojawił się nauczyciel. Profesor Vector przecisnęła się przez tłum uczniów.
-        Co się tu dzieje!- zawołała, łapiąc krukona za rękę, w której trzymał różdżkę. Szarpnęła chłopaka do tyłu i odgrodziła go od ślizgona. I wtedy zobaczyła Amber.
Nikt do tej pory nie widział jej wściekłej. Była zwykle spokojną i chociaż wymagającą nauczycielką, a dziś był to pierwszy raz, kiedy uczniowie zobaczyli ją rozzłoszczoną. Usta jej pobladły a oczy zapłonęły.
-        Wszyscy, cała trójka – warknęła wskazując w górę palcem. – Jazda do wicedyrektora!
-        Nie! Nie, pani profesor! – rozryczała się Amber. – Błagam proszę nie wołać profesora Adrka.
-        Natychmiast!
Złapała Amber za ramię, a chłopców pogoniła przed sobą. Gapie rozstąpili się momentalnie. Został tylko James, który stał jak wmurowany. Amber przestała płakać i spojrzała mu prosto w oczy.
-        James ja… - zaczęła, ale nauczycielka powlokła ją dalej. – To nie tak! Jim, ja nie…
I zniknęła za rogiem.
Wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić, głośno komentując to co się zdarzyło. Wielu mijało Jamesa patrząc na niego z politowaniem lub zaskoczeniem. Jess i Mark sprzeczali się o coś ściszonymi głosami. Dziewczyna wyglądała na wściekłą, a jej chłopak na zniecierpliwionego.
-        Lily… - odezwał się tak nagle James, tak że jego siostra podskoczyła, zaskoczona.
-        Mm?
-        Ty wiedziałaś, prawda?
-        Od jakiegoś… czasu…
-        Rozumiem…
Lily spojrzała na brata i ścisnęło jej się serce. Złapała go za rękę, ale on odwrócił wzrok, mimo, że odwzajemnił jej uścisk. Dziewczynka nie miała pojęcia jak go pocieszyć.
-        Dzięki Lily…
-        Czy chcesz…
-        Jedyne, czego chce, to zostać sam.
-        Ale, Jimbo…
Podniósł głowę i spojrzał na nią, a oczy miał o wiele bardziej błyszczce niż zwykle.
-        Po prostu chce być sam.
W końcu puściła jego dłoń. Odszedł szybko przed siebie korytarzem, zostawiając ją samą. Zza rogu wyłoniła się Amethyst. Minę miała niewyraźną. Z początku nie wiedziała za bardzo, co zrobić, ale w końcu otoczyła ramieniem Lily i przytuliła ją do siebie.
-        Wiem, że to trzeba było zrobić, ale wyszło okropnie.
-        Nie sądziłam, że tu się tyle osób zbiegnie… - powiedziała ze złością Amethyst. – Wyszło okropnie.
-        Ale trzeba było…

poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział Dwudziesty Szósty - Historia Lily cz. 2

Przepraszam, że to tak długo trwało. Musiałam się pozbierać i naładować energię na pisanie. Od grudnia nic nie pisałam, bo nie miałam siły. Może to był art block a może lekkie artystyczne załamanie. Po prostu przestałam wierzyć w swoje umiejętności. 
Mam nadzieję, że długość tego rozdziału Was usatysfakcjonuje :) Następny już niebawem, to mogę obiecać. Jeżeli tak się nie stanie - zacznijcie mnie szukać, bo to będzie oznaczało, że mój straszny pan promotor mnie dopadł i torturuje. 
Pozdrawiam, 
Wasza Astal



To nie  było w stylu Lily, aby zamartwiać się czymś długo. Jej domeną nie było myślenie, a działanie. Postanowiła, że poobserwuje Amber i postara się znaleźć to, co mogłaby w niej polubić. To wydawało się być proste, acz genialne.
Już następnego dnia, gdy tylko ją zauważyła na korytarzu, ruszyła za nią. Miała w planie obserwować przez dłuższy czas. Była pewna, że znajdzie coś miłego w Amber i wtedy wszystkie jej uprzedzenia będą po prostu głupie.
Szła za dziewczyną, oczywiście w rozsądnej odległości. Kiedyś, gdy była młodsza, James uczył ją się skradać. W prawdzie zawsze trenowali na Albusie, który wiecznie był myślami poza ciałem, co czyniło go łatwym celem, ale raz udało jej się podejść ojca, a to był nie lada wyczyn.
Amber nie robiła nic podejrzanego. Czasami zatrzymywała się, aby z kimś się przywitać czy chwilę porozmawiać. Lily podążała za nią ale szybko zaczęła się nudzić. Jedyną interesującą rzeczą, jaką zauważyła, było to, że Amber naprawdę często zwraca uwagę chłopców. Wielu się z nią witało i prawie wszyscy, których mijała się za nią oglądali. To było niepokojące. Ich spojrzenia były jakby lepkie, pożądliwe. Nie podobało się to Lily, ale najwyraźniej Amber nie miała nic przeciwko. Uśmiechała się do wszystkich i była niczym epicentrum dobrego nastroju. Ci, których pozdrawiała, wyglądali potem, jakby zarazili się jej dobrym nastrojem.
W końcu doszła na czwarte piętro. Teraz jej krok zdecydowanie przyśpieszył. Zdawało się, że już bardzo chce być na miejscu. Lily skradając się za nią, dopiero po chwili zauważyła, że nie jest sama. Po drugiej stronie korytarza siedziała przyczajona drobna dziewczyna w workowatej bluzie drużyny Slytherinu. Obserwowała ona bardzo uważnie Amber zza grubych okularów.
W tym momencie Lily uznała, że Amber była wyjątkowo nierozgarnięta, jeżeli nie zauważyła, że jest śledzona przez dwie osoby. Zupełnie nieświadoma niczego zatrzymała się przed drzwiami pustej klasy do zaklęć i zapukała. Po chwili uchyliły się one, a Amber wślizgnęła się do środka. Dziewczyna w okularach parsknęła ze złością i podniosła się. W tej samej chwili Lily uznała, że powinna już wracać. Poruszyła się i została zauważona.
-        Hej! – zawołała ślizgonka, zbiegając na piętro. – Ty, mała!
Dopadła Lily i złapała ją za rękę. Z bliska wyglądała dość groźnie, choć była niewiele wyższa od Lily. Miała nienaturalnie powiększone przez okulary oczy i strasznie splątane włosy.
-        Kim jesteś?
-        Ja… ja… Lily… Lily P-Potter.
-        Potter? – zapytała zaskoczona ślizgonka, zamierając z miejscu i rozluźniając uścisk. – Tak jak James Potter?
-        To mój brat.
Dziewczyna zrobiła krok w tył i zmierzyła Lily uważnym spojrzeniem. Intensywnie się nad  czymś zastanawiała, drapiąc się po policzku. Miała niezbyt czyste i krzywo obcięte paznokcie.
-        Przydasz mi się. Ta krowa zaczęła coś podejrzewać ostatnio… A ja po prostu muszę, muszę dowieść, że ona nie jest takim aniołem, na jakiego pozuje.
-        Em… ale kim ty jesteś?
-        Ach! Nie przedstawiłam się. No tak, to mi się czasem zdarza. Jestem Amethyst Lennox.
Lekko zszokowana Lily uścisnęła jej dłoń.
-        Dlaczego śledzisz Amber?
-        To moja kuzynka. Nie cierpię jej. Mama zawsze mówi, że powinnam być taka jak ona… Ale ja wiem, że to tylko poza Berry. Bardzo zależy mi na tym, żeby odkryć co ona robi.
-        Pomogę ci! – zawołała nagle Lily, łapiąc Amethyst za rękę.
-        Podoba mi się twój entuzjazm, młoda Lily!
Był to początek bardzo dziwnej przyjaźni. Obie dziewczyny zachowywały się niczym tajni agenci, porozumiewając się na korytarzach za pomocą wieloznacznych spojrzeń i gestów. Musiały ukrywać przed wszystkimi, że się kolegują. Lily doskonale wiedziała, że James wpadłby w szał, gdyby się dowiedział, bo już dawno zabronił się jej kolegować z „potworem ze Slytherinu”. Bardzo zdziwiło jego siostrę to, że tym potworem była drobna dziewczyna. On przez wiele tygodni nie mógł przeboleć, że go ugryzła. Owszem, bardziej bolała go urażona duma niż to, ale prawdą było, że zapałał nienawiścią do Amethyst tamtego dnia i uważał ją za swojego arcywroga.
Mimo połączonych sił dziewcząt Amber udawało się ukrywać przed nimi swój seret. Wymykała się prawie co wieczór ze swojego pokoju wspólnego, ale nigdy nie udało się ani Lily, ani Amethyst jej przyłapać na tym, o co ją podejrzewały. Śledzenie jej utrudniał fakt, że ślizgonka była intensywnie obserwowana przez nauczycieli. Okazało się, że była znana z różnego typu awantur, nawet tych z pobiciem, i trudno było jej się ruszyć z pokoju wspólnego slytherinu nie wzbudzając podejrzeń. Lily też nie miała różowo – Mneme zaczynała coś podejrzewać i za wszelką cenę starała się odwieść przyjaciółkę od tego co robiła. Wszędzie za nią chodziła, nie przestając mówić, jak to nie powinno się oceniać ludzi po pozorach i wyciągać wniosków na podstawie tylko niepewnych podejrzeń. Aby ją zgubić, Lily czasami trzymała się z bliźniakami, ale to też było złym pomysłem, bo mimo, iż odstraszali Mnene, to ściągali na nią uwagę innych. Zawsze głośno gadali o niestworzonych rzeczach, gestykulując tak żywo, że cudem nie wybijali sobie nawzajem zębów.
W taką właśnie sytuację Lily się wmanewrowała, decydując się pewnego dnia na spędzenie czasu z bliźniakami w bibliotece. Nie mogła się z nimi ani uczyć, ani obmyślać nowego planu przyłapania Amber, bo Lorcan i Lysander zachowywali się niczym wariaci, kłócąc się o to czy chrapak krętonogi naprawdę ma pokręcone nogi, czy to tylko nazwa.
-        Bzdura, mój szanowny bracie! – zawołał Lorcan, waląc pięścią w stół. Uwielbiał zachowywać się tak, jakby był średniowiecznym szlachcicem.
-        Zarzucasz mi łgarstwo? – odwrzasnął Lysander, a wszyscy obecni w bibliotece syknęli, aby zachowywali się ciszej.
-        Otóż to!
Lily westchnęła ciężko, kładąc głowę na stole. Już trzy razy próbowała uciec, ale za każdym razem któryś z bliźniaków ją łapał i usadzał, nakazując, iż musi być ich sędzią w tym sporze.
-        Potrzebujesz pomocy? – usłyszała za sobą znajomy głos. Zerknęła przez ramię i ujrzała Fawn – jedną z dziewcząt z jej klasy.
-        Bardzo – jęknęła Lily, pocierając twarz dłońmi.
Fawn uśmiechnęła się i przysunęła sobie krzesło, a potem zasiadła na nim z gracją. Ułożyła elegancko ręce na blacie stołu a potem odchrząknęła cichutko. Bliźniacy zamarli, spoglądając na nią tak, jakby pierwszy raz w życiu ją widzieli.
-        Bardzo interesuje mnie temat, o którym właśnie dyskutujecie – powiedziała z promiennym uśmiechem. – Czy moglibyście wyjaśnić mi więcej, na temat tego stworzenia?
Chłopcy ochoczo przystąpili to wprowadzania Fawn w temat, wykrzykując jeden przez drugiego i wymachując kończynami dziko. Dziewczyna patrzyła na nich ze spokojem, kiwając głową i nadal się uśmiechając.
-        Jesteś pewna, że to przeżyjesz? – szepnęła Lily, nachylając się do koleżanki.
-        Dam radę – odparła Fawn, kątem ust. – Uciekaj.
Lily wymknęła się z biblioteki i ruszyła na poszukiwania. Po Amber nie było nigdzie śladu, jednak szybko znalazła jakiegoś członka swojej rodziny, w końcu to nie było trudne, kiedy było ich w zamku tak wiele. Na końcu korytarza zauważyła Albusa. Wyglądał tak, jakby chciał bardzo, aby nikt nie zwracał na niego uwagi. Rozglądał się uważnie dookoła. Gdyby Lily nie wykazała się refleksem, to zobaczyłby ją. Jednak zdążyła się schować za jedną ze zbroi, stojących pod ścianą.
-        Teraz cię mam – szepnęła do siebie Lily, ruszając za bratem.
Wymagało to od niej nie lada umiejętności. Skradała się, chowała, a raz nawet przeczołgała się przez korytarz, tylko po to aby nie zobaczył jej brat.
-        Lily! – usłyszała swoje imię i prawie, krzyknęła zaskoczona.
-        Ciiiiiicho!
Amethyst kucnęła przy niej z poważną miną.
-        Co ty robisz?
-        Nie pokazuj się. Śledzę mojego brata. Muszę wiedzieć gdzie on chodzi.
-        Szukałam cię. Spóźniłaś się na spotkanie.
-        Coś mnie zatrzymało. Czemu nie obserwujesz Amber?
-        Przechodzimy w stan spoczynku – szepnęła Amethyst, skradając się za Lily. – Ta kretynka dostała gobliniej wysypki. Pewnie zaraziła się od kogoś.
-        Mój brat już to przechodził w dzieciństwie…
-        Tak myślałam – uśmiechnęła się triumfalnie ślizgonka. – Patrz, twój brat schodzi w dół.
-        Za nim!
Dotarły aż do podziemi, gdzie znajdowało się wejście do kuchni. Lily już raz widziała Albusa tu. Tak, jak wcześniej, teraz zniknął za drzwiami obok obrazu przedstawiającego misę z owocami.
-        Patrz, tam jest kartka przypięta – ucieszyła się Amethyst i podeszła bliżej na palcach. – Hmmm…
-        Czy to jakiś klub? – zdumiała się Lily, zaglądając jej przez ramię. Zza drzwi usłyszały podniesione głosy i czyjeś kroki.
Nie bardzo wiedząc co powinny zrobić, rzuciły się do ucieczki. Gdy dopadły do zakrętu korytarza na szczycie schodów, drzwi otworzyły się i stanęła w nich pulchna dziewczyna w białym fartuchu. Lily i Amethyst zerkały zza rogu.
-        Wydaje mi się, że słyszałam czyjeś głosy – powiedziała dziewczyna, wycierając ręce w fartuch.
-        Musiało ci się zdawać – odparł ktoś z wnętrza pomieszczenia.- Chodź, Elli. Musisz mi pomóc z tą szprycą.
Drzwi się zamknęły a Lily i Amethyst spojrzały po sobie.
-        Szpryca?  Fartuch? Kolejna sprawa do rozwiązania – zadecydowała Lily poważnym tonem, a jej wspólniczka zasalutowała niczym żołnierz otrzymujący rozkaz.


Dzień festiwalu był chyba najbardziej pechowym dla Amethyst w całym jej dotychczasowym życiu. Nie tylko wyszła na wariatkę przed całą szkołą (to akurat zdarzało jej się dość często), ale wszyscy świadkowie zdarzenia uznali ją za potwora, gdy zaatakowała kuzynkę przy połowie szkoły, no i bardzo przeskrobała sobie u profesora Adryka.
Lily nie mogła nic zrobić, widząc koleżankę w kłopotach. Stała na schodach i przyglądała się całemu zajściu z góry. Widziała jak kuzynki zaczęły się kłócić. Dobrze wiedziała o co poszło. Amethyst postanowiła doprowadzić do konfrontacji i wyznać kuzynce, że zna jej sekret, chociaż tak naprawdę nie miała żadnych dowodów. Ten fakt był dla Amethyst tak denerwujący, że nie mogła już wytrzymać. Za każdym razem, gdy widziała kuzynkę, chciała ją uderzyć. Niestety Amber miała już na taką okazję przygotowany plan. Zaczęła krzyczeć i płakać, a potem popchnęła Amethyst, której zupełnie puściły nerwy i rzuciła się na nią. Zaczęły się szarpać i nagle pojawił się wicedyrektor. Amber zaczęła płakać jeszcze głośniej. Ludzie zaczęli zatrzymywać się obok nich i przyglądać całej tej scenie. Lily chciała zbiec na dół i obronić koleżankę, jako naoczny świadek całego zajścia, ale nie mogła się dostać do centrum awantury. Była za mała, aby przepchnąć się przez tłum. Parę razy kros ją potrącił, a ktoś inny nadepnął jej na stopę. Z pomocą przyszedł jej Albus, który złapał ją za rękę i zaprowadził z powrotem na schody.
-        Rety, ale awantura – westchnął, rozcierając sobie stopę. – Ta siostra Emerald naprawdę jest szalona.
-        Wcale nie jest!
-        Lily? Nie widziałaś co zrobiła Amber? Prawie ją podrapała.
-        Amethyst nie jest szalona. Wszyscy jesteście zaślepieni! – to powiedziawszy wyrwała się bratu i pobiegła w stronę, gdzie zniknęła Amethyst.
Długo błądziła po zamku, szukając ślizgonki. W okolicach skrzydła szpitalnego usłyszała znajome głosy. Rose kłóciła się z jakimś chłopakiem o coś zażarcie. Lily przystanęła i nastawiła uszu.
-        Zostaw mnie Malfoy! Dam sobie radę!
-        Złamiesz sobie tak nos. Daj, ja to naprawę.
-        Nie musisz tego naprawiać.  Mój policzek nie jest zepsuty. Umiem się obchodzić z moją własną różdżką.
-        Do jasnej cholery, głupia babo! – nie wytrzymał Scorpius, wyciągając swoją różdżkę. – Nie będziemy czekać na pielęgniarkę. Ja mogę to uleczyć.
-        Zostaw to! Ała!
-        No widzisz? Dźgnęłaś się w nos. O cholera!
Lily zerknęła na nich, rozbawiona. Oboje miotali się w panice, machając różdżkami. Policzek Rose krwawił co raz bardziej i cały przód jej bluzki był już poplamiony. Scorpius był tak blady, że było pewnie kwestią czasu, żeby zemdlał. Bardzo się starł panować nad sytuacją, ale mając przy sobie ranną Rose to wcale nie było proste.
Lily strasznie chciało się na ich widok śmiać, ale powstrzymała się i ruszyła dalej. Tu nie musiała nikomu pomagać, wierzyła, że oni jakoś opanują się i dadzą sobie radę.
Znalazła Amethyst na wierzy astronomicznej. Siedziała skulona między blankami i pociągała głośno nosem. Widać było, że płakała.
-        Na twoim miejscu też bym się tu schowała – odezwała się Lily, uśmiechając się trochę sztucznie. Bardzo chciała pocieszyć koleżankę. – Adryk grasuje w zamku.
-        Jak to jest, że tak bardzo różnię się od swojej rodziny? – zapytała Amethyst, ocierając rękawem policzki. Wiatr rozwiewał jej włosy, raz po raz odsłaniając piegowatą buzię. Lily przemknęła przez głowę myśl, że nigdy nie widziała ślizgonki bez tych grubych okularów, które deformowały jej oczy.
-        Ja też jestem trochę od nich inna…
-        Ale ty masz braci. Musisz się od nich różnić. Ja nigdy się z dziewczynami z mojej rodziny nie umiałam dogadywać.
-        Emerald wyglądała na przejętą.
-        Ale i tak broniła Amber…. Idź do zamku, bo cię przewieje – poradziła Amethyst, wychylając się, aby popatrzeć na kolorowe stoiska na błoniach.
-        A ty?
-        Ja… ja tu jeszcze posiedzę. Idź.
Lily wycofała się, orientując się, że koleżanka chce być sama. Zanim zeszła na dół, jeszcze raz spojrzała na Amethyst. Ślizgonka właśnie usiłowała wyczyścić chusteczkę do nosa różdżką, ale z marnym skutkiem.


Rok szkolny dobiegał końca. Lily miała średni humor, gdyż dowiedziała się, że Amethyst słono zapłaciła za awanturę w dzień festiwalu. Do końca czerwca miała szlaban u wicedyrektora. Do tego, obecni wtedy w zamku jej rodzice, strasznie na nią nakrzyczeli. Mało się teraz widywały, a do tego Lily była zmuszona słuchać tyrad jej brata na temat jaką to okropną rodzinę ma biedna Amber.
Na szczęście letnie wakacje udało jej się spędzić bez brata i jego dziewczyny. James wybył na cały miesiąc na obóz treningowy. Bez niego było w domu o wiele ciszej i wszyscy mieli jakoś dużo wolnego czasu. Lily nudziła się jak mops. Albus nie był zbyt dobrym towarzyszem zabaw wakacyjnych, bo większość czasu spędzał w swoim pokoju, albo siedział z mamą w kuchni. Zadania domowe odrobiła już w pierwszych dwóch tygodniach lata i teraz zastanawiała się co powinna robić. Dużo czasu spędzała na dachu domu, gdzie zrobiła sobie z koców i poduszek coś w rodzaju gniazdka. Harry pomógł jej je zabezpieczyć czarami przed ewentualnym deszczem. Z góry mogła obserwować całą okolicę, a wieczorami obserwować gwiazdy. Kolejnym plusem było to, że z tego miejsc słyszała większość rozmów różnych członków jej rodziny – na przykład ojca i wujka Rona, którzy siedzieli w ogrodzie, albo mamy i cioci Hermiony, plotkujących przy furtce.
W połowie lata Albus podjął męską decyzję i zdecydował się pojechać z Rose i Darcy na kilka dni nad jezioro. Rodzina Darcy miała tam dom letniskowy. Albus nienawidził wody i łódek, ale nie chciał tego mówić ani kuzynce, ani koleżance. Zgrywał twardziela, bo bał się, że obie go wyśmieją.
Lily została w domu sama. Rodzice nie mieli z co z nią zrobić, gdy oboje wychodzili do pracy. Bardzo często była podrzucana do różnych ciotek i babci. Nigdy nie zostawiano jej samej, zbyt bardzo rodzice bali się, że po powrocie zostaną dom w gruzach.


-        Lily!
Dziewczynka otworzyła gwałtownie oczy i usiadła na łóżku. Ojciec stał na nią z niewyraźną miną.
-        Ssso? – wymruczała sennie, zerkając na zegar. Wskazywał siódmą rano.
-        Kochanie musisz iść ze mną do pracy.
-        Ale miałeś mieć dzień wolny.
-        Tylko na trochę – obiecał Harry, ściągając z niej kołdrę. – Ubierz się. Zrobię ci kanapki.
-        Ale ja nie chcę! Mieliśmy dziś iść na wycieczkę…
Harry zrobił smutną minę. W ręce trzymał zmiętą kartkę. Sowa z ministerstwa musiała przylecieć dosłownie przed chwilą.
-        Tylko do dwunastej – spróbował jeszcze raz. – Potem zabiorę cię na zakupy do Londynu. Spędzimy całe popołudnie tam. Co ty na to?
-        Pójdziemy do Harrods? – zapytała Lily z błyskiem w oku. Była wielką fanką mugolskich domów handlowych, kochała kupować tam ubrania. Harry znał wszystkie jej słabostki i wiedział jak ją skusić, aby z nim poszła. Gdy wymieniła nazwę największego sklepu w Londynie, już wiedział, że jest kupiona.
-        Gdzie tylko chcesz!
Wyskoczyła z łóżka i zaczęła się szykować w pośpiechu. Ojciec w tym czasie robił im śniadanie. Po godzinie byli już na miejscu. Wszyscy w ministerstwie pozdrawiali ich z daleka. Kilka osób nawet zatrzymało się, aby chwilę porozmawiać z Harrym i wyrazić swój zachwyt, że Lily już jest taka duża. Gdy dotarli do kwatery aurorów entuzjazm Lily wyraźnie spadł. Tu nikt nie zwracał na nią uwagi. Ojciec posadził ją w swoim biurze, dał kubeczek jogurtu i paczkę chipsów a potem zniknął gdzieś na całą godzinę.
-        Szefie… - do gabinetu wpadł przystojny blondyn z krzywo zapiętą pod szyją szatą. Lily aż podskoczyła i zakrztusiła się jogurtem.
Czarodziej zamarł na widok małej rudej dziewczynki na miejscu swojego przełożonego.
-        Taty nie ma – poinformowała go uczynnie Lily, odkładając na stół jakiś raport, który próbowała przeczytać, ale nic z niego nie rozumiała.
-        Taty?
-        Ty jesteś Brad, prawda? Chodzisz z siostrą Mneme?
-        Co? Kim ty jesteś dziecko?
-        Czy jeżeli mój tata jest twoim szefem, a go nie ma, to ja teraz jestem twoim szefem? W końcu jest moim tatą.
Brad wytrzeszczył na nią oczy. Miał strasznie głupią minę. Dopiero po chwili doszło do niego co paplała Lily i zorientował się, że ma do czynienia z dzieckiem Harry’ego. Rozejrzał się bezradnie po biurze, ale nikogo poza Lily w nim nie było. Vasiliki dziś miała wolne i to on miał się zajmować całą robotą papierową aurorów.
-        Ooook… Ja muszę znaleźć twojego… tatę… a ty tu sobie siedź, dziewczynko. Nigdzie się stąd nie ruszaj!
Zniknął za drzwiami, a Lily prychnęła pogardliwie. Nie lubiła, gdy ktoś mówił do niej jak do małego dziecka. Odkąd poszła do Hogwartu uważała się za bardzo dorosłą. Momentalnie poczuła ochotę ruszyć na przechadzkę po ministerstwie. Porzuciła niedojedzone chipsy i wyszła z gabinetu ojca. Na korytarzu i w przejściach między boksami aurorów kręciło się wiele osób. Wszyscy wyglądali na bardzo zaabsorbowanych swoimi sprawami. Z początku nikt nie zwracał na nią uwagi. W końcu ona także umiała prawie zawodowo się przemykać i pozostawać niezauważona. Z jednego z boksów usłyszała podniesione głosy. Podeszła bliżej, zaciekawiona tematem dyskusji.
-        Nie możesz tego tak załatwiać, Lawrenc! – złościła się wysoka czarownica, wymachując kawałkiem pergaminu przed nosem piegowatego młodzieńca, który wyglądał na niewzruszonego.
-        Przecież napisałem raport. Czego się czepiasz?
-        Po pierwsze! Nie tak mówi się do swojego przełożonego! A po drugie, nie wolno nazywać istot magicznych własnymi nazwami! Jak ja mam to dać panu Potterowi?!
Lily ruszyła dalej, po kolei zaglądając do każdego boksu. W jednym młody auror, zarzuciwszy nogi na biurko drzemał w najlepsze, a nad jego głową krążyło kilka samolocików. Dalej drobna czarownica o bardzo długich włosach koloru blond, podkręcała rzęsy różdżką, a nieduże lusterko lewitowało przed jej twarzą. W kolejnej stał Harry i jeszcze kilku poważnie wyglądających mężczyzn i rozmawiali o czymś ściszonymi głosami.
-        Harry, chłopcze… - westchnął jedyny czarodziej, który nie miał na sobie szaty aurora. – Nadal nic?
-        Niestety nic… Nie mam żadnych wiadomości dotyczących śledztwa. Tak jakby ktoś przewidywał wszystkie nasze ruchy. Gdy docieramy na miejsce aktywności, trop jest już zimny.
W głosie ojca Lily słyszała złość i bezsilność. To było coś nowego, bo do tej pory wydawało się, że jest on najbardziej pewną siebie osobą na świecie. Zawsze znał odpowiedzi na jej pytania i nigdy się nie wahał. Dlatego córka widziała go niczym super bohatera. Zmartwiła się jego bezradnością. Wychyliła się zza ścianki boksu i ujrzała ojca pochylonego nad stołem, na którym leżała jakaś wielka mapa – cała pokreślona i popisana. Wpatrywał się w nią intensywnie, tak jakby miał nadzieję, że coś się nagle na niej pojawi.
Lily przemknęła na drugą stronę wejścia i ruszyła dalej. Źle się czuła widząc tatę w takim złym nastroju.
-        Dziewczynko! – Brad złapał ją za rękę. – Nie wolno ci tu chodzić! Pan Potter… to znaczy twój tata kazał mi się tobą zająć.
Zawlókł Lily do gabinetu Harry’ego i usadził ponownie za biurkiem. W objęciach ściskał jakieś papiery i wyglądał na bardzo niezadowolonego, że przydzielono mu rolę niańki.
-        Słuchaj mała – zaczął uśmiechając się sztucznie.- Muszę wyjść, bo mimo, że twój tata dał mi rozkaz, abym się tobą opiekował, to jednak nie odwołał mnie ze stanowiska sekretarki całej kwatery… więc muszę wyjść. I bardzo cię proszę, naprawdę bardzo. Siedź tu grzecznie.
-        Mogę iść z tobą?
-        Nie.
-        A może chociaż powiesz mi czym się zajmujesz?
-        Nie.
-        A co to znaczy dekapitacja?
Brad wytrzeszczył na nią oczy, zamierając z półotwartymi oczami.
-        Gdzie to przeczytałaś?
Lily wskazała jeden z raportów, leżących na biurku. Brad westchnął, zebrał wszystkie teczki, a potem wcisnął do jednej z szuflad biurka stojącego po oknem.
-        Tak jak mówiłem – podjął po chwili, gdy już uporał się z problemem. – Siedź tu, to oboje nie będziemy mieć kłopotów.
Gdy Brad wyszedł Lily znowu zaczęła się nudzić. Nigdy tak naprawdę nie przyjmowała rozkazów od ludzi spoza swojej rodziny, jeżeli nie byli nauczycielami. Po dwudziestu minutach absolutnej nudy, podkradła się do drzwi i wyjrzała przez szparę. W boksach było cicho. Lily zdecydowała się na ucieczkę. Za bardzo korciła ją główna kwatera aurorów, aby siedzieć w miejscu. Rozejrzała się bardzo uważnie, czy Brad się nie zbliża, ale gdy zorientowała się, nikogo nie ma na korytarzu, wznowiła swoją wycieczkę.
Już wcześniej jej uwagę przyciągnęły drzwi za boksami. Co chwila ktoś tam wchodził, nie domykając drzwi, więc uznała, że ona też może zajrzeć.
Pomieszczenie za drzwiami było wielkości sali gimnastycznej. Miało zupełnie czarne ściany a także ciemną podłogę. Z sufitu zwieszały się długie liny, różnego rodzaju drążki do podciągania i obręcze. Pod ścianami stały równoważnie, drabinki i różne dziwne sprzęty o nieznanym dziewczynce przeznaczeniu. Na środku pomieszczenia stało z dwadzieścia osób – ustawionych w parach naprzeciw siebie. Ćwiczyli zaklęcia, rzucając na siebie je nawzajem. Niektórzy korzystali urządzeń – przeskakiwali przez nie, maszerowali po równoważni albo wchodzili po linach. Lily patrzyła na to urzeczona. Przestąpiła bezwiednie przez próg, aby lepiej przyjrzeć się młodym czarodziejom. Niektórzy wyglądali na osiemnaście lat, być może byli to kandydaci na aurorów.
-        Ej mała! Co ty tu robisz? – usłyszała za sobą Lily. – Kto tu przyprowadził dzieciaka?
Rosły czarodziej stał za nią i podpierając się pięściami pod boki, patrzył na nią srogo. W poprzek jego twarzy ciągnęła się ciemna, błyszcząca blizna, jakby po oparzeniu. Sięgała od ucha aż do kącika ust.
-        Ja… ja… tylko… - wyjąkała Lily, przestraszona wyglądem czarodzieja.
-        Tu nie wolno wchodzić! Zjeżdżaj!
Sięgnął, aby złapać Lily za fraki, ale dziewczynka zwinnie odskoczyła w bok i czmychnęła między sprzęt treningowy. Kandydaci na aurorów ryknęli śmiechem, przerwawszy trening. Czarodziej rozzłościł się jeszcze bardziej i ruszył za dziewczynką. Koledzy z rozbawieniem dopingowali go.
-        Dawaj Crowdley! – wołali, dusząc się ze śmiechu.
-        Złap dzieciaka!
Przerażona Lily wspięła się na równoważnię i pomknęła po niej z niezwykłą lekkością. Młodzi aurorzy nie kryli podziwu. Zachęcona ich entuzjazmem Lily, zeskoczyła z równoważni na linę i rozhuśtawszy się skoczyła na materac. Nie udało jej się w prawdzie salto, które zawsze chciała zrobić i gruchnęła ciężko, nakrywając się nogami. Mimo to, otrzymała owacje od obserwatorów.
-        Niezła jesteś, mała – powiedział Crowdley, pochylając się na nią. Jego oszpecona twarz wykrzywiała się w trochę przerażającym uśmiechu. – Ale i tak tu nie wolno się bawić dzieciom.
-        Dziewczynko! – Brad wpadł do stali treningowej, dzierżąc wielki stos teczek i rolek pergaminów.
-        Brad to twój dzieciak? – zapytała ze złośliwym uśmiechem jedna z czarownic.
Bradley prychnął pogardliwie.
-        On jest dziś moją niańką – wypaliła Lily, a reszta ryknęła śmiechem.
-        Cicho siedź, ty mała żmijko – syknął Brad, poprawiając ułożenie wszystkiego co miał w ramionach. – Dlatego nie cierpię dzieci.
-        Zabierz dzieciaka do mamy, Brad – polecił Crowdley.
-        Przyszłam z tatą – oświadczyła Lily, gramoląc się z kolan.
-        Och naprawdę? A kto jest twoim tatą?
-        Ja!
Wszyscy odwrócili się w stronę drzwi, na których progu stał rozgniewany Harry. Młodzi aurorzy zasalutowali mu, wyprężając się jak struny, a ci starsi kiwnęli głowami z szacunkiem. Bradley westchnął, robiąc nieszczęśliwą minę.
-        Lily miałaś się nie ruszać z mojego biura – westchnął Harry, podchodząc do nich i zaplatając ręce na piersi. – Bradley? Miałeś jej pilnować.
Brad zaczął coś mamrotać o robocie papierkowej i ganianiu po piętrach od rana a także o nieobecności Vasiliki i tym, że on tak naprawdę nie powinien być się nikim opiekować, bo nie ma tego w kontrakcie.
-        Miałam siedzieć w ministerstwie do południa – prychnęła Lily, zadzierając nos i robiąc obrażoną minę. – Już jest pierwsza a my nadal nie jesteśmy na zakupach.

-        Rośnie ci niezły zastępca, co Potter? – zaśmiał się tubalnie Crowdley, klepiąc Harry’ego po plecach.