sobota, 23 listopada 2013

Rozdział Osiemnasty, w którym cała rodzina siedzi w szpitalu.

Szpitalnie i zagadkowo. Osobiście nie lubię szpitali. A teraz mam zapalenie zatok i moje dnie składają się ze smarkania i leżenia w łóżku. Moje życie nie jest tak interesujące, jak bym chciała... Na razie choruję luksusowo w domu, ale jutro jadę do Łodzi i jest mu smutno. 
Pozdrawiam, 
Wasza Astal
P.S. Uregulowałam sprawę ze starym blogiem. Zrobiłam z niego archiwum i usunęłam niedokończone opowiadanie. Nie będę tam już nic pisać, więc zapraszam do czytania tu.

~*~

Jamesowi było niedobrze. Siedział w poczekalni szpitala Św. Munga i było mu niedobrze. Niecałe dwie godziny temu profesor Longbottom pojawił się w pokoju wspólnym gryfonów i zawołał do siebie Jamesa i Albusa. Doskonale widać było po jego minie, że stało się coś złego. Poprosił chłopców, aby udali się z nim do jego gabinetu. Tam czekał na nich wujek Ron, który, choć bardzo się starał, nie umiał ukryć tego jak bardzo jest zdenerwowany.
-        Wujku coś jest nie tak, prawda? – zapytał tknięty nagłym przeczuciem James.
-        Wasz tata miał mały wypadek – wyjaśnił Ron, kładąc dłonie na ramionach obu chłopców. – Nie bójcie się! – zawołał, widząc, że oboje bledną ze strachu.- Żyje, ale jest w szpitalu.
-        Możemy iść tam, żeby go zobaczyć? – zapytał Albus dziwnie małym i słabym głosem.
-        Właśnie po to tu jestem – wujek starał się uśmiechnąć, ale wyszedł mu zaledwie grymas.
Odkąd dotarli do szpitala nie udało im się jeszcze zobaczyć ojca, bo wciąż, jak mówili im uzdrowiciele, których wypytywał wujek Ron, jeszcze się zajmowano jego obrażeniami. Lily pojawiła się wcześniej niż chłopcy, ale nie mieli okazji z nią porozmawiać, bo teraz spała w ramionach babci zmęczona płaczem. Siedzieli więc bez słowa i czekali. James bał się odezwać, bo wydawało mu się, że jeżeli otworzy usta, to się pochoruje. Tylko mamie pozwolono czekać tuż pod drzwiami sali operacyjnej. Reszta musiała zadowolić się twardymi ławkami na korytarzu.
Zbliżała się północ i nadal nie było żadnych wieści. Ciotka Hermiona, która do tej pory czekała w domu z Hugo na Rose wracającą z Hogwartu pociągiem do domu, pojawiła się, aby zabrać ze sobą dzieci na Grimmauld Place. Stoczyła zażartą bitwę z Jamesem, który absolutnie odmówił opuszczenia szpitala. W końcu Ron musiał obiecać Jamesowi, że wrócą tu ciut świt, więc ten zgodził się iść z nimi. Ciocia zdecydowała się zostać, a Ron wziął Lily na ręce i wraz z chłopcami ruszyli w drogę powrotną.
W domu na Grimmauld Place czekali na nich Rose i Hugo. Oboje byli w piżamach, ale chyba nie mogli zasnąć, więc siedzieli w salonie przy kominku i pili kakao. Ron zagonił ich wszystkich do sypialni i kazał spać.
James leżąc w ciemności, wsłuchiwał się w senny oddech brata i rozmyślał. Nadal czuł mdłości, ale tym razem wraz z tym czuł potrzebę porozmawiania z kimś. Słyszał kroki na dole, więc domyślił się, że wujek jeszcze nie poszedł spać. Wstał z łóżka i po cichu wyszedł z pokoju.  Tak jak się James przypuszczał, Ron siedział w fotelu, w którym wcześniej siedziała Rose i palił papierosa. James siadł w fotelu naprzeciwko i podkulił nogi.
-        Nie zasnę dziś – oświadczył, a wujek pokiwał głową.
-        Ani ja. Nie cierpię, kiedy Harry jest w szpitalu. Zawsze się martwiłem, że kolejny raz to będzie coś naprawdę poważnego.
-        Często był w szpitalu?
-        Miał zwyczaj lądowania tam dwa albo trzy razy na semestr – zachichotał Ron. James skrzywił się, trochę oburzony jego wesołością. – Wybacz młody. Przypomniało mi się, jak raz pewien kretyn chciał naprawić Harry’emu rękę, a usunął mu wszystkie kości z niej. Żebyś widział minę swojego starego wtedy…
-        Co będzie… co będzie jak mu się coś naprawdę stało?- zapytał nagle James, a Ron przestał się uśmiechać.
Zgasił papierosa w popielniczce i pochylił się ku Jamesowi.
-        To naturalne, że się martwisz. Ale pamiętaj, że nie ważne, co się stanie, twój tata nigdy się nie zmieni. Rozumiem, że boisz się go zobaczyć leżącego na łóżku i słabego. Możesz mi wierzyć, że wiele razy widziałem go w bandażach, ale zawsze się wylizywał z tego.
-        Ale tym razem to stało się na misji, a nie w szkole.
-        Zapewniam cię, że w tej szkole wszystko się może przydarzyć. Zwłaszcza komuś, kto nazywa się Harry Potter.
James rozluźnił się nieco i uśmiechnął się do Rona.
-        Każdy ojciec dla dzieciaka to bohater, Jimbo. Twój tata jest szczególny, bo w końcu nie każdy może znaleźć ojca na karcie z czekoladowych żab. Ale musisz pamiętać, że nawet największy bohater, jest tylko człowiekiem. Z reszta, właśnie dlatego, że był człowiekiem, został bohaterem.
Naglę przez okno do pokoju wpadła smuga srebrnego światła. Na dywanie, tuż obok fotela, na którym siedział Ron, wylądowała srebrna wydra.
-        Wszystko w porządku. Harry nadal nieprzytomny, ale jego stan jest stabilny. Przyjdziemy na śniadanie – przemówiła wydra głosem Hermiony.

-        Zawsze mnie to wkurzało, że ona to umie robić, a ja nie – mruknął Ron pod nosem, wpatrując się w rozpływającego się w powietrzu patronusa żony.  – Idź spać Jimbo. Sam słyszałeś – twój ojciec jest w jednym kawałku. Jak tylko wstaniesz pójdziemy tam wszyscy. Zmiataj teraz do łóżka, bo twoja matka rzuci na mnie klątwę, jeżeli będziesz wyglądał jak upiór jutro. 


Następnego dnia Hermiona i Ginny pojawiły się na śniadaniu. Od razu zostały zasypane pytaniami. Obydwie były bardzo zmęczone, ale odpowiadały wytrwale, upewniając wszystkich, że życiu Harry’ego nic nie zagraża.  Podczas śniadania James poganiał wszystkich. W końcu, gdy Albus zjadł ostatni kawałek tosta, Jim zerwał się na nogi i pognał do przedpokoju, aby założyć kurtkę i buty. Reszta rodzeństwa i Ron podążyli za nim.
Dotarli do Św. Munga o jedenastej. Harry, jak poinformowała ich czarownica w recepcji, został umieszczony na czwartym piętrze, na wydziale urazów pozaklęciowych. James, Albus i Lily wbiegli po schodach na górę, tak szybko, że Ron nie mógł za nimi nadążyć. Jednak, gdy dotarli do sali numer trzy, wszyscy troje zatrzymali się w progu, jakby obawiając się tego, co mogą zastać w środku. Ron wepchnął ich do środka.
Harry leżał na łóżku najbliżej okna. Na czole miał duży opatrunek, który zachodził mu aż na lewe oko. Klatkę piersiową i ramiona miał ciasno owinięte bandażami. W miejscach gdzie nie miał bandaży ani opatrunków był posiniaczony i podrapany. Mimo wszystko na ich widok uśmiechnął się i poprawił się na poduszkach. Lily rozpłakała się i przylgnęła do brzucha ojca.
-        Lily nie płacz – zaśmiał się Harry, gładząc rudą główkę córki. – Nic mi nie jest, widzisz?
-        Tato wyglądasz strasznie – ocenił Albus i uśmiechnął się. Przez cały ten czas, tak jak James, martwił się o ojca, ale teraz widząc jego uśmiech, poczuł ulgę.
-        Dziękuję ci synu. Tak zazwyczaj wyglądają aurorzy.
James nic nie powiedział, tylko wpatrywał się w Harry’ego intensywnie. W końcu, trochę pod pretekstem odciągnięcia Lily od taty, zbliżył się i uścisnął mocno jego dłoń.
-        Harry – odezwał się w końcu Ron.- Co to na gacie Merlina było?
-        Hmmm… coś? Nie mam pojęcia. Nie dało się z tym walczyć, bo było niewidoczne i żadne zaklęcia nie działały. Rozwaliło nas, a potem… potem po prostu zniknęło.
-        Kingsley mówił, że wysłali już kolejną grupę – poinformował przyjaciela Ron. – Nic nie znaleźli. Po waszych obrażeniach nie można nic rozpoznać.
Harry potrząsnął głową i spojrzał na dzieci znacząco. Ron porzucił temat, rozumiejąc od razu, że przyjaciel nie chce, aby słyszały o innych aurorach, szczególnie tych zabitych.
-        Wychodzi na to, że będę całe święta w domu dzieciaki – Harry zwrócił się do dzieci, a Lily słysząc to rozpromieniła się.
-        Mam nadzieję, że dadzą ci długi urlop, tatusiu. Ostatnio tyle pracujesz, że ominęło cię tyle fajnych zabaw, które wymyśliłam!
-        Nie będziesz jak miał uciec od niej, skoro będziesz leżał w łóżku – zażartował James, a Lily prychnęła oburzona. Jim przygarną do siebie siostrę i ścisnął, aż zapiszczała.
-        Tato czy coś ci się stało w oko? – zapytał nagle Albus, który od jakiego czasu dokładnie przyglądał się obrażenia ojca.
-        Nic magicznego – zapewnił Harry, podnosząc opatrunek i ukazując wielkie fioletowe limo dookoła oka. – Nie bój się, nie będę miał takiego oka jak Szalonooki Moody.
Spędzili u Harry’ego w odwiedzinach prawie cały dzień. Po południu przyszła Ginny i przyniosła mężowi obiad. Lily uparła się, że nakarmi ojca, ale szło jej to koszmarnie, więc zajęła się tym Ginny. W międzyczasie Albus i James opowiadali ojcu o szkole. Mówili jeden przez drugiego, bo żaden z nich nie chciał być tym drugim w kolejce do opowiadania. Z racji tego, że wpadali sobie w słowo co chwila, wybuchały między nimi małe wojny na poszturchiwanie. Ginny w końcu wysłała Jamesa z Lily i Hermioną, która przyszła w międzyczasie, do herbaciarni. Albus, gdy został sam mógł w spokoju cieszyć się uwagą ojca. Młodszy syn zawsze uspokajał Harry’ego. Nigdy nie tracił głowy i zawsze wszystko analizował na spokojnie. Uwielbiał o wszystkim opowiadać rodzicom, więc często siadał w kuchni, kiedy oni kręcili się dookoła, i mówił do nich. Czasami szedł za nimi do ich gabinetu, a oni pozwalali mu na to, bo wiedzieli, że Albus szuka z nimi kontaktu nie bez powodu. James i Lily nie potrzebowali tak dużo mówić o swoich emocjach, u nich wszystko było na wierzchu, niczego nie dusili w sobie.
-        James się o ciebie bał – powiedział nagle Albus, podnosząc na ojca swoje wielkie oczy. – Miał taką samą minę, jak wtedy, kiedy mama zaczęła rodzić.
-        Pamiętam.
Mimo wszystko dla Albusa James był czymś uspakajającym w życiu. Gdy Jim się bał, to naprawdę należało się bać. Starszy brat zawsze przecierał wszystkie szlaki i bronił pozostałą dwójkę, nawet wtedy, kiedy to on sam był powodem kłopotów. Widząc przerażonego brata, Al i Lily nie czuli się pewnie.
-        Dobrze, że ci się nic nie stało, tato… Znaczy nie bardzo się stało. Nie wiedziałem, że twoja praca jest taka niebezpieczna.
Zielone oczy, takie jak jego matki, ale też jego samego, analizowały każdego siniaka Harry’ego.
-        Wcześniej aż taka nie była.
-        Ja też się bałem.
-        Przepraszam, Al.
Harry sięgnął i potargał synowi miedziane włosy. Spokojny głos Albusa brzmiał trochę oskarżycielsko i zrobiło mu się trochę głupio. Tak jakby ganił ojca za nierozwagę. Jedenastoletni dzieciak sprawiał, że dorosły człowiek czuł się trochę głupio.
Atmosfera rozluźniła się, gdy wrócili Jim i Lily. Robili wokół siebie takie zamieszanie, że matka musiała ich kilka razy upominać, żeby nie krzyczeli tak bardzo. Przy nich Harry zapominał na chwilę, że są w szpitalu i to on jest tym poszkodowanym.


Przez cały dzień przy łóżku Harry’ego pojawiały się różne delegacje znajomych i rodziny. Sąsiedzi z łóżek obok nie mogli uwierzyć, że do jednej osoby, może przyjść aż tyle odwiedzających. Przez te siniaki i bandaże nikt nie rozpoznawał Harry’ego, dzięki czemu mógł się on cieszyć anonimowością. Skończyło się to jednak przed wieczorem, kiedy to do sali wpadł zdyszany Bradley.
-        Szefie! – ryknął, podbiegając do łóżka Harry’ego. Ginny, która siedziała w nogach łóżka męża, aż podskoczyła.
Brad wcale nie wyglądał lepiej niż Harry. Nos miał cały spuchnięty, chyba wcześniej był złamany, a do tego wszędzie miał siniaki. Za nim, wystraszona i za wszelką cenę starająca się go zatrzymać, szła Vasiliki. Ciągnęła go za piżamę, aby się zatrzymał, ale nie miała tyle siły.
-        Szefie, ja coś odkryłem!
-        My odkryliśmy – wtrąciła Vas, wychylając się zza jego pleców. Spojrzała przepraszająco na Ginny, odpychając na bok Brada. – Bardzo przepraszam, pani Potter. Prosiłam, żeby poczekał, ale napoili go czymś przeciwbólowym i jest jak nakręcony.
Brad jej nie słuchał. Rozłożył jakąś mapę na kolanach Harry’ego i zaczął coś na niej rysować palcem.
-        Domy zaatakowanych pracowników ministerstwa, sir – tłumaczył, dźgając pergamin. – A po środku miejsce, gdzie my oberwaliśmy. To nie jest blisko, ale wszystko układa się we wzór.
-        Idealne odległości, tylko, że to setki kilometrów…
Harry pochylił się nad mapą, totalnie zapominając o swoich obrażeniach. Ginny chciała protestować i wygonić Vas i Brada, ale zerknęła na to, co pokazywali i zamilkła. Rzeczy, które mówili były straszne.
-        To wygląda, jakby zastawiali na nas pułapkę – wyjaśniał Brad. – Chcieli, żebyśmy pojawili się na tych bagnach, ale ich tam nie było.
-        Ataki nie miały nic na celu, oprócz postawienia nas w gotowości – wtrąciła się Vas, a oczy jej błyszczały z emocji.
-        Jacy oni? – zapytała Ginny, a pozostała trójka spojrzała na nią. W milczeniu, jakie zapadło, jej pytanie zabrzmiało wyjątkowo złowieszczo.
-        Tego nie wiemy, pani Potter. Tam naprawdę nikogo, oprócz nas, nie było.
-        I nie miało być. Doskonale wiedzieli, że po takich atakach i po bardzo silnym impulsie czarnej magii, poślemy tam najlepszy skład.
-        I tak się stało…
Harry nie patrzył na nich, tylko na pergamin rozłożony na swoich kolanach. Minę miał taką, jakby wszystko, co działo się w ostatnich kilku miesiącach, układało mu się w jakąś całość. Jednocześnie czuł się przerażony, ale też podekscytowany, bo w końcu zagadka, która męczyła go od tak dawna, zaczynała się rozwiązywać. Gdyby tylko mógł, to wstałby i pobiegłby do siedziby ministerstwa, tak jak tu siedział.
-        Jest za dwadzieścia minut północ – oświadczyła Ginny, a Harry otrząsnął się z zamyślenia. – Dziś już i tak nic nie zrobicie. Obaj nadal jesteście hospitalizowani. Nikt nie wypuści was ze szpitala w środku nocy. Harry miał połamane obie nogi, a ty, Brad, wyglądasz, jakbyś miał gorączkę.
Vasiliki złapała Bradleya w pasie i odholowała z sali, chociaż ten sprzeciwiał się, bo chciał jeszcze wiele spraw omówić ze swoim szefem.
-        Harry ja znam to spojrzenie… Przestań – powiedziała ostro Ginny, patrząc na niego i marszcząc brwi.
-        Ale ja nic…
-        Posłuchaj mnie, nie pozwolę ci wrócić do pracy przynajmniej przez miesiąc. Jestem za młoda, żeby zostać wdową. Jak znowu będziesz chciał iść gdzieś umierać, to ja obiecuję, że osobiście cię przykuję do ściany w piwnicy.
-        Kochanie…
-        Zapamiętaj to, Potter.
-        Dobrze, zapamiętam – zgodził się Harry, przygarniając ją do siebie i przyciskając jej głowę do swojej piersi. Doskonale wiedział, że ona nie żartowała. Często mu groziła, a on doskonale wiedział, iż każda z tych gróźb zostałaby spełniona, gdyby tylko zrobił coś, czego mu zakazywała.

Odnalazła jego rękę w pościeli i ścisnęła mocno. 

czwartek, 24 października 2013

Rozdział Siedemnasty, który jest krótki.

Nie wiedziałam do końca czy to w ogóle publikować. Można to potraktować, jako swego rodzaju eksperyment. Wiem, jest króciutkie, ale jakbym napisała więcej, to zepsuję formę. Może się Wam nie podobać. Następny rozdział pojawi się szybko, bo już jest w przygotowaniu. 
Mam nadzieję, że mieliście lepszy dzień dziś ode mnie. Oby, bo nikomu takiego nie życzę. 
Astal



Zdawało mu się, że umiera.
Bolało go wszystko, absolutnie wszystko. Każdy, nawet najmniejszy fragment ciała palił jak ogień piekielny. Chciał krzyczeć, ale nie mógł. Nie był nawet pewny, czy ma usta, czy w ogóle ma jakieś ciało, które mogłoby go boleć. Nie pamiętał, co się stało. Przez chwilę, nawet nie wiedział, kim jest.
Najpierw była ciemność, tak głęboka, że zaczął wątpić czy w ogóle istnieje. Było mu zimno, koszmarnie zimno. Wydawało mu się, że powinien się trząść z zimna, ale nie mógł. To zimno było jakby w nim, w jego głowie.
Potem nastała oślepiająca jasność. Słyszał głos. Jej głos. Wymawiała w kółko jego imię, nic poza tym.
Nie chciał myśleć o bólu, chciał go jakoś zagłuszyć. Szukał w swojej pamięci czegoś co pozwoliłoby mu na to. Zaczął myśleć o tym, kiedy ostatni raz ona wołała go z takimi emocjami w głosie. Tak słodko, z napięciem i zarazem błagalnie.
Wtedy był lipiec i szli przez łąkę. Pamiętał, że pszczoły strasznie głośno brzęczały. Powietrze było aż ciężkie od zapachu kwiatów i nagrzanej ziemi. Jej białe łydki miały na sobie drobne czerwone prążki, rozcięcia od ostrej trawy.
Powrócił ból, jeszcze silniejszy. Zniknęła jasność, ucichł jej głos.
Boże, pomyślał, przecież ja nie mogę umrzeć. Nie tak. Nie w walce. Nie chcę umrzeć w walce. Należy mi się trochę spokoju. Ktoś chyba go dotykał, ale sprawiało mu to tak niewyobrażalny ból, że chciał błagać, aby przestał.
Znów usłyszał jej głos, prosiła, aby jej nie zostawiał. Nie był pewny, czy to działo się naprawdę, czy tylko słyszał swoje wspomnienia. Wtedy też prosiła, aby jej już nigdy nie zostawiał. Kazała mu przysięgać. Zrobił to, padł nawet na kolana w tą ostrą trawę i przysięgał. Ona też klęknęła. Słońce padało na jej włosy tak, że miały kolor pomarańczy. Patrzył jak się mienią, za każdym razem, gdy ruszała głową i myślał, że nigdy nie zobaczy nic piękniejszego. Wtedy niebo było bezchmurne i słońce piekło ich w odsłonięte ramiona.
Chcąc zagłuszyć to co czuł, powtarzał sobie jej imię w myślach, tak samo, jak robił to tamtego dnia na łące. Ona nic nie mówiła, tylko się uśmiechała. Musiał jej zrekompensować to, że go nie było przy niej. Czuł się winny, że ratował świat, zamiast jej. Wtedy, patrząc na jej zaróżowione policzki, obiecał sobie, że już nigdy o niej nie zapomni. Ale teraz też zajmował się czym innym, a nie nią. Znów starał się ratować świat. Może to go pokarało?
-        Harry otwórz oczy –jej głos dotarł do niego z oddali. Był tak cichy, ledwie na granicy słyszalności.
Nie wiedział czy ma jakieś oczy, aby je otworzyć. Bardzo chciał to zrobić, ale wydawało mu się, że już przecież nie istnieje, że umarł. Nie mógł nic więcej zrobić. Czuł tylko ten koszmarny, obezwładniający ogień, który jakby trawił jego ciało. Jeżeli miał jakieś ciało.
Wtedy też chyba sprawił jej ból. Nie był pewny, bał się zapytać. Ona miała oczy przymknięte i włosy w niełazie, ale nie przestała ani na chwilę się uśmiechać. Leżeli na trawie długo i wdychali zapach łąki. Jej skóra pachniała czymś słodkim. Wszystko dookoła było złote i pomarańczowe jak jej włosy i jej piegi. To był idealny dzień, doskonały w każdym calu. Już nigdy się taki nie powtórzył.
Zdawało mu się, że otworzył oczy. Zobaczył czyjąś twarz. Powoli, powolutku jego mózg dopasowywał wszystkie elementy do siebie. Włosy o kolorze pomarańczy i piegi na ustach, które po raz pierwszy zobaczył tam na łące. Była blada, przerażona i zapłakana. Zupełnie inna od tamtej siebie dawno temu.
Chciał jej powiedzieć, żeby się nie martwiła, że przecież on nie zamiera jej zostawić. Obiecał przecież i to była jedyna obietnica, na której spełnieniu mu zależało. Nie mógł mówić, nie pamiętał chyba jak to się robi. Tak bardzo się bał, widząc ją płaczącą. Zdawało mu się, że to przez niego, więc chciał poprosić ją, aby przestała.
Ból, który poczuł, zanim zdążył ją zapewnić, że wcale nie zostanie sama, pozbawił go resztki świadomości. Znów wszystko zrobiło się jaskrawo białe, a on zapomniał nawet o niej i o samym sobie.


Nie wierzyła, że to jest jej mąż. Po prostu nie chciała uwierzyć, że mógł tak wyglądać. Pochyliła się nad nim bardzo nisko, chciała znaleźć jakiś szczegół, który potwierdziłby, że jednak to on.
Ta paskudna blizna. To wstrętne znamię, którego zawsze nienawidziła, ale nikomu o tym nie powiedziała. Ten znak, który sprawił, że jego życie wywaliło się do góry nogami. To po niej go poznała. Wyciągnęła rękę i delikatnie palcami przejechała po jego czole, jakby chcąc się upewnić, że to nie złudzenie optyczne a prawda.
Mówiła do niego, cały czas. Prosiła go, błagała. Sama nawet nie zauważyła, że płacze. Cała się trzęsła i głos jej się łamał, ale nie zamilkła. Nie dawał oznak życia, tylko leżał niczym martwy. Był cały siny. Jego skóra była przerażająco zimna. Zupełnie inna, niż wtedy, kiedy dotykała go ostatni raz, zanim się rozstali.
To był zupełny przypadek, że to nie on teraz leżał w kostnicy. Słyszała o innych Aurorach, którymi on dowodził.
-        Harry otwórz oczy – poprosiła, kładąc mu rękę na policzku. Przez jego twarz przemknął grymas bólu, więc szybko ją cofnęła.
Przypomniało jej się wszystko. Ten koszmarny dzień, kiedy usłyszała, że on nie żyje. Teraz wyglądał tak samo. Teraz, tak jak wtedy chciała wyć ze wściekłości i żalu. Stała tam przed zamkiem i czuła się bezradna. Wtedy też się tak trzęsła, jak teraz. Nienawidziła tego uczucia, kiedy na nic nie miała wpływu i tylko mogła patrzeć z przerażeniem na to, co się działo dookoła niej. Bała się swoich wspomnień z tamtego dnia. Nauczyła się wtedy wszystkich swoich słabości, dowiedziała o lękach i złych stronach swojej osobowości. Obiecała sobie, że nie będzie już tego pamiętać. Żeby zapomnieć, zajęła się tworzeniem dla niego normalnego domu, normalnej rodziny.
Jęknął i otworzył oczy. Wzrok miał nieprzytomny, a oczy jakieś mętne i dziwnie obce. Mówiła do niego, ale tym razem była pewna, że jej nie rozumie. Starał się skupić uwagę na jej twarzy i jakby powoli zaczynał ją poznawać. Chciała się uśmiechnąć, ale zamiast tego zaczęła płakać.
Jej radość nie trwała długo, bo zaraz znowu stracił przytomność.
-        Nie rób mi tego do jasnej cholery! – krzyknęła sfrustrowana. Już chciała go złapać za ramiona i potrząsnąć nim z całej siły, ale opanowała się w ostatnim momencie.
Niedługo potem zabrali go od niej, aby go połatać i ponaprawiać. Gdy ich pytała, czy z tego wyjdzie, nie chcieli jej nic mówić. Nie mogli jej dać nadziei, bo sami nie byli pewni, czy z tego wyjdzie. Siedziała pod drzwiami, zwinięta w ciasną kulkę i chlipała w swoje kolana. Dookoła siebie miała szare, ponure ściany szpitala.
Czuła się znów, jak głupia jedenastoletnia dziewczynka. Czekała, że on zaraz wpadnie z mieczem w ręku, umazany krwią, i oświadczy jej, że wszystko jest już dobrze i niczym nie musi się przejmować, bo to on odwalił całą brudną robotę. Chciała, żeby znów ją uratował. Żeby ponownie przepędził potwora od niej, a jednocześnie, żeby wyszedł z tego w jednym kawałku. 

piątek, 11 października 2013

Rozdział Szesnasty, gdzie dowiadujemy się o życiu Rona i Hermiony.

Moja uczelnia to zło! Program studiów magisterskich ustalał pewnie sam szatan. Mam tak skomplikowany rozkład zajęć, że powinnam zamieszkać na uczelni. No cóż, pokonałam gramatykę historyczną z scs-em, to pokonam I rok magisterki. Po tamtym egzaminie jestem niezniszczalna. 
Bardzo chętnie przystałam na propozycję, aby teraz opisać Rona i Hermionę. Lubię ich. Czy udało mi się opisać ich tak, jak w książce? Sama nie wiem. Mam nadzieję, że bardzo się nie różnią.
Być może następna notka pojawi się za 2-3 tygodnie, kiedy będę miała troszkę więcej czasu. Aktualnie jestem dosłownie zawalona pracami na zajęcia. Niech ktoś za mnie przeczyta te wszystkie koszmarnie nudne lektury ;C 
Delektujcie się wspaniałą jesienią!
Wasza Astal 



Ron generalnie lubił swoją pracę. Sprawiało mu to przyjemność, gdy widział radość na twarzach klientów. Szczególnie lubił wiosenne dni, kiedy kupujących było mało. Zarzucał wtedy nogi na ladę i w spokoju czytał gazetę. Czasami pomagał też bratu przy produkcji nowych produktów do sklepu, albo zaglądał na górę do Angeliny. Szwagierka nierzadko karmiła go i zawsze była chętna do rozmowy. Rona zawsze zadziwiało jak ona mogła wytrzymać z George’m, gdyż on zamieniał ich dom w chaos. Wszędzie można było się natknąć na nieprzetestowane produkty ze sklepu oraz dziecięce zabawki. Angelina ze stoickim spokojem lawirowała między tymi rzeczami, uśmiechając się promiennie. Cały ten zamęt, który robili jej mąż i dzieci, zdawał się jej w ogóle nie dotyczyć.
Co innego było w domu Rona i Hermiony. Tam wszystko działało jak w zegarku. Mając tyle obowiązków na głowie Hermiona musiała mieć wszystkie dni zaplanowane co do minuty. Czasami Ron miał tego dość, bo męczył się od samego patrzenia na to jak harowała. Ale ona miała na to energię i najwyraźniej sprawiało jej to radość.
Przez pierwsze kilka lat ich małżeństwa, kiedy oboje pracowali w Ministerstwie Magii, ale widywali się tylko w nocy. Pomimo, że przebywali w tym samym budynku, to zupełnie nie mieli czasu się spotkać, nawet na obiad. Czasami Ron wracał wcześniej od żony i kład się spać pierwszy. Nie miał siły na nią czekać, bo praca aurora wysysała z niego całą energię. Czasami budził się w nocy nagle, a potem po omacku szukał Hermiony. W momencie, gdy jego ręka natrafiła na puszyste włosy na poduszce obok, sięgał i przyciągał żonę do siebie. Czasami Hermiona w ogóle nie kładła się do łóżka. Ron nad ranem znajdował ją, w którymś pokoju, z głową złożoną na stosie książek lub też w fotelu, trzymającą jakąś książkę.
Nie mięli czasu na remont domu, ani na wizyty u rodziców. To był ciężki okres dla ich obojga.  Nie skończył się nawet wtedy, kiedy Ron odszedł z Ministerstwa. Po trzech latach miał już dość pracy aurora. To było dla niego zbyt męczące zajęcie. Wolał całą tą energię poświęcić na coś innego. Harry miał może do tego naturalny talent, ale Ronowi wszystko przychodziło z trudem. Czasami był nie tyle zmęczony fizycznie, ale psychicznie. Długotrwały stres bardzo źle na niego na niego działał. Czasami sam ze sobą nie mógł wytrzymać.
Przez kilka miesięcy snuł się po domu będąc bezrobotnym. Nauczył się dzięki temu gotować i nabrał wielkiej wprawy w wykonywaniu obowiązków domowych. Nie miał problemu z tym, że bracia i Harry nazywali go kurą domową. Pocieszał się, że żaden z nich nie potrafiłby przyrządzić żadnego wspaniałego dania, którego nauczył się z książek kucharskich, które Hermiona dostawała od swojej matki. Dzięki temu, że miał bardzo dużo wolnego czasu, udało mu się dokończyć remont domu. Zamienił ponure pokoje Blacków w miejsce gdzie dało się żyć. Dzięki temu, że siedział w domu i to do tego teraz takim ładnym, rodzina z upodobaniem podrzucała mu swoje liczne pociechy. Całymi dniami bawił się z małą Victorie albo z małą Molly. Raz na jakiś czas zajmował się też Teddym. Uwielbiał dzieciaka i czasami był zazdrosny, że to nie on jest jego ojcem chrzestnym. Okazało się, że ma świetne podejście do dzieci, być może dlatego, że sam czasami czuł się nadal dużym dzieckiem.
Pewnego dnia, pod koniec swojego pierwszego roku bezrobocia, Ron siedział u swojej matki w kuchni i nudził się koszmarnie. Obiecał pomóc jej w pracach ogrodowych, bo ostatnio dolegał jej ból pleców, ale ona zajęta była przewijaniem małej Lucy, drugiej córki Percy’ego.
-        Dlaczego ty i Hermiona nie postaracie się o dziecko? – zapytała Molly, zmęczona już narzekaniem syna na to, że tak rzadko widywał żonę.
-        A po co?
-        Zobacz na Harry’ego i Ginny. Odkąd ona jest w ciąży, on o wiele więcej czasu spędza w domu.
-        Mamo, ja nie mogę zajść w ciążę… Aa! Masz na myśli, że Hermiona pójdzie na urlop macierzyński?
-        Tak, to o wiele sensowniejsze od ciebie w ciąży – parsknęła Molly, patrząc na syna z politowaniem. – Gdy tylko Hermiona będzie miała dziecko pod sercem, od razu zrozumie, że praca nie jest najważniejsza na świecie.
-        Albo będzie pracować tak długo, aż urodzi w swoim gabinecie – burknął Ron, kładąc głowę na stole.
-        Nie bądź śmieszny – zganiała go matka, wciskając mu bratanicę w objęcia i ruszając na ratunek wygotowywującej się zupie. – Żadna matka nie pozwoli, aby coś stało się jej dziecku.
Ron spojrzał na Lucy i zamyślił się. Wcale nie był pewny, czy on sam lubi dzieci. Te jego braci były słodkie, ale jakoś szczególnie nie odczuwał ojcowskich instynktów. Zanim doszedł do jakiegoś wniosku Lucy zaśmiała się, machnęła kilka razy grubymi łapkami, a potem beztrosko ulało jej się na koszulę wujka.
Przez kilka następnych miesięcy Ron układał plan, który miał na celu wzbogacenie go o potomka. Nie była to sprawa prosta, gdyż jego żona zdawała się bardziej angażować w pracę, niż w ich małżeństwo. Kilka prób wprawienia ją w romantyczny nastrój spaliło na panewce, bo wracała do domu tak zmęczona, że nie miała siły jeść wykwintnych kolacji przygotowanych przez Rona, ani zażywać aromatycznych kąpieli (głównie dlatego, że bała się, iż uśnie w wannie i się utopi). Wcale nie widział poświęcenia z jakim Ron angażował się swój plan.
W ciągu trzech lat w ministerstwie Hermiona, mimo swojego młodego wieku, zrobiła zawrotną karierę. Mając dwadzieścia sześć lat miała już wysoką pozycję w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Amos Diggory nie mógł jej się nachwalić, chociaż czasami nie zgadzał się z jej postępowymi pomysłami. Ona jednak nie poddawała się i walczyła o swoje racje, aż w końcu zauważył ją Kingsley Shacklebolt i zaczął patronować jej pomysły. Szczęśliwa z tego powodu Hermiona postanowiła pracować jeszcze ciężej, aby nie zawieść ministra magii. Zgodziła się nawet przyjąć stażystę, aby wprowadzić go w tajniki pracy w ministerstwie. Traktowała co czasami jako swojego pomocnika, a on nie miał nic przeciwko temu. Mało tego, był w niebo wzięty, gdy dowiedział się, iż to ona będzie się nim opiekować. Miał on osiemnaście lat i był bardzo energicznym młodym człowiekiem. Wiele gadał i bardzo się starał być pomocny. Swoje braki nadrabiał entuzjazmem do pracy, co Hermiona ceniła w nim najbardziej. Przynosił jej też kawę i ciastka, co bardzo ceniła, szczególnie wtedy, kiedy zapominała zjeść śniadania.
-        Marc zrób mi tego kopię a potem wyślij to do pana Kingsleya, dobrze? – odezwała się Hermiona, machając nad głową rolką pergaminu. Wzrok cały czas miała utkwiony w tabelach, w które wpisane były rzędy drobniutkich cyfr.
-        Już się robi szefowo – zaświergotał chłopak, wyjmując jej z ręki pergamin i roztaczając przy okazji dookoła zapach męskich perfum.
Hermiona uśmiechnęła się, wspominając, iż kilka dni temu chwaliła się Ginny, jaki przystojny jest jej podopieczny. Miały wtedy głupawy nastrój i chichotały jak podlotki, wprawiając w zakłopotanie i rozdrażnienie swoich mężów, którzy siedzieli w drugim pokoju.
-        Przyszedłem po swoją żonę! – usłyszała głos Rona. Stał w progu i uśmiechał się radośnie.
-        Jeszcze nie skończyłam – sprzeciwiła się, pokazując ręką na stosy papierów leżące na biurku.
-        Daj spokój, przecież możesz to zrobić jutro – nie przyjmował sprzeciwu Ron, podwijając rękaw bluzy i wymownie spoglądając na zegarek. – Prawie wszyscy poszli już do domu. Skończyłaś pracę dziesięć minut temu…
-        Jak widzisz, wcale nie.
W tym momencie pojawił się Marc, niosący dwa kubki kawy. Ron na jego widok zdenerwował się jeszcze bardziej.
-        O pan Weasley – odezwał się chłopak, skinąwszy głową.- Ja i pana żona pracujemy razem. Świetnie nam się współpracuje…
-        Bardzo bym chciał, żeby moja żona współpracowała trochę ze mną – burknął Ron, podchodząc do biurka Hermiony i łapiąc ją za rękę. Wywlókł ją z biura, po drodze biorąc jej torebkę i marynarkę z wieszaka przy drzwiach.
Dopiero, gdy znaleźli się w głównym holu przy kominkach, Hermionie udało się wyrwać swoją rękę z jego uścisku. Była tak wściekła, że aż pobladły jej usta.
-        Co ty do cholery wyprawiasz? – wycedził, starając się ze wszystkich sił nie krzyczeć.
-        Spędzam czas z żoną.
-        Ale…
-        Jesteś pewna, że chcesz się o to kłócić? – przerwał jej, łapiąc ją za ramiona i przytrzymując w miejscu. – Nie rozmawiałem z tobą od tygodnia. Nie pamiętam, kiedy jedliśmy ostatnio razem kolację. Do tego wyglądasz tak, jakbyś miała zaraz zejść. Zaharowujesz się na śmierć!
-        Ludzie na mnie liczą, wiesz? Ja nie mam czasu, aby snuć się po domu w piżamie! Mam prawdziwą pracę i…
Ron puścił ją i zrobił krok w tył. Takiego wściekłego Hermiona nie widziała go od bardzo dawna. Myślała, że za chwilę zacznie wrzeszczeć, ale tego nie zrobił.
-        Idę do domu – oświadczył. – W tym momencie już wcale mnie nie obchodzi, czy ty tam będziesz, czy też nie.
To powiedziawszy udał się do jednego z kominków i zniknął w kłębach zielonego ognia. Hermiona wróciła do biura i zajęła się przeglądaniem papierów. Pod jedną teczką wypchaną dokumentami zauważyła mały rulonik pergaminu. Rozwiązała wstążkę i zobaczyła pismo Rona. Notka była z wczoraj i mąż informował ją w niej, że zbliża się ich rocznica. Z tej okazji chciał, aby zapewniła sobie wolny wieczór. Hermiona zerknęła na kalendarz i jęknęła. To dzisiejszy wieczór miała spędzić z Ronem, bo to właśnie dziś była ich trzecia rocznica ślubu.
W domu Ron wpadł do jadalni i rzucił się do stołu. Z wściekłością zaczął wpychać w siebie naszykowane dla nich dwojga jedzenie. Niestety nawet, gdy na talerzach nie pozostało nic, on nadal nie czuł satysfakcji. Kopniakiem przewrócił stół i krzesła, a potem machnął różdżką, a kieliszki poderwały się z podłogi i roztrzaskały o ścianę.
Następnego dnia rano, po nocy spędzonej w biurze, Hermiona zastała to pobojowisko w domu. Obiegła wszystkie pokoje, ale nie mogła nigdzie znaleźć męża. Widziała, że spał w ich wspólnym łóżku, bo pościel była rozkopana, ale poza tym nie widać było innych znaków jego bytności w domu. Czekała do wieczora, ale się nie pojawił. W końcu, gdy cała złość z niej wyparowała, zabrała się za sprzątanie jadalni. Ponaprawiała wszystkie potłuczone kieliszki i pęknięte talerze za pomocą magii, a robiąc to złościła się na siebie samą, że związku z Ronem nie da się naprawić przy pomocy machnięcia różdżką.
-        Niech cię cholera Weasley… - mamrotała, ssąc palec, w który skaleczyła się podczas sprzątania. – Zawsze uciekasz, jak tchórz, zamiast ze mną walczyć.
W tym czasie Ron przebywał z Harrym na dachu Nory. Pili piwo i patrzyli w milczeniu na zachód słońca.
-        Bez sensu takie małżeństwo – burknął w końcu Ron, ciskając pustą puszka przed siebie. – Najlepiej, gdyby była żoną ministra magii… ja tylko jej przeszkadzam….
-        Daj spokój… przecież nie możesz się poddać. Tyle czasu ci to zajęło.
-        I wszystko na nic.
Ron podpalił sobie papierosa różdżką i westchnął.
-        Przecież doskonale wiesz, jaka ona jest. Pamiętasz, jak w szkole nie umiała sobie powiedzieć „nie” i zaharowywała się prawie na śmierć.
-        Chciałem dobrze. Nie rozumiem, dlaczego była wściekła.
-        Jeżeli nie pytasz, to brakowało w tym subtelności. Dużo subtelności.
Przyjaciel spojrzał na Harry’ego z odrazą. W jego wypowiedział słyszał słowa swojej siostry. Widać było, że Ginny nie marnowała czasu i intensywnie pracowała nad mężem.
-        George zaproponował mi pracę u siebie – zmienił temat Ron. – Sam nie wyrabia i potrzebuje pomocy w sklepie i przy nowych produktach. Nie wiem czy się nadaję, ale mam już dość bezrobocia, więc się zgodziłem.
-        Nie powiesz o tym Hermionie?
-        Po co?
Harry w milczeniu otworzył puszkę piwa. Ron już nie odezwał się ani słowem na temat żony. Nie miał nawet pojęcia, co mu poradzić, bo lubił ich oboje i nie umiał opowiedzieć się tylko po jednej stronie. On i Ginny nigdy nie mięli aż takich problemów. Fakt, gdy on zaczął pracować, jako auror a ona była w regularnym składzie Harpii, to czasami bywały dnie, kiedy się prawie nie widywali, ale jakoś zawsze pamiętali, że jednak to nie praca a oni sami są ważniejsi.
Hermiona spędziła kilka samotnych nocy w domu, podczas gdy Ron nocował na zmianę w u swoich rodziców, braci czy Harry’ego( gdzie w sumie spędził tylko jedną noc, bo wściekła Ginny w ciąży z różdżką w ręce śmiertelnie go przerażała). W końcu stwierdziła, że czekanie na niego jest ponad jej możliwości i so spędziła noc w biurze. Marc współczuł jej i czasami zostawał do późna w ramach solidarności, ale zawsze wychodził po północy. Z braku innego słuchacza, Hermiona żaliła się mu na Rona. Jej frustracja narastała z dnia na dzień. Wstydziła się przyznać rodzinie i przyjaciołom, że nie wie gdzie jest jej mąż, więc nie odezwała się do nikogo. Harry’ego unikała jak ognia, chowając się nawet raz pod swoim biurkiem, gdy przyszedł na jej piętro. Było jej głupio, bo tak naprawdę tym razem Ron nic nie zawinił, to na była tą złą.
W końcu siódmego dnia rozstania z Ronem Hermiona wpadła w kryzys. Siedziała w biurze w nocy i płakała, ocierając policzki rękawem swojej najlepszej szaty. Zamarła, słysząc kroki na korytarzu. W chwili, gdy wyobrażała sobie, że zaraz wpadnie tu jej mąż, dzierżący snop róż na przeproszenie, w drzwiach stanął Marc. Minę miał stroskaną.
-        Głupio mi było iść do domu, kiedy ty tak tu siedzisz, szefowo – wyznał, a Hermionie zrobiło się ciepło na sercu, że ktoś jej współczuł.  – Niedawno zerwałem z dziewczyną i trochę wiem, jak się czujesz.
-        Dzięki – powiedziała, bulgocząc nosem. Marc podał jej chusteczkę. – Nie odezwał się przez cały tydzień… dupek…
-        Wiesz co? A może chcesz się na nim zemścić? – zapytał nagle, poklepując ją pocieszająco po plecach.
-        No pewnie!
-        Mogę ci pomóc…
Hermiona spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem i nagle odsunęła się gwałtownie. Wstała i zrobiła kilka niepewnych kroków. Marc wstał i podążył za nią. Minę miał bardzo zdeterminowaną.
-        Chyba jednak nie chcę tego robić w ten sposób – wymamrotała. – Nie tak…
-        Ale to świetny pomysł! Słuchaj… Zawsze chciałem cię poznać. Tyle o tobie słyszałem…
-        Miło mi, ale nie chcę w taki sposób mścić się na Ronie.
Przypadł ją do ściany i skutecznie unieruchomił. Nie był w prawdzie tak wysoki, jak Ron, ale jednak o głowę od Hermiony wyższy.
-        To będzie świetna zemsta, prawda?
Pochylił się, chcąc ją pocałować, ale ona nie miała zamiaru dać mu tej szansy. Zgięła kolano i wymierzyła mu nad wyraz celny kop w podbrzusze, wkładając w niego całą swoją siłę. Marc stęknął żałośnie i osunął się kolana. Hermiona wyplątała różdżkę z szaty i przystawiła mu ją do czoła. Błysnęło światło i Marc leżał na podłodze sztywny niczym drewniany bal, z rękami płasko przylegającymi do ciała i złączonymi nogami.
-        Whoa!  – powiedział ktoś od strony drzwi. Hermiona odwróciła się i zobaczyła Rona. – Stary naprawdę myślałeś, że ci się to uda? Serio?
-        Ron… - pisnęła Hermiona, a jej oczy napełniły się łzami.
Przygarnął ją do siebie i pocałował w czubek głowy. Wtuliła twarz w jego gruby sweter. Czuła, jak się trząsł od śmiechu, gdy patrzył na wyciągniętego na podłodze Marc’a.
-        Napastować Hermionę Granger… Koleś ty książek nie czytałeś? Ta kobieta dała by fangę w nos Voldemortowi, gdyby tylko on miał nos…
Ron nie mógł się powstrzymać i trącił chłopaka czubkiem buta. Marc łypnął na niego, ale mocne zaklęcie Hermiony nie pozwalało mu na nic więcej.
-        Chodźmy do domu – poprosiła cicho Hermiona, a on chętnie powiódł ją na dół, do głównego holu. – Widziałeś wszystko?
-        Chyba tak. Mam nadzieję, że nie przegapiłem czegoś ciekawego na początku. Domyślam się, że jeżeli nie dałaś się pocałować, to nie było też żadnego numerku na biurku…
-        Ron!
-        No co? Byłym bardzo zawiedziony, gdyby jemu się to udało przede mną.
Dotarli do domu i od razu zajęli się nadrabianiem zaległości z ostatnich siedmiu dni. Hermiona była zachwycona, gdy dowiedziała się, że Ron znalazł pracę. Zaległą wykwintną kolację z okazji rocznicy zamienili na pizzę jedzoną na podłodze przed kominkiem.
Następnego dnia Ron przyniósł prezent dla Hermiony, kupiony za swoją pierwszą wypłatę. Były to dwa wisiorki – zrobione z dwóch połówek jednego kamienia. W gdy Hermiona dotykała swojego, ten Rona błyszczał delikatnie. W razie problemów, jedno z nich mogło ścisnąć kamień w dłoni i wtedy on stawał się jaśniejszy. Potem Ron żałował czasami tego prezentu, gdyż Hermiona nadużywała tego sposobu komunikacji. Jednak żadne z nich nigdy ich nie zdjęło. Zawsze nosili je pod ubraniem, aby miały kontakt ze skórą.
To było dwanaście lat temu, pomyślał Ron, uśmiechając się na widok wisiorka, który wysunął się spod koszuli, gdy się pochylił podnieść paczkę z towarem. Od tego czasu wiele rzeczy się zmieniło. Hermiona wyluzowała po urodzeniu dzieci, a on doskonale sprawdzał się w roli wspólnika George’a. Nawet z jego inicjatywy do sklepu wprowadzili linię gadżetów sportowych, którymi można było robić dowcipy znajomym podczas meczów. Całą kolekcję zaprezentowali podczas mistrzostw świata w Quidditchu, kiedy to Anglia znów była gospodarzem. Wszędzie dookoła stadionu można było zobaczyć wybuchające kufle czy też wuwuzele wydające różne dźwięki. A każde z nich mały małą nalepkę z napisem „Projekt R. Weasley”.
Kątem oka zauważył jakichś ruch obok lady. Starsza czarownica, która nie wyglądała jak typowy klient sklepu. Trzymała za rękę małą dziewczynkę, wyraźnie zaaferowaną.
-        W czym mogę paniom pomóc? – zapytał Ron, podchodząc do nich.
-        Ta panienka ma do pana sprawę – powiedziała czarownica, popychając dziewczynkę ku niemu.
Mała strasznie się wstydziła i gdy tylko Ron się do niej pochylił, zaczerwieniła się jak piwonia. Trzymała coś oburącz.
-        Czy… czy podpisałby mi pan to? – zapytała niepewnie, podnosząc na niego wielkie oczy. Wyciągnęła przed siebie kartę z czekoladowych żab. Widniało na niej zdjęcie Rona.
-        Och! Oczywiście – wydusił z siebie mężczyzna, kompletnie zaskoczony. Wyjął pióro z kieszeni pomarańczowego firmowego fartucha. – Jestem z tego bardzo dumny, wiesz?
-        Też bym była.
-        Proszę bardzo – oddał dziewczynce podpisaną kartę.
Mała rozpromieniła się i pokazała towarzyszącej jej czarownicy, zapewne babci, autograf. Gdy wyszły, Ron pomyślał, że to właśnie dla takich chwil ludzie robią wielkie rzeczy. Harry i Hermiona o wiele więcej mięli prawa by być dumnymi ze swoich czynów. Oni też trafili na karty, ale nie było dla nich to takie ważne. Do tego siedzieli całymi dniami w ministerstwie, gdzie nie mięli kontaktu z ludźmi.  Tu w sklepie Weasleyów co chwila słyszał komentarze od klientów. To było miłe i sprawiało, że miał wspaniały nastrój na cały dzień.


Była już ósma trzydzieści wieczorem i Hermiona, wiedząc, że Ron kończy zwykle pracę punkt ósma, była trochę podminowana. Przed chwilą przez telefon udało jej się wymigać od niedzielnego obiadu u swoich rodziców, obiecując, że ona, jej mąż i dzieciaki w tym roku spędzą Wielkanoc u Grangerów. Wiedziała, że Ron nie będzie z tego zadowolony, ale była na niego zła, że się spóźniał i zrobiła mu trochę na złość. Wiedziała, że bardziej ukarze go tym, niż wymówkami. Od czasu ich koszmarnej kłótni lata temu umówili się, że nie będą już nigdy zostawać po godzinach w pracy. Ona dziś wywiązała się z obietnicy i była w domu punktualnie. Pomogła nawet Hugo w lekcjach, a potem, aby nie myśleć o tym jak denerwuje ja spóźnianie się Rona, zajęła się robieniem kolacji. Siekanie marchewki wielkim nożem zawsze ją uspokajało, gdy była zła na Rona. Może dlatego, że miała ona taki sam kolor, jak jego włosy. Już kilka razy trąciła wisiorek, ale Rona nadal nie było.
W końcu usłyszała trzaśnięcie zamykanych drzwi, a następnie kroki w korytarzu.  Chwilę potem mąż objął ją w pasie i przytulił.
-     Jestem głodny jak smok – oświadczył, całując ją na powitanie w odsłonięte ramię. – Nie sądzisz, że ta marchewka ma już dość?
Hermiona prychnęła i wrzuciła bardzo drobno posiekaną marchewkę do miski. Odwróciła się do Rona twarzą i zlustrowała go dokładnie od stóp do głów. Wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego.  W ogóle, jak zawsze z resztą, nie zdawał sobie sprawy ze swojego przewinienia. Miał jakiś ubytek w edukacji na temat empatii.
-     Co na kolację? – zapytał niewinnie.
-     Zapiekanka…
-     Znooowu? Ileż można?
-     Może zamiast marudzić wracałbyś wcześniej z pracy, aby mi pomóc?
-     Hermiono jest koniec miesiąca – westchnął ze zniecierpliwieniem. – Mówiłem ci już, że zawsze wtedy wracam później…
Hermiona otworzyła usta, aby coś powiedzieć, gdy nagle w progu kuchni stanął Hugo.
-     Tato – odezwał się chłopiec poważnym tonem. – Pan Shacklebolt chce z tobą rozmawiać. Mówi, że to bardzo pilne i że chodzi o wujka Harry’ego.
-     Gdzie?
-     W kominku w salonie.
Ron i Hermiona momentalnie zapomnieli o temacie swojej sprzeczki i pognali na górę do największego pokoju w domu, który służył im za salon. Dopadli do kominka, gdzie w płomieniach widoczna była głowa Kingsleya Shacklebolta – obecnego ministra magii. Minę miał strapioną i wyglądał na zdenerwowanego.
-     Bardzo przepraszam, że wam przeszkadzam – odezwał się, patrząc to na Rona, to na Hermionę – ale przed chwilą się dowiedziałem i chciałem wam powiedzieć osobiście, a nie przez sowę.
-     Coś się stało Harry’emu? – niewytrzymała Hermiona.

-     Jego grupa została zaatakowana. Jeszcze nie wiem, co się stało dokładnie, bo otrzymałem sowę dosłownie przed chwilą. Wiem tylko, że on i jego aurorzy zostali wysłani na miejsce, z którego dostaliśmy zgłoszenie o dziwnej aktywności magicznej. Mamy pięciu rannych i dwóch zabitych…