wtorek, 28 maja 2013

Bonus, bo nie mam czasu na pisane niczego, poza pracą dyplomową.

Bardzo bardzo bardzo przepraszam, że tak porzuciłam bloga na tyle tygodni. Tak zajęłam się pisaniem pracy, zaliczaniem kolosów, że nie miałam czasu nawet się podrapać po nosie. Dziś jest ostatni dzień z sześciodniowego ciągu pt. szkoła-praca-praca-szkoła. Jestem tak cholernie zmęczona, że jedyne co mogę dla Was zrobić, to wygrzebać coś z fragmencików, które pisałam dla zabawy i dać Wam, jako bonus. To ma trochę wspólnego z całym opowiadaniem. Oryginalnie miało być w prologu, ale zapomniałam o tym. Wyjaśnia dlaczego Hermiona i Ron mieszkają w domu po Syriuszu.
Mam nadzieję, że poczekacie jeszcze troszkę, na kolejną notkę. Wiem, że jestem szuja i taki cliffhanger zrobiłam, ale obiecuję, że jak tylko zaliczę wszystkie zaległości, to dalej przejdę do opowiadania. Może kogoś pocieszy fakt, że pod koniec czerwca będę miała operowaną nogę i prawdopodobnie będę unieruchomiona na aż 10 dni. Będę miała czasu na pisanie po pachy.
Pozdrawiam,
Wasza Astal





Dwie pary oczu – jedne złote a drugie niebieskie- wpatrywały się w siebie z nienawiścią. Pojedynek dwóch silnych charakterów. Dwie siły ścierające się ze sobą. Walka o terytorium, o prawo do bytu…
-      Nieeeee… - powiedział Ron Weasley.
Krzywołap przymknął oczy i machnął pogardliwie puszystym ogonem.  Hermiona przemknęła obok nich, w ogóle nie zwracając uwagi, że tu toczyła się walka na śmierć, życie i spojrzenia.
-      Nieeee – powtórzył Ron, ale kot tylko ziewnął ostentacyjnie.
-      Coś mówiłeś, kochanie? – zapytała Hermiona, która znowu pojawiła się obok, tym razem trzymając w objęciach kartonowe pudło.
-      Herm, wyjaśnij mi, dlaczego ta kula futra ma mieszkać z nami?
-      Przecież nie wyrzucę go, tylko dlatego, że się pobraliśmy – powiedziała Hermiona obronnym tonem. Sięgnęła i pogładziła męża po włosach, a potem taki sam gest wykonała względem kota. Ron miał wrażenie, że paskudne bydle spojrzało na niego triumfalnie. – On naprawdę nie jest taki zły. Polubicie się.
Ron już chciał uświadomić żonę, że to, co właśnie powiedziała jest szalone, gdy nagle zorientował się, że odkąd zaczął pojedynek na spojrzenia z kotem, dookoła niego niepostrzeżenie przybyło pudeł i pakunków.
-      Mmmm… Żono? – zawołał, rozglądając się dookoła bezradnie. Znowu gdzieś zniknęła.
-      Tutaj jestem – pomachała mu ręką zza jakiejś sterty pudeł. Była taka mała, że widział tylko końcówki palców jej dłoni.
-      Dlaczego tutaj jest tyle rzeczy?
-      Bo właśnie się wprowadziłam – w głosie Hermiony słychać było zniecierpliwienie.
-      Dlaczego nie powiedziałaś, że masz zamiar zmieścić wyposażenie dwóch domów w mojej kawalerce?
-      Naszej, Ron. To jest teraz nasza kawalerka.
Pojawiła się obok niego. Była zła, a we włosy wplątał jej się sznurek. Ron przygarnął ją do siebie i oboje ciężko usiedli na fotelu, który stał ściśnięty między wielką skrzynią pełną książek, a ścianą. Krzywołap zniknął gdzieś w tym całym bałaganie, a Ron miał cichą nadzieję, że już go nigdy nie znajdą. Gdzieś za nimi sterta książek przewróciła się na pudło z garnkami i narobiła strasznego huku. Oboje długo siedzieli w ciszy, zajęci obserwowaniem swojego miniaturowego mieszkania i nadmiaru rzeczy, jakie posiadali. Nagle Hermiona westchnęła.
-      My tu zginiemy, prawda?
-      Wszystko na to wskazuje, Herm… Zaraz nas coś zasypie, albo w ogóle podłoga się zawali i wpadniemy do sąsiadów.
Coś znowu upadło, ale tym razem rozległ się też syk kota. Ron uśmiechnął się mimo woli.
Pierwsza noc w nowym mieszkaniu była koszmarna. Nie było miejsca, aby wstawić gdzieś łóżko, więc Ron i Hermiona spali na materacu położonym na czterech warstwach książek. Nogi Rona wystawały poza materac i co gorsza, poza kołdrę, a Krzywołap konieczne chciał spać na jego twarzy, więc było mu z jednej strony gorąco a z drugiej zimno. Próbował powtarzać sobie, że żadne niewygody nie zniechęcą go do mieszkania z Hermioną, ale w środku nocy, gdy wielka sprężyna wystrzeliła z materaca centralnie w jego lewy pośladek, Ron dostał ataku paniki. Wstał i brodząc po kolana w rzeczach, udał się do łazienki. Ochlapawszy sobie twarz zimną wodą, usiadł na pralce i gapił się bezmyślnie na widziane przez otwarte drzwi graty, które stały w pokoju. Za stosami niepotrzebnych rzeczy, widział swoją żonę, zaplątaną w kołdrę i oświetloną przez światło księżyca. Był tak pogrążony w czarnych myślach, że zamiast podziwiać urok tego widoku, pomyślał, że nie mają jeszcze zasłon.


Następnego dnia rano, gdy siedzieli na materacu i jedli płatki kukurydziane prosto z paczki i popijali je mlekiem z butelki (Krzywołap nad ranem stłukł ich jedyne dwie miski), rozległo się pukanie do drzwi.
-      Wejść! – zawołał Ron, podczas gdy Hermiona przeżuwała garść płatków.
-      Gdzie wy jesteście? – głos Harry’ego był przytłumiony przez stertę pudeł, która oddzielała go od nich.
-      Tutaj – zawołali chórem.
Harry, niczym komandos przez tor przeszkód, przedarł się do swoich przyjaciół.
-      Wspaniały wystrój mieszkania. Muszę wam pogratulować gustu. Późny śmietnik, o ile się nie mylę, co? – zaczął złośliwie, ale na widok miny Hermiony, umilkł.
-      Chciałeś coś konkretnego, czy po prostu przyszedłeś sobie triumfować, że masz nadmetraż? – zapytała jadowicie, a Harry usiadł obok niej i wziął butelkę, którą trzymała.
-      Przyszedłem wam dać prezent ślubny – oświadczył, gdy już wypił porządny łyk mleka.
-      Stary dałeś już nam prezent.
-      A na ile starczą wam takie garnki, co? Z resztą uważam to za głupi prezent, ale Ginny się uparła. Ja chcę wam dać coś tylko i wyłącznie ode mnie.
Wyciągnął z kieszeni kurtki kopertę i wręczył Hermionie. Młodzi małżonkowie spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.
-      No dalej – ponaglił Harry, nie mogąc ukryć radości. – To nie jest wyjec, sam się nie otworzy.
Hermiona rozerwała kopertę, a na jej kolana wypał klucz. Ron podniósł go i przyjrzał się uważnie.
-      Czy to jest… - zaczął, ale nie mógł skończyć, bo jego żona nagle wydała z siebie zduszony okrzyk.
-      Och Harry!
Ron zajrzał jej przez ramię. W ręce trzymała pergamin, który razem z kluczem był w kopercie.
Był to akt własności domu przy Grimmauld Place 12.
-      Nie możemy tego przyjąć – powiedziała słabym głosem Hermiona, a Harry zrobił obrażoną minę. – To wspaniały prezent, ale przecież…
-      To i tak za mało. Ludzie, którzy uratowali mi życie tyle razy, powinni dostać ode mnie o wiele więcej, ale pomyślałem, że na początek przyda im się dom.


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rozdział Dwunasty, w którym jest dużo Jamesa i latania na miotle.


Niech żyje bardzo długi majowy weekend. Niech żyją wagary z wtorkowych zajęć! Niech żyje wiosna. 
Tak bardzo się cieszę, że spodobał się Wam wielkanocny bonus. Nie wiem, czy kiedyś napiszę coś jeszcze w tej konwencji. Może? Którą parę mam teraz zamienić? Zaproponujcie coś, na kolejny bonus. 
Trochę więcej akcji, trochę zamieszania i duuuużo Jamesa :) Czy ktoś narzeka? Mam nadzieje, że nie. 
Pozdrawiam, 
Astal


James po raz drugi pożyczył miotłę od Louisa i udał się na boisko. Wymknął się cichaczem, kiedy jego przyjaciele byli zajęci robieniem zamieszania w pokoju wspólnym. Cała uwaga Carla była skupiona na przywracaniu stopy Chrisa do normalnego kształtu. Jedyny poinformowany, Albus, śledził go z oddali wzrokiem, modląc się w duchu, aby tym razem nie skończyło się to katastrofą.
Jim przemknął przez zamek i natknął się na Emerald w Sali Wejściowej. Mimo, że Jim wcale nie pragnął teraz towarzystwa, to dziewczyna radośnie szła obok niego opowiadając mu o drużynie i dodając mu otuchy jak tylko umiała. Przez cały czas żuła też gumę i także zaproponowała jedną Jamesowi, ale on odmówił, bo z nerwów nie mógł nic jeść od rana. Pozostałe członkinie zespołu już były na boisku. Kandydatów na szukającego było sporo. James odczekał, aż nadejdzie jego kolej i gdy tylko usłyszał gwizdek wystartował. Tym razem zamiast latać wraz z szukającymi i prezentować swoje umiejętności gry zespołowej, miał za zadanie trzy raz złapać znicza.
Kapitan drużyny stanęła po środku boiska a James zawisł nad nią w powietrzu, wpatrując się w jej dłoń. James pochylił się lekko w przód, kierując rączkę miotły w tę samą stronę. Zmrużył oczy, oczekując. Kapitan otworzyła dłoń, a znicz śmignął w powietrze. Wystrzelił do przodu, po obwodzie koła, robiąc coś w rodzaju korkociągu. Cały czas starał się nie gubić celu z oczu. Znicz śmigał zygzakiem, błyszcząc w słońcu. Pochylił się, przylegając do rączki miotły płasko. Nagle piłka zmieniła gwałtownie trajektorię lotu, a Potter błyskawicznie wykonał kolejny manewr – zanurkował gwałtownie za nim. Kilka sekund później jego ręka zamknęła się dookoła maleńkiej piłeczki. Jego serce łomotało, jak szalone a krew szumiała w uszach, tak głośno, że nic poza tym nie słyszał.
Jasna cholera, pomyślał opadając ku kapitan drużyny. To jest chyba to, do czego zostałem stworzony. Nigdy się tak nie czułem, a przecież bywałem szczęśliwy.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie. Za trzecim razem nawet miał okazję się popisać bardziej niż reszta kandydatów, gdyż znicz odleciał o wiele dalej i Jim musiał po niego zanurkować i trzymając się samymi nogami, złapał go w obie ręce. Gdy wylądował na ziemi, ściskając złotą piłeczkę, podbiegła do niego roześmiana Emerald.
-       Dziewczyny właśnie porównują czasy wszystkich kandydatów, ale mi się wydaje, że byłeś najlepszy – oświadczyła rozpromieniona.
James ostrożnie podszedł do jej entuzjazmu. Starając się nie tracić głowy, zbliżył się do kapitan drużyny, Natalii.
-       Ok., już mam wyniki – odezwała się ona, odwracając się do wszystkich sześciu uczestników przesłuchań. Pochyliła się nad kartką i dźgnęła nią palcem. – Numer cztery?
-       To ja – wykrzyknął Jim.
-       Jesteś w drużynie – oświadczyła z uśmiechem, podnosząc na niego oczy. – Jesteś naszym nowym szukającym, Jamesie Potterze.
Emerald wydała z siebie triumfalny okrzyk i uścisnęła chłopaka. On, jakby w szoku, stał bez ruchu i wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w kapitan drużyny. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę tym razem się udało. Może faktycznie, jego przeznaczeniem było kontynuować rodzinną tradycję?
Po jakimś czasie oprzytomniał i zaczął dziękować Natalii. Następnie pognał do zamku, aby rozgłosić radosną nowinę wszystkim członkom rodziny. Biegnąc, już układał w głowie list do ojca, w którym składał zamówienie na miotłę. Pochłonięty myślami, nie zauważył, że zza zakrętu wyszła jakaś dziewczyna. W ostatniej chwili zdążył wyhamować tuż przed nią, jednak ona zachwiała się, zaskoczona i usiadła z impetem na posadzce. Jim już chciał pomóc jej wstać, ale ona skoczyła na równe nogi, kipiąc ze złości.
-       Ty… ty.. – wydyszała, łypiąc na niego zza potarganej grzywki wielkimi oczami.
To była szukająca ślizgonów. James nie pamiętał jak się nazywała, ale wydawało mu się, że ma jakieś dziwaczne imię, z którego śmiała się reszta szkoły. Pamiętał też, że była ona dziwną osobą, raczej nieprzyjemną z charakteru.
-       Ojej, ale ty jesteś mała – wyrwało się Jamesowi, zupełnie niechcący.
Otworzyła usta, a potem zamknęła je, niczym wyjęta z wody złota rybka. Prawda była taka, że ona naprawdę była drobniutka. Owszem, Jim, mając dwanaście lat był nad wiek wysoki, ale ona ledwo sięgała mu czubkiem głowy do piersi. Chłopaka bardzo rozbawił ten fakt, szczególnie, że ona zawsze zachowywała się niczym wściekły tygrys. Była to postawa zupełnie nieadekwatna dla kogoś, kto był troszeczkę wyższy od goblina. 
Odezwawszy się, Jim od razu zorientował się, że poruszył bardzo delikatny temat. Dziewczyna zrobiła się jeszcze czerwieńsza niż zwykle, a potem odskoczyła od niego, dysząc ze wściekłości.
-       Nie. Jestem. Mała! – wycedziła przez zęby, drżąc z bezsilności i potrząsając głową, tak, aby włosy nie wpadały jej w oczy.
-       Ależ jesteś!
Wiedział, że igra z ogniem, ale ona była zbyt zabawna, aby teraz przestał ją drażnić. Wyciągnął rękę, by zmierzyć gdzie dokładnie mu sięgała, ale ona nagle rzuciła się na niego i ugryzła go w dłoń. Jim wrzasnął, targając ręką, aby się wyswobodzić. Jednak ona była zawzięta, niczym wściekły mały piesek. Zaczęli się szarpać, aż w końcu któreś z nich straciło równowagę i oboje wylądowali na podłodze. Tam, mimo zmiany pozycji, walka trwała nadal. Jim, co prawda zwykle trzymał się zasad dobrego wychowania i nigdy nie bił się z dziewczyną, ale w tym momencie zupełnie stracił głowę. Ślizgonka, ośmielając się go zaatakować, do tego w taki sposób, uraziła głęboko jego męską dumę. Gdy się tak okładali pięściami i kopali na podłodze, przez ich wrzaski dało się słyszeć dwa głosy.
Pierwszy należał do profesora Adryka, który właśnie wszedł do Sali Wejściowej od strony lochów, zapewne wracając ze swojego gabinetu. Drugi zaś był głosem Emerald, która wracała do zamku z boiska. Oboje doskoczyli do bijącej się dwójki i rozdzielili ich.
-       Potter! Lennox! – wydyszał Adryk, łapiąc Jamesa za ramiona, a następnie wlokąc go jak najdalej od dziewczyny. – Co w was wstąpiło, na miłość boską?
-       Ona mnie ugryzła! – poskarżył się James, prezentując wszystkim rękę, a na niej krwawy ślad drobnych ząbków. 
-       On się ze mnie naśmiewał!
-       Powiedziałem, że jesteś mała, to wszystko!
-       Ja nie jestem mała!
-       No przecież jesteś! Moja młodsza siostra jest wyższa od ciebie!
-       Potter, zamilcz! – huknął Adryk, wzmacniając uścisk.
-       Ja ci dam młodszą siostrę – zawyła ślizgonka.
-       Thyssia! – rugnęła Emerald.
-       Co?! – parsknął Jim, zamierając i wybałuszając oczy na obie dziewczyny. – Jak ją nazwałaś? To jak imię kota…
Nauczyciel spojrzał na Jamesa takim wzrokiem, że chłopak momentalnie zamknął usta.
-       To niedopuszczalne, żeby osoby w waszym wieku tak się zachowywały! Do tego jeszcze dziewczyna i chłopak! To… to… to karygodne! Potter! Natychmiast zgłoś się do swojego opiekuna domu i powiedz, co zrobiłeś. Panno Lennox?
Emerald wysztywniła się na baczność, za wszelką cenę starając się zapanować nad ślizgonką. Jimowi, gdy spojrzał na nie, zachciało się śmiać. Eme była wysoka, dorównywała mu wzrostem, a dziewczyna, którą przytrzymywała wydawała się mała, jak dziecko.
-       Tak, panie profesorze?
-       Proszę, upewnij się, że pan Potter dotrze do profesora Longbottoma – warknął Adryk, puszczając Jima i wyciągając ręce po swoją podopieczną. – Ja zajmę się pani siostrą i utnę z nią sobie pogawędkę, przypominając jej, czego nauczyli ją rodzice o zachowaniu damy.
Dziewczyna pisnęła cicho, w słabo widocznych spod grzywki oczach błysnęła rozpacz. Emerald zrobiła smutną minę i pomachała jej dyskretnie. Gdy odgłosy kroków na schodach prowadzących do lochów ucichły, Jim odwrócił się do Emerald.
-       Ty jesteś z tym czymś spokrewniona?! – wysapał, wytrzeszczając na nią oczy. Emerald łypnęła na niego złowrogo, a potem skrzywiła się.
-       Chodź do Longbottoma. Muszę cie tam doholować.
-       Macie to samo nazwisko.
-       Jim, Thyssia to moja młodsza siostra.
-       Na pewno nie jest adoptowana? No nie wiem… od szatana?
-       Jim!
Ruszyli w górę po schodach, a Emerald wydawała się lekko obrażona. Jimowi w głowie się nie mieściło, że taka sympatyczna dziewczyna może być rodziną z kimś takim paskudnym, jak tamta ślizgonka.
-       James… –zaczęła Emerald, gdy zatrzymali się przed pokojem nauczycielskim. – Thyssia… Amethyst…  ona jest bardzo porywcza. Nie bierz na poważnie tego, co ona mówi, dobra?
-       Porywcza? Eme, ona jest agresywna…
-       Ok., ok. może trochę jest. Ona bardzo przejmuje się, gdy ktoś zbija się z jej wzrostu.
-       Ja się nie zbijałem! Wcale nie śmieszą mnie niskie dziewczyny. Ja tylko powiedziałem, to, co jest oczywiste.
Emerald uśmiechnęła się, a potem popchnęła go w stronę drzwi. Jim przełknął głośno ślinę i zapukał.

James musiał zgłaszać się na dodatkowe treningi organizowane przez kapitan drużyny. Była tak zachwycona posiadaniem w składzie osoby o sławnym nazwisku, że zadecydowała, iż Jim absolutnie nie może dać plamy na pierwszym meczu. Wszyscy, oprócz opętanej rządzą zemsty na innych drużynach Natalii, wiedzieli, że Gryffindor nie ma w tym roku szansy na puchar. Jednak nikt nie miał odwagi jej o tym powiedzieć. Mimo wszystko te dodatkowe treningi były bardzo miłe i cała drużyna czerpała z nich dużo radości.  Na treningach i na planowaniu dowcipów, jakie miał z Chrisem i kuzynami robić, zeszło Jamesowi całe przedwiośnie. Pod koniec marca, kilka tygodni przed rozpoczęciem sezonu quidditcha przebywał na boisku wraz z Emerald. Trening już się skończył, ale oni jeszcze zostali na chwilę, aby porozmawiać o taktykach, które w życie chciała wcielić reszta drużyny.  Na boisku pojawił się Robin, przyjaciel Amber i zawołał Jamesa do siebie.
-     Czego chcesz? – burknął Jim, starając się wyglądać naznudzonego.
-     Wyzywam cię na pojedynek, Potter!
-     Pojedynek? – zapytał zdumiony James, odrywając wzrok od miotły, której rączkę studiował. Była to szkolna miotła, którą pożyczał co trening od pani Hooch. Ojciec jeszcze nie przysłał mu nowej, gdyż obaj uzgodnili, że poczekają na wypuszczenie na rynek najnowszego modelu w kwietniu.  
-     Tak, pojedynek – potwierdził Robin, wypinając pierś. Gdyby jego oczy mogły zabijać, to pewnie zarówno Jim, jak i Emerald, padliby trupem na ziemię. – Wyzywam cię na pojedynek!
-     To idiotyczne – parsknęła Emerald, ciągnąc Jamesa za rękaw, aby się ruszył i mogli iść do zamku.  – J.S. nie słuchaj go, to jakiś palant.
-     Wcale nie jestem palantem, żyrafo!
-     Ej uważaj na to, co mówisz! – zawołał James, zbliżając się do chłopaka w kilku krokach i złapał go za przód kurtki.
-     Daj spokój, James. Ja go znam. Jest w rezerwie Puchonów. Wcale nie umie latać i wzięli go do drużyny, bo jego ojciec jest sławnym trenerem…
-     Zamknij się Lennox! – ryknął rozwścieczony Robin. – Nikt cię nie pytał o zdanie! Mówiłem do Pottera.
-     Na czym miałby polegać ten pojedynek? – przerwał im James, starając się opanować chęć przywalenia pięścią w nos chłopaka.
-     Tylko ty i ja, dwa okrążenia szkolnych błoni.
-     Kiedy?
-     Jutro o zachodzie słońca.
Emerald ścisnęła ramię Jamesa, wpatrując się z wściekłością w Robina.
-     Pojutrze są urodziny Amber – powiedziała.- Widzę, co planujesz.
-     Chcesz się na mnie odegrać, że dałem jej prezent w walentynki, tak? To nie moja wina, że ty zrobiłeś jej jakąś lamerską kartkę.
-     Przyjmujesz wyzwanie? – przerwał mu Robin, celując swoją miotłą w nos Jamesa.
-     Nie – powiedziała Emerald, ale James zrobił kilka kroków w przód i stanął przed Robinem.
-     Tak. Przyjmuję. Ten, i tylko ten, który wygra, będzie mógł dać jej prezent.
Robin odszedł zadowolony a Emerald spojrzała na Jamesa z wyrzutem. Zanim zdążyła coś powiedzieć, on złapał swoje rzeczy i ruszył w stronę zamku, nawet się nie oglądając. Niestety, śpieszył się na próżno – Emerald miała równie długie nogi co on, więc szybko się z nim zrównała.
-     Uważam, że to było koszmarnie głupie.
James zacisnął usta, starając się powstrzymać się do komentarza. Emerald szła równym tempem i nie dawała spokoju.
-     Czy powinnam powiedzieć Longbottomowi? Masz zamiar zrobić coś koszmarnie głupiego, a ja czuję, że powinnam cię ochronić.
-     Eme, posłuchaj – odezwał się w końcu Jim, zatrzymując się i kładąc rękę na ramieniu dziewczyny. – Jesteś super fajna, ale ja wiem co robię. Sama powiedziała, że ten koleś źle lata. Co może być złego w dwóch rundkach nad błoniami?
-     No właśnie, to wydaje się aż za niewinne.
-     Eme, proszę cię. Nie szukaj drugiego dna w zamiarach jakiegoś kretyna.



Gdy James dotarł na umówione miejsce spotkania, Robin już tam był. Stał pewnie, jakby w wytrenowanej pozie, mocno ściskając miotłę. Jim nie przejął się determinacją malującą się na twarzy chłopaka. Sam był bardzo mocno zmotywowany i pewny siebie. Miotła, którą miał ze sobą, wprawdzie nie była dobra, ale jednak jedną z najlepszych, jaką znalazł w szkolnym schowku. Jak dotąd służyła mu dzielnie na wszystkich treningach. Jednak, z tego co widział, Robin też wcale nie miał lepszej miotły. W sumie jako zawodnik rezerwy nie potrzebował najlepszego sprzętu.
-     Widzę, że nie przyprowadziłeś publiczności – uśmiechnął się wrednie Robin. – Domyślam się, więc że boisz się, że ktoś zobaczy twoją przegraną.
-     W sumie… chciałem tobie oszczędzić wstydu. Wiesz, jestem litościwy.
-     Dość tego – warkną Robin, przybierając kolejną przećwiczoną pozę. – Zaczynamy pojedynek, bo zaraz zacznie się ściemniać.
-     Jak tylko sobie życzysz – zgodził się James, dosiadając miotły.
Tylko dwa okrążenia, myślał uśmiechając się zawadiacko. Przecież nic nie może się złego zdarzyć. W głowie miał już cały plan, który ułożył wczoraj wieczorem. Albus, który oczywiście poznał po bracie, że ten coś ukrywa i wyciągnął z niego ową tajemnicę, radzi mu, ab udał się do biblioteki w celu poczytania na temat technik wyścigów na miotłach. Jednak James wyśmiał brata i kazał mu się „bujać”.
Wzbili się w powietrze i zawiśli chwilę w powietrzu. Słońce właśnie zachodziło, oświetlając ich pomarańczowo-różowym blaskiem. James kątem oka zauważył dwie postacie zbliżające się do nich. Z daleka rozpoznał charakterystyczne sylwetki Amber i Emarald. Zanurkował ku ziemi, wściekły. Emerald robiła wszystko, aby nie patrzeć mu w oczy, bo doskonale zdawała sobie sprawę, jak bardzo teraz on ma ochotę ją udusić.
-     Przyszłyśmy, żeby was powstrzymać – odezwała się, jako pierwsza, żeby nie dać mu szansy dojść do głosu.
-     Daj spokój, to tylko zabawa, Eme – zachichotała Amber, puszczając oczko do Jima.
Robin także do nich podleciał. Jego wzrok zrobił się maślany, jak zawsze, gdy widział Amber. Jim udał, że się zachwiał i kopnął go w kolano.
-     Co ty mówisz, Berry?! – zawołała zbulwersowana Emerald. – To jest głupie i do tego niebezpieczne!
-     Wcale nie… Co może im się stać? To tylko lot na miotle, nie?
-     Berry!
-     Och jesteś strasznie nudna! Daj mi się rozkoszować moim pierwszym pojedynkiem.
-     Co?
-     Emerald, a ty nie jesteś zazdrosna może? – zaśmiała się Amber, odrzucając na plecy warkocz. Kuzynka spojrzała na nią z niedowierzaniem. – W końcu to o mnie się biją chłopcy, a twój…
-     Dość, Berry – warknęła Emerald, szturchając Amber w ramię. Robin wykonał taki ruch, jakby już chciał rzucić się na pomoc, ale Jim zmroził go wzrokiem.
-     Daj spokój, kuzyneczko – Amber złapała Emerald za rękę, a jej głos był słodki jak miód. – To tylko żarty, prawda? – zwróciła się do obu chłopców, a oni pokiwali żarliwie głowami, chociaż obaj wiedzieli, że w ich pojedynku wszystko jest na serio. – Widzisz, Emciu?
Emerald była czerwona na policzkach i ewidentnie wściekła. Posłała pełne wyrzutu spojrzenie Jamesowi, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę zamku. Amber machnęła ręką i parsknęła śmiechem.
-     Dlaczego ten wyścig? – zapytała z entuzjazmem.
-     Zwykła męska zabawa, Berry. Jim dostał się do drużyny, więc chcieliśmy swoje możliwości porównać– wyjaśnił Robin, uśmiechając się do niej zadziornie. – Chcesz dać znak do startu?
-     Jasne!
Stanęła w rozkroku, unosząc różdżkę do góry, niczym jedna z tych dziewczyn podczas wyścigów samochodów. Była tak podekscytowana, że aż oczy jej błyszczały. Jim aż sam się uśmiechnął, gdy ją taką widział. Czuł, że teraz to po prostu musi wygrać ten wyścig. Tak bardzo chciał, aby ona rzuciła mu się na szyję na mecie. Chciał być jej bohaterem, rycerzem, który zasłużył sobie w walce na jej miłość.
-     Gotowi…do startu… Start!- pisnęła Amber, machając różdżką z taką prędkością, że posypały się czerwone iskry.
James i Robin wystrzelili do przodu z taką prędkością, że Amber spadła z głowy czapka. Mknęli ponad drzewami, płasko przylegając do swoich mioteł. James, początkowo bardzo pewny siebie, jakoś nie mógł wyprzedzić Robina na tyle, aby móc zwolnić. Ułożył sobie plan w głowie, według którego miał najpierw pokazać Robinowi, kto tu rządzi, a potem spokojnie dolecieć do mety. Jednak okazało się, że konkurent wcale nie był takim słabiakiem, jakim się wdawał. Równocześnie minęli Amber, zaczynając drugie okrążenie. Jim  za wszelką cenę, chciał pozostawić w tyle chłopaka. Nagle, w połowie drugiego okrążenia, kiedy byli tuż przy najbardziej oddalonym skraju lasu, Robin zbliżył się do niego niespodziewanie. Szturchnął go raz, a potem drugi kolanem.
-     Co ty odwalasz?! – ryknął James, próbując odbić w bok.
Czerwony z wściekłości Robin złapał Jamesa za bluzę na ramieniu i szarpnął z całej siły. James zrozumiał, co się dzieje. Rywal próbował się po prostu go pozbyć, bo nie mógł wygrać. Przerażony i wściekł Jim zaczął się szarpać. Robin zaczął się zsuwać ze swojej miotły, wiec zacisnął pięść mocniej. Jim chciał go z siebie strząsnąć, ale uzyskał tylko odwrotny efekt, bo Robin uwiesił się na nim, szarpiąc go jak szalony.
-     Odwal się! Zlecimy obaj!
-     Ja nie mam zamiaru!
-     Drzewo!
Skręcili obaj, o centymetry unikając zderzenia z wysoką sosną. Pech chciał, że obaj skierowali swoje miotły w przeciwne strony. Robin ześlizgnął się ze swojej miotły, a James nie był w stanie go utrzymać. Poczuł jak jego miotła wymyka się mu spomiędzy nóg. Ostatnie, co zapamiętał, to wrzask Robina i nagłą ciemność, jaka ogarnęła ich, kiedy wpadli między gałęzie drzew Zakazanego Lasu.