czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział Dwudziesty Pierwszy, w którym Scorpius się nudzi, a Rose kogoś ratuje.

Przepraszam za zwłokę. Naprawdę chciałam coś napisać szybciej, ale nie miałam siły. Odpoczęłam, obejrzałam wszystkie, jak dotąd, odcinki Castle i teraz będę pisać. Zarówno moją pracę magisterską, jak i opowiadanie dla Was. Muszę się jeszcze przyznać, że zaczęłam pisać coś innego, coś na poważnie, dlatego trochę zbiesiłam się z moją fanfikcją. 
Ok, teraz ogłoszenie - zupełnie i absolutnie nie mam pomysłów na kolejny rok szkolny moich bohaterów. Mam na to na późniejsze lata. Czy Wy, moi drodzy czytacze, zgodzilibyście się, abym przeskoczyła o rok do przodu? Zaplanowałam tyle fajnych rzeczy na przyszłość, ale jakoś na razie bohaterowie są za mali i nie mam co z tymi pomysłami zrobić. 
Pozdrawiam, 
Wasza Astal



-        Nie podoba mi się ta mała.
Ginny odstawiła tacki z kiełbaskami na stół i spojrzała na Hermonę.
-        Która?
-        Ta blondynka – wyjaśniła Hermona, mrużąc oczy w silnym popołudniowym słońcu. –Skąd ona tu się wzięła?
-        To pierwsza miłość Jamesa. Absolutnie nic nie mów na jej temat, bo Jimbo cię znienawidzi.
-        Trochę przypomina dziewczynę, która dokuczała mi w szkole – odezwała się stojąca obok Luna, patrząc za Hermioną na bawiące się dzieci.
-        Przestańcie – skarciła przyjaciółki Ginny.- Nie wiecie, jaka to presja dla matki, poznać pierwszą miłość swojego dziecka.
Hermiona wykrzywiła usta, nadal nie spuszczając wzroku z Amber, która wraz z Jamesem i Hugo grała w badmintona w ogrodzie. Szło jej całkiem nieźle jak na kogoś, kto nauczył się tej gry kilka godzin temu.
-        James prawie oszalał ze szczęścia, kiedy zgodziła się do nas przyjść – podjęła temat Ginny. – Z tego co widzę, od rana próbuje zaaranżować z nią jakieś jeden na jeden, chyba żeby skraść jej całusa.
-        Mam wrażenie, że to zła dziewczynka. Jak to możliwe? – zasępiła się Hermiona.
W tym momencie Amber przerwała grę, podeszła do Jamesa i kładąc mu rękę na ramieniu, szepnęła mu coś do ucha. Chłopak rzucił na trawę rakietkę, złapał dziewczynę za rękę i powiódł ku matce i ciotkom.
-        Ciociu Hermiono, ciociu Luno – rzekł bardzo oficjalnie. – To jest Amber, moja dziewczyna.
Dziewczynka dygnęła, uśmiechając się ładnie. Obie kobiety odwzajemniły uśmiech, chociaż Hermiona miała pewne opory. Przełamała się jednak, bo od razu pomyślała sobie, jak bardzo wyśmiałby ją mąż, gdyby dowiedział się, że ma uprzedzenia do trzynastoletniej dziewczynki.
-        Jimb…- zaczęła Giny, ale szybko uchwyciła wzrok syna i ugryzła się w porę w język. – James wołaj resztę dzieci, bo kiełbaski są już gotowe.
Chwilę potem cała ferajna została usadzona za stołem i zajęła się pochłanianiem smażonych na grillu mięs i warzyw. Po Amber bardzo było widać, że dziewczyna przejmuje się i stara się zachowywać bardzo kulturalnie. Hermionie nawet było trochę głupio, że jej własna córka nie jest tak dobrze ułożona, jak ta mała. Rose jadła tak samo niechlujnie, jak wszyscy jej kuzyni, brudząc sobie buzię i sukienkę musztardą.
Amber nie potrzebowała wiele czasu, aby oczarować Harry’ego i Rona. Bardzo im schlebiało, gdy ona zachwyciła się, że mogła ich poznać. Paplała słodko o tym, że jej rodzice zawsze o nich mówili i że jest bardzo zaszczycona. Zanim skończyła zdanie, już byli jej.
Co innego przyjaciółka Rose i Albusa, Darcy. Cichutka i onieśmielona, nie umiała zareklamować się tak, jak jej kuzynka. W prawdzie przywitała się grzecznie, ale nie mówiła za dużo. Rose nie odstępowała jej na krok, mówiąc bez przerwy. Albus starał się trzymać w pobliżu, ale gdy tylko napotkał wzrok matki, oddalił się nachmurzony.
Po jedzeniu dzieciarnia rozpierzchła się po ogrodzie, a dorośli zasiedli na tylnym ganku w ciszy. Większość dziewczynek rozsiadła się na kocu obok klombów i bawiła się po cichutku, niektórzy chłopcy wrócili do gry w badmintona, ale James, Albus oraz Rose, Amber i Darcy, zniknęli w krzakach za szklarnią. Na nieszczęście dla Lily i Hugona, dwójka ta została zastopowana i usadzona na kocu przez Ginny i Hermionę. Mimo protestów, matki nie dały się przekonać i nie pozwoliła maluchom bawić się z dużymi dziećmi.
Potterowie posiadali duży teren zielony, a tuż za płotem z tyłu domu ich działka graniczyła z dużym pustym placem gęsto zarośniętym. Dzieciaki wprost uwielbiały się tam wypuszczać, bo była to miniaturowa dżungla, w której mogli się bawić. Niestety musieli uważać, bo teren tam miejscami był grząski i pocięty głębokimi zapadlinami. W samym centrum były śmierdzące bagna, gdzie James kiedyś utknął bardzo niefortunnie. Albus lubił mu o tym przypominać.
-        Bawimy się w podchody! – zadecydował Jim, gdy już cała grupa zebrała się za ogrodzeniem. – Dzielimy się na dwie grupy. Ja jestem z Amber.
-        Ale to zaskakujące – mruknął Albus do Darcy, tak cicho, aby tylko ona słyszała.
-        Ale jest nas nie po równo – odezwała się spokojnie Darcy.
-        To może dziewczyny na chłopaki?
-        Nie, też nie pasuje.
-        Ja chcę być z Jamesem – zapiszczała słodko Amber, a Darcy stłumiła w sobie ochotę, aby ją strzelić w nos.
-        To my będziemy we dwójkę, a wy we trójkę! – zadecydował z zadowoleniem James, puchnąc z dumy ze swojej pomysłowości.
Zanim ktoś zdążył zaprotestować, Amber złapała Jamesa i zniknęli w gęstwinie.
-        Zacznijcie nas szukać za dziesięć minut! – rzuciła przez ramię, zanim zniknęła im z oczu jej jasna głowa i kwiecista sukienka.


Rezydencja rodziny Malfoy była ponura nawet w środku słonecznego lata. Scorpius nie lubił tu przychodzić. Ojciec upierał się, aby przywozić go tu przynajmniej kilka razy w roku, chociaż nikt nie rozumiał dlaczego. Dziadek Malfoy był całkowicie zbzikowany i ciągle gadał o tym, jak kiedyś czasy były lepsze. Babcia wcale nie była bardziej interesująca. Scorpius, gdy na nią patrzył, zawsze zastanawiał się czy ona kiedykolwiek się uśmiechała. Zawsze wyglądała, jakby bardzo nie chciała być w tym miejscu, gdzie akurat była. Nigdy jakoś nie udało mu się odkryć ludzkiej strony dziadków. Rodzice matki zmarli zanim się urodził. W jego ulubionych książkach to często dziadkowie byli mentorami bohaterów, a babcie były pulchne i zawsze piekły ciasta. Scorpius wszystkie porady dziadka traktował za obłąkane i nie tknąłby niczego, co upiekłaby babcia w obawie, że mogłoby być zatrute.
Siedząc na ławce, w ponurym i zapuszczonym ogrodzie, Scorpius nudził się jak mops. Nie miał tu ani towarzystwa do rozmowy, ani sensowych książek do czytania. Mimo, że nie miał co robić w domu, wolał w nim nie siedzieć. Już wiele lat temu nauczył się, że aby uwolnić się od towarzystwa dziadków i rodziców, którzy w tym miejscu zachowywali się niezwykle sztywno, najlepiej jest uciekać do ogrodu. Zwykle zaszywał się w tym samym końcu ogrodu – miejscu niedaleko bramy wejściowej, między wysokimi dziwnie przystrzyżonymi żywopłotami. Miał tu niezły widok na dom, a to dawało mu czas na schowanie się, w razie gdyby ktoś go szukał. Dwór Malfoyów  był obecnie pociemniałym ze starości, kiedyś pewnie okazałym, budynkiem, o zarośniętych brudem oknach na piętrze. Dziadkowie już dawno przenieśli się na parter, gdyż dworek był za duży tylko dla dwóch osób. Do tego Malfoy senior miał od lat problemy z chodzeniem i wdrapywanie się na piętro po schodach było dla niego przeszkodą nie do pokonania. Ojciec i matka Scorpiusa nie chcieli tu mieszkać, więc znaleźli ładny, nowoczesny dom na przedmieściach Londynu. Była to okolica, gdzie nie mieszkało wiele czarodziejów. Najważniejsze jednak było to, że dzieliła ich rozsądna odległość od rodziców Dracona, za którymi nie przepadali Scorpius i Astoria. Czasami w kłótniach ojciec wypominał jej to, ale ona zawsze miała gotową linię obrony – on sam nie przedstawił im swojej narzeczonej aż do dnia ślubu, bojąc się, że ją spłoszą.
Nagle do uszu chłopca doszły czyjeś wzburzone głosy. Zamarł w miejscu i zaczął nasłuchiwać. Niestety gruby bukszpanowy żywopłot tłumił wszystko. Scorpius podniósł się z ławki i ruszył po cichu, w stronę skąd dobiegały głosy.
W jednej z wąskich alejek stał dziadek Malfoy, ojciec i jakaś zgarbiona postać.
-        Nie – powiedział Lucjusz, opierając się na lasce i wyprostowując się władczo. – Wydaje ci się, że zaryzykujemy nasz spokój, żeby pomóc ci?
-        Panie Malfoy… proszę – wydusił garbiący się mężczyzna. Scorpius nie widział jego twarzy, bo zasłaniali go ojciec i dziadek. – Mój ojciec był twoim przyjacielem… Jest bardzo chory. Nie mamy pieniędzy na leki…
-        Nie – powtórzył Malfoy senior.
Scorpius chciał wychylić się jeszcze trochę, aby ujrzeć dziwnego gościa, ale bał się, że żwir pod jego stopami mógłby zazgrzytać i ujawnić jego obecność. Zza nóg ojca widział tylko skraj ciemnej szaty czarodziejskiej, postrzępionej i wyblakłej, tak jakby jej właściciel nosił ją za długo.
-        Nie powinieneś tu przychodzić – odezwał się w końcu ojciec, tonem tak lodowatym i bez emocji, że Scorpius poczuł ciarki.
Dracon i Lucjusz już chcieli się odwrócić i odejść, gdy mężczyzna zrobił pewny krok w ich stronę i wyprostował się.
-        Nieźle się ustawiliście, co? – głos mężczyzny nagle się zmienił. Teraz nie był już służalczy i błagający. Pobrzmiewała w nim wściekłość i desperacja. Tak brzmiał człowiek, który nie ma już nic do stracenia. – Zawsze świetnie dopasowywaliście się do okazji. Mój ojciec był wierny ideałom Czarnego Pana. Nigdy go nie zdradził… Nie to co wy… Malfoyowie… Wszyscy wiedzą ile złota dostaliście w spadkach… Ile tym razem wydaliście, żeby kupić sobie spokój?!
Malfoy senior wykonał gwałtowny ruch, wyciągając różdżkę zza pazuchy, ale syn złapał go za rękę.
-        Tato nie! – krzyknął Dracon.
Zgarbiony mężczyzna zrobił krok w tył, potknął się o kamienny murek i usiadł na nim niezgrabnie. Teraz Scorpius mógł zobaczyć jego twarz. Miał ciemne włosy i takie same oczy. Wyglądał na chorego albo bardzo zmęczonego. Nie był stary, ale wydawało się, że w ostatnim czasie przeszedł wiele i bardzo schudł, bo ubranie wisiało na nim jak worek. Jego policzki były zapadnięte a oczy otaczały cienie. Patrzył z przerażeniem to na Dracona, to na Lucjusza.
-        Nie zmienimy przeszłości – Scorpius usłyszał spokojny głos ojca. – Wiesz, że staliśmy po złej stronie. Twój ojciec też teraz musi to wiedzieć. Tak, kupiliśmy spokój, ale nie dla siebie.
-        Draco!
-        Milcz, ojcze. Jakie to ma znaczenie?
Serce Scorpiusa waliło jak oszalałe. Nigdy w życiu nie słyszał żeby ojciec mówił o tych sprawach. To było tabu, którego wystrzegali się z matką. Gdy dziadek, czasami po zbyt dużej ilości wina, zaczynał rozmowę na ten temat, syn i żona natychmiast go uciszali.
-        Ile potrzebujesz? – zapytał bladego mężczyznę Draco, a ten trzęsącą ręką podał mu kawałek pomiętego pergaminu.
-        Sprzedaliśmy dom… nie mamy nic…- bełkotał, patrząc w ziemię.
-        Wyślę ci sową datę i miejsce spotkania.
-        Dziękuję… ja… ja naprawdę…
-        To nic. Masz rację, pieniądze są tylko po to, aby kupić sobie spokój.
-        Dziękuję…
-        Idź już! – warknął Malfoy senior, a mężczyzna wycofał się tyłem z alejki i, sądząc po odgłosie jego kroków, puścił się do bramy biegiem.
Draco i Lucjusz stali jeszcze chwilę w cieniu bukszpanów, patrząc na siebie ze złością, ale nic nie mówiąc. W końcu starszy mężczyzna westchnął ciężko, kręcąc głową z dezaprobatą.
-        Nie powinieneś tego robić – powiedział słabo.
-        Staram się naprawiać nie tylko swoje błędy, ojcze. On i ja jesteśmy o wiele bardzie podobni, niż może ci się wydawać.
-        Ale…
-        Mieliśmy po szesnaście lat, tato. Zmuszono nas do robienia rzeczy, których dzieci nie robią.
Malfoy senior nic nie powiedział, zapatrzony przed siebie. Wyglądał tak, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, że syn ma rację, ale duma nie pozwalałam mu jej przyznać. Nagle Draco odwrócił się do ojca i położył mu rękę na ramieniu.
-        Nie robię tego ani dla siebie, ani dla niego. Tobie i jego ojcu nic już nie pomoże. Robię to dla Scorpiusa.
Ukryty w krzakach chłopiec, aż podskoczył, gdy usłyszał swoje imię. Nie miał pojęcia, jak pomaganie jakimś biednym, chorym ludziom miałoby wpływ na niego, ale najwyraźniej dla dziadka i ojca miało to jakiś sens. Widocznie uspokoili się i ruszyli w stronę domu. Scorpius zanurkował głębiej w krzaki i płasko przywarł do ziemi, aby tylko go niezauważyli.
-        Tak. Masz rację, Draco – powiedział cicho Lucjusz, gdy przechodzili obok kryjówki Scorpiusa. - Dzieci nie powinny ponosić odpowiedzialności za czyny swoich rodziców.


-        A jakbyś my ich tak zostawili gdzieś w lesie i poszli zjeść kiełbaski?
-        Darcy… mówiłem ci już, że tak się nie robi.
-        No komu stała by się krzywda?
-        Mnie. Mnie stanie się krzywda, jeżeli wkurzę Jamesa. W nocy zakradnie się do mnie do pokoju i znowu zrobi mi coś.
-        Było już tak?
Albus westchnął i przewrócił oczami, nie przestając brnąć przez gęste chaszcze.
-        Było – przyznał z niechęcią. – Uwierz, że jego pokręcona wyobraźnia nie ma granic.
Darcy nic już nie powiedziała, tylko obejrzała się na Rose, która wlokła się za nimi i przystawała co chwila, aby upewnić się, że nie ma na sobie kleszcza czy pająka. Rose nie była typem osoby, która uwielbiała przebywać otoczona przyrodą. Bladła na widok robaków, sama myśl o spotkaniu węża przyprawiała ją o mdłości. Darcy, która od małego jeździła z ojcem na biwaki, zupełnie nie rozumiała przyjaciółki. Przedzierała się przez chaszcze pewnie i bez żadnych lęków. Nawet jej do głowy nie przyszło, żeby bać się pokrzyw czy pajęczyny. Albus patrzył na nią z podziwem, bo sam, chociaż był chłopcem, zachowywał się w tej sytuacji mniej męsko. On stronił od natury z zupełnie innego powodu niż kuzynka. Wcale nie brzydził się insektów i roślin. Jego niechęć miała zupełnie inne podłoże – James. Starszy brat nigdy nie przegapił okazji, aby podczas wycieczek czy kempingów dokuczyć Albusowi. Węże w butach, czy żaby w śpiworze to był tylko wierzchołek góry lodowej. Z biegiem lat, kiedy Albusowi udało się odeprzeć większość ataków brata, stał się na nie niewrażliwy, chociaż odczuwał pewną niechęć do lasów i łąk.
-        Tam jest pierwszy ślad – zawołała Darcy, wymijając Albusa i łapiąc żółtą wstążeczkę, zawiązaną na gałęzi świerku.
Rozdzielili się na chwilę, aby szukać kolejnych. Nic nie mogli jednak znaleźć. Darcy zaczęła podejrzewać, że jej kuzynka zagrała nieczysto i nie zostawiła wiele znaków, aby uprzykrzyć im życie. Zapewne chciała zostać z Jamesem dłużej sam na sam.
Po dziesięciu minutach poszukiwać, stało się jasne, że nigdzie w pobliżu nie było kolejnej wstążeczki. Albus i Darcy byli wściekli i zakomenderowali odwrót do domu.
Nagle Rose zatrzymała się jak wryta.
-        Słyszycie? – zapytała, rozglądając się dookoła czujnie.
Pozostała dwójka wlepiła w nią oczy. Dookoła panowała miła cisza, ale Rose wyraźnie coś słyszała. Nastawili uszu. Gdzieś na granicy słyszalności, ciszej nawet niż szum liści w koronach drzew nad nimi, dało się słyszeć ciche popiskiwanie.
Zanim Albus zdążył coś powiedzieć, Rose puściła się biegiem w stronę, skąd dochodził dźwięk. Darcy i Al nie mieli wyboru i pobiegli za nią.
-        To jakieś zwierzątko! – zawołała Rose, nawet się nie oglądając.
-        Poczekaj! – zawołał za nią Albus.- Nie tak szybko! Tu jest niebezpiecznie!
Jednak ona wcale go nie słuchała. Gnała na pomoc, nie zważając teraz na pokrzywy, robaki i inne atrakcje, których bała się wcześniej. Przeskoczyła kępę krzaków i zniknęła im nagle z oczu. Usłyszeli tylko jak pisnęła rozpaczliwie. Albus wyhamował w samą porę, aby zatrzymać i nie podzielić losu kuzynki. Tuż za zaroślami grunt gwałtownie opadał, tworząc duży parów. Na jego dnie, gdy padało, zbierała się woda, przez co było tam pełno błota.
Rose leżała na plecach, cała opryskana na brązowo. Kolana miała pozdzierane a spódnicę porwaną. Na szczęście nie beczała, chociaż wyglądała, jakby miała wielką ochotę.
-        Nic sobie nie złamałaś? – zawołała Darcy, wychylając się i próbując ocenić, jak najłatwiej byłoby zejść na dół.
-        Chyba nie – wymamrotała Rose, siadając. – Patrzcie!
Wskazywała palcem na unoszący się w powietrzu tuż nad ziemią dziwny obiekt. Poruszał się i bezustannie zmieniał kształt. Wszyscy troje zmrużyli oczy, aby lepiej zobaczyć co to takiego było.
-        To chyba jakiś rój – uznała Darcy. – Czy to pszczoły?
Albus zmarszczył brwi. Na dole Rose wstała na nogi i sprawdzała jak bardzo się poobijała, gdy nagle pisk, który słyszeli wcześniej powtórzył się, tyle, że teraz był o wiele głośniejszy. Dochodził dokładnie spod dziwacznego roju.
-        Tam jest kot! – zawołała Rose z przerażeniem. – Musimy go uratować!
-        Poczekaj tam na nas – rozkazała Darcy, łapiąc Albusa za ramię. – Znajdziemy lepsze zejście i ci pomożemy. Nie rób nic na razie!
Rose jednak nie była by sobą, gdyby chociaż raz posłuchała dobrej rady przyjaciółki. Ruszyła bardzo ostrożnie po błocie, uważając, aby się nie poślizgnąć. Żałosne zwierzęce piski były co raz głośniejsze. A dziwna zmiennokształtna chmura zakotłowała się gwałtownie. Rose była zdeterminowana uratować to tak strasznie cierpiące stworzonko. Nagle noga utknęła jej w grząskim błocie. Dziewczyna szarpnęła się mocniej. Stopa wyrwała się z grząskiej pułapki z głośnym cmoknięciem. Niestety ceną za wolność był jej śliczny nowy but. Uwiązł on gdzieś głęboko i Rose brzydziła się po niego sięgnąć. Stała chwilę nad znikającym w błocie śladem po swojej stopie i zastanawiała się czy powinna zapłakać z żalu. Z rozmyślań wyrwał ją pisk. Rój, który widziała z daleka, teraz był zupełnie blisko.
-        Rose! – usłyszała za sobą głos Albusa. – Nie podchodź to…
-        O nie… - wydusiła Rose, zatrzymując się i wytrzeszczając oczy z przerażenia. – Chochliki….
Rój zawisł w powietrzu, wpatrując się w dziewczynę tysiącem czarnych paciorkowatych, złych oczu. Na ucieczkę było za późno. Rzuciły się na Rose, a ona wrzeszcząc i wymachując rękami jak opętana, rzuciła się do ucieczki. Chochliki czepiały się jej ubrania, ciągnęły za włosy i gryzły maleńkimi ząbkami w łydki.
Darcy już biegła jej na pomoc, ale bez różdżki w ogóle nie wiedziała, co powinna zrobić. Na nieszczęście chochliki zobaczył także ją i rzuciły się w jej stronę, diablo ucieszone.
-        Na ziemię!- ryknął nagle Albus, a dziewczęta, niewiele myślą, padły w błoto.
Albus, wytężając całą swoją siłę, podniósł długą gałąź zakończoną miotłą z suchych liści. Aż powietrze świsnęło, gdy machnął nią nad głowami leżących dziewczyn, zmiatając chochliki niczym kurz. Stworzonka z głośnym warkotem, przestraszone tak nagłym i niespodziewanym kontratakiem, czmychnęły w głąb lasu.
-        Rose jesteś cała? – zawołała przerażona Darcy, dopadając do przyjaciółki.
-        W jednym kawałku, ale chyba mama powinna mnie obejrzeć – wydyszała Rose, oglądając swoje poranione kolana i podrapane ręce.
Albus w tym czasie podszedł do miejsca, gdzie chochliki wcześniej się roiły. W zagłębieniu w ziemi, między gęstymi paprociami kuliło się coś wściekle rudego i pasiastego. Dziewczynki też się zbliżyły, aby zobaczyć, jakie stworzenie uratowali. Gdy tylko Rose się zorientowała co to jest, wydała z siebie okrzyk radości.


Amber i James dawno już zapomnieli, że się bawili w podchody. Leżeli na zalanej słońcem łące i rozmawiali. James bawił się włosami Amber a ona plotła mu wianek z rumianków i koniczyny.
-        Od dawna chciałam grać w quidditch – paplała Amber, a James, zahipnotyzowany upałem i zapachem rozgrzanej łąki, kiwał tylko głową. – Byłam kiedyś z tatą na meczu Harpii i widziałam, jak one latały. Jade mi powiedziała, że one są bardzo sławne i ludzie kochają na nie patrzeć. Nawet jedną pokazała mi w gazecie.
-        Mhm….
-        Nawet pisali o takiej jednej wysokiej blondynce z Harpii. Pamiętasz?
-        Hmmm….
-        Wyszła za jakiegoś bogatego czarodzieja i na ich ślubie było wielu reporterów. Miała taką śliczną suknię z kwiatkami ze złota…
Amber zawiesiła głos i zamyśliła się, zapatrując w błękitne niebo nad sobą. Przez jedną chwilę przypomniała sobie o kuzynce i reszcie, która łaziła teraz po lesie i szukała ich, ale momentalnie uznała, że nie powinna się tym przejmować.
-        Amethyst mówiła, że się nie nadaję na gracza quidditcha, bo nie mam tego w sercu. Uważam, że ona jest głupia i zazdrosna. Obie jesteśmy w drużynie i nawet raz udało nam się ich pokonać. Kiedyś powiedziała, że możemy razem potrenować, ale przecież nie będę się zadawać z tym… tym czymś.
-        To ta siostra Emerald?
-        Tak. Jest absolutnie okropna. Jade mówi, że nie powinnam się z nią zadawać.
-        Ja też jej nie lubię.
-        To dobrze – pochwaliła go, obdarzając ładnym uśmiechem.
Jamesowi najbardziej na świecie zależało, aby ona była z niego zadowolona. Chciał, aby zawsze się do niego uśmiechała i chwaliła. To było naprawdę dziwne uczucie i pierwszy raz tak się czuł. Wiedział, że naprawdę się zakochał. Mama czasem z niego żartowała, że to tylko pierwsza miłość, że jest jeszcze dzieckiem i wiele w jego życiu się jeszcze zdarzy.
Ale jak mogłoby się coś potoczyć inaczej, myślał James, patrząc na usta Amber. Mówiła bez przerwy, nie zważając, że on jej nie słucha. Planował sobie już jak to będzie z nim i Amber. Pierwsza, czy nie pierwsza miłość, James był pewny, że nic już w jego życiu w tej kwestii się nie zmieni. Mama nie miała racji, w ogóle nie znała się na chłopcach, mimo, że miała tylu braci.
James nie miał pojęcia, co czekało go w przyszłości.


Ron wygodnie rozsiadł się na ganku, zarzucając nogi na balustradę. Chciał zapalić, ale wiedział, że był uważnie obserwowany przez żonę. Spojrzał tęsknie na paczkę, leżącą na stole, ale nie ruszył w jej stronę. Harry usiadł obok niego i podał mu butelkę piwa. Ginny i Hermiona żegnały się z Fleur i Billem, którzy razem z dzieciakami zbierali się już do domu. Bill miał złe przeczucie, że Victorie, która została w domu z powodu bólu głowy, jednak wcale nie czuła się źle, tylko chciała mieć wolną chatę.
Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie za płotem od strony lasu. Wracały dzieci. Hermiona gdy zobaczyła córkę, krzyknęła z przerażenia. Darcy i Albus wyglądali tylko trochę lepiej od niej. Wszyscy troje byli oblepieni błotem i podrapani. Kolana Rose krwawiły, chociaż dziewczynka wcale nie wyglądała, jakby to ją obchodziło. W ramionach dźwigała coś włochatego i także oblepionego błotem.
Matki rzuciły się w stronę dzieci, aby upewnić się, że nic poważnego im się nie stało. Nie było żadnych złamań, ani ran, więc najpierw uznały, że należy je porządnie oczyścić, a potem zacząć leczyć. Rose opierała się, nie chcąc wypuścić tego, co trzymała w objęciach. W końcu zaintrygowany Ron wstał i podszedł do córki.
Aż jęknął, gdy zobaczył co takiego starała się ochronić.
-        Zaatakowały go chochliki – wyjaśniła, podnosząc na ojca oczy.
Rude, włochate kociątko miauknęło głośno. Całe się trzęsło i wyglądało żałośnie, aczkolwiek Ron doskonale znał takie spojrzenie. Koty, którzy szczerze nienawidził, umiały wyglądać słodko, kiedy tylko chciały. Doskonale znał wszystkie kocie triki. Aż go ciarki przeszły, gdy przypomniał sobie rudą kocią bestię Hermiony, z którą musiał mieszkać.
-        Mogę go zatrzymać? – zapytała Rose, błagalnie. – Nigdy nie miałam zwierzątka, a on jest taki śliczny… Będę się nim opiekować i dbać o niego.
-        Możesz, kochanie – wydusił z siebie w końcu Ron, krzywiąc się tak, jakby bolały go te słowa.
Za plecami córki widział Hermionę, uśmiechając się przepraszająco.


Na obrzeżach Edynburga znajdował się stary, opuszczony dawno magazyn, oblepiony z każdej strony plakatami, że miejsce to groziło zawaleniem. Mieszkańcy okolicznych domów, chociaż nie było ich wielu, unikali go, doskonale wiedząc, że konstrukcja jest naprawdę stara i przeżarta przez rdzę. Niektórzy mówili, że chyba magia musi trzymać to waszystko razem i strzec przed zawaleniem.
Nie wiedzieli, że wcale się nie mylili.
Dochodziła północ. Światło księżyca wpadało przez dziurawy dach i oświetlało halę. Na dawnym podwyższeniu, gdzie kiedyś stały maszyny, teraz znajdowało się pojedyncze krzesło, zajmowane przez kobietę w czerni.
Wysoki mężczyzna o brzydkiej, niezdrowo wyglądającej cerze, klęknął, pochylając głowę.
-        Ani śladu, Manteion – powiedział, starając się nie patrzeć na siedzącą przed nim kobietę.
Lekki grymas przebiegł po jej twarzy, ale od razu udało jej się uspokoić.
-        Szukajcie dalej – rozkazała, wstając. – To jedyne miejsce, gdzie mogła ją ukryć. Nie wierzę, że jest na tyle mądra, aby nas przechytrzyć.
Kobieta wstała i zaczęła przechadzać się dookoła krzesło nerwowo. Czarny płaszcz, którym była otulona od stóp do głów, ciągnął się za nią po ziemi. Mężczyzna wyraźnie miał dość klęczenia. Kolana zaczęły mu drżeć, ale nie ryzykował wstawania.
-        Musieliśmy coś przegapić – powiedziała w końcu, zatrzymując się gwałtownie. Zadarła głowę i spojrzała na widoczny przez dziurę w dachu księżyc. Głęboki kaptur zsunął się jej z głowy. Na ramiona i plecy wyślizgnęły się luźno spięte loki koloru księżycowego światła. Kobieta była młoda, więc nie mogły być to siwe włosy.
-        Jeżeli pozwolisz – odezwał się klęczący mężczyzna, zbolałym głosem. – Udam się na dalsze poszukiwania.

Ocknęła się, jakby przypominając sobie, że on nadal jest z nią w pomieszczeniu. Skinęła głową, patrząc nadal na księżyc. 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Bonusik po Wielkanocy

Dziękuję za motywujące komentarze. Zawsze się wzruszam, gdy dziękujecie mi za to, że pisałam opowiadanie. To naprawdę nic takiego. Robiłam to, bo kochałam to robić. I nadal kocham!
Nie udało mi się naskrobać wiele, bo tylko taki mały bonusik i pół przyszłego rozdziału, który chciałabym opublikować jakoś za tydzień, jeżeli mój promotor mnie wcześniej nie dopadnie i nie zje. Wybaczcie, że bonus spóźniony, ale mam nadzieje, że miło się będzie go czytało. 
Pozdrawiam, 
Wasza Astal



Co tu dużo mówić, James wcale nie czekał na Wielkanoc. Siedział zamknięty w domu jak w klatce i nie mógł nawet wyjść do ogrodu, żeby Lily nie podniosła jazgotu. Do tego były to pierwsze święta od śmierci ojca. Jego żona bardzo się starała podnieść do na duchu, przyozdabiając cały dom w zajączki i kaczuszki, które mimo że były rozkosznie słodkie, to jednak nie rekompensowały niczego. To po prostu nie było to. Nie te święta, nie ten dom, nie te potrawy. Nie ważne do robiłaby Lily, nie znała zwyczajów panujących w domu Potterów i nie umiała odtworzyć tej atmosfery, za którą tęsknił James.
Z resztą, Lily była w piątym miesiącu ciąży i nie mogła się przemęczać. Oprócz tego, że była w błogosławionym stanie, była też w stanie wiecznej złości. Bywały dni, kiedy złościło ją absolutnie wszystko i Jim musiał chodzić po domu na palcach, aby nie usłyszała go i nie zrobiła mu awantury o pierwszą, lepszą rzecz.
Wielkanoc była już jutro, a James wcale nie czuł się świątecznie ani trochę. Siedział na kanapie w salonie na dole i gapił się w okno. Słońce niedługo miało zajść i szykowała się kolejna trudna noc z Lily. Odkąd była większa, Jim czuł, że powoli brakuje dla niego miejsca w jego własnym łóżku, które na w łasnych plechach wtargał na piętro.
-        Co robisz? – z zamyślenia wyrwał Jamesa głos Lily. Stała na podeście schodów i patrzyła na niego uważnie.
-        Nic – burknął. – Od dawna nic nie robię.
Lily zeszła kilka schodów i już chciała coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Jim spojrzał na nią, ale ona tylko wykonała ruch ponaglający głową w stronę przedpokoju. Zerwał się i dopadł do drzwi. Na wycieraczce stały dwie osoby i szczerzyły się do niego, upiornie zniekształcone przez wizjer.
-        No otwieraj, pawianie! – zawołał Syriusz, waląc pięścią w drzwi.
-        Wielkanocny zajączek przyszedł! – zaświergotał, stojący obok Remus.
James otworzył drzwi i wciągnął do środka obu przyjaciół. Zgniótł ich w niedźwiedzim uścisku.
-        Pachniecie tak wspaniale – powiedział, wdychając zapach piwa.
-        Puszczaj, zboczeńcu.
-        Lily! –zawołał uradowany Remus, wyplątując się z ramion Rogacza. – Tak dawno się nie widzieliśmy.
-        Właśnie – zachichotał Syriusz, taksując ją wzrokiem. – Trochę ci się przytyło, co?
-        Jestem w ciąży, półmózgu – powiedziała chłodno Lily, zaplatając ręce na pękatym brzuchu. \
-        Jesteś pewna, że w ciąży? – zapytał Syriusz, udając zaniepokojenie. – Wygląda jakbyś połknęła arbuza w całości.
-        Idę na górę – oświadczyła Lily, odwracając się na pięcie i ruszając w górę schodów. – Macie być cicho, bo was podpalę.
-        To straszne, że takie fajne rzeczy, prowadzą do ciąży – oświadczył filozoficznie Syriusz, zanim Lily zniknęła z pola widzenia. Udała jednak, że tego nie słyszała.
Trzej przyjaciele udali się do kuchni i zasiedli za stołem.
-        Co będziemy robić? – zaciekawił się James, bo tamci dwaj mięli bardzo tajemnicze miny.
Remus, uśmiechając się szeroko postawił na stole wiklinowy kosz. Jim wlepił w niego oczy, a potem spojrzał z wyrzutem na przyjaciół.
-        No bez jaj – powiedział.
-        No właśnie, że z jajami! – zawołał uradowany Syriusz, sięgając i wyjmując z koszyka foremne, białe kurze jajko. – Będziemy je malować, jak nakazuje tradycja.
-        Kto na to wpadł?
-        Remus, bo ja jestem za bardzo pijany.
-        Nienawidzę was.
Pomimo pierwszych oporów, zabawa podczas malowania jajek okazała się całkiem udana. Siedząca w sypialni Lily odetchnęła z ulgą, słysząc ich zadowolone głosy i wybuchy śmiechu. Już miała serdecznie dość Jamesa, który jak cień snuł się po domu i patrzył na nią w wyrzutem. Nie mogła poradzić nic na to, co działo się z nimi. Czuła się bezsilna i zła, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że nie może pozwolić Jamesowi na jakiekolwiek opuszczanie domu. Wiedziała, że to spowoduje, że będzie ją traktował jak strażnika więziennego, ale nie dbała o to. Wolała, aby był obrażony, niż martwy. W końcu jednak skończyła jej się cierpliwość i zaczęła na niego krzyczeć. Nie pojmował tego, że ona robiła to dla jego dobra, a nie na złość. Widział tylko tyle, że ona przerymuje go w domu, a nie dba o jego bezpieczeństwo.
Tak więc została zmuszona do wezwania posiłków. Oczywiście wymusiła na obu przyjaciołach przysięgę, że nie będą wprowadzać Jamesa w szczegóły akcji Zakonu. Remus, kochany i dobry Remus, zaproponował coś głupiego, aby odciągnąć uwagę Jamesa od negatywnych myśli.
Tak właśnie doszło do malowania jajek tuż przed Wielkanocą.
Trzej dorośli mężczyźni mieli kupę frajdy podczas tego zajęcia. Gdy Lily w końcu zdecydowała się do nich dołączyć, okazało się, że pomalowali prawie cały kosz jajek. Zdecydowali się na manualne malowanie, a że nigdy nie byli w pracach plastycznych dobrzy, to byli dosłownie cali ubabrani farbkami. Mieli plamy na ubraniach, rękach, twarzach spodniach a nawet na włosach. Jednak nie to było ważne, a fakt, że śmiali się od ucha do ucha.
-        Jak wam idzie? – zapytała pochylając się i zaglądając mężowi przez ramię. – Matko kochana co to jest?!
-        To? To Dumbledore. Niepodobny?
-        Nawet trochę.
-        Patrz Lil, ja zrobiłem sowę.
-        Jeżeli uważasz, że to sowa…
-        Remus robi jajka w kwiatki. Prawda, że to wsiowe?
Lily spojrzała na pisanki leżące w koszyku. Nie trudno dało się domyślić, że te najmniej koślawe wyszły spod ręki Remusa. Ich kolory były ładne i nie tak pstrokate, jak te które dobierali Jim i Syriusz. Oprócz nich były też takie, które miały przedstawiać różne znane autorom osoby, ale projekt pisanki przekraczał jednak zdolności. Lily mogła się tylko domyślać co one przedstawiają.
W końcu Syriusz spojrzał na nią, jakby coś mu nagle przyszło do głowy.
-        Lil, wiesz co?
-        Hmm?
-        Ta ciąża ma jednak swoje dobre strony, wiesz? – ucieszył się, przerywając malowanie i analizując jej postać dokładnie. – Cycki ci urosły. A już się bałem, że zawsze będziesz wyglądać jak jedenastoletni chłopiec.
Reszta towarzystwa zamarła, nie wiedząc, co bezpieczniejsze jest zrobić – czy się roześmiać, czy zacząć modlić o duszę przyjaciela. Lily niewiele myśląc, złapała jedno z jajek i rozwaliła je na głowie Blacka. Jakież było jej zdziwienie, gdy zamiast uderzyć go, jajko rozpłynęło się po jego głowie.
-        Nie ugotowaliście ich na twardo?
-        A trzeba? – zapytali chórem, autentycznie zdziwieni.
Lily przejechała dłońmi po twarzy.
-        Oczywiście, że trzeba, kretyni!
Rewelacja ta jakoś nie poruszyła Huncwotów. Owszem, przyjęli ją do wiadomości, ale uznali, że to za dużo zachodu, jak dla kilku kurzych jajek. W milczeniu postanowili zignorować, to co mówiła Lily.
-        Skarbie jesteś dla nas za wymagająca – fuknął James, zabierając się do malowania kolejnego jajka. Tym razem było ono w kolorach Gryffindoru.
-        Jesteście beznadziejni – westchnęła Lily, po czym zasiadła za stołem i wzięła ostatnie czyste jajko oraz pędzel.
-        Ej a ja to co?! – zawołał oburzony Syriusz, który stał przy zlewie i próbował wyczyścić włosy z żółtka. – Żądam satysfakcji!

-        Hej, na mnie nie patrz. Ja jestem w ciąży – spokojnie odparła Lily, nie przerywając malowania. – Mi wszystko wolno. 

czwartek, 27 marca 2014

Ogłoszenie

Pytacie mnie, kiedy będzie nowy rozdział, a ja nie umiem odpowiedzieć. Wiem, że dużo czasu upłynęło od ostatniego. Problem tkwi w tym, że jestem zmęczona. W całym moim życiu nie byłam tak zmęczona, jak jestem obecnie.
To jest jedyna stała rzecz w moim życiu od lutego.
Mam nadzieję, że zrozumiecie i poczekacie jeszcze trochę.
Chciałam dla Was coś napisać, nawet nie cały rozdział, ale jakiś bonus, jednak przez to, że jestem zawalona szkołą i pracą, nie mam nawet chwili się zastanowić co pisać. Może ktoś z Was ma jakiś pomysł? Chętnie skorzystam z czyjegoś mózgu, skoro mój się tymczasowo nie nadaje.
Przestaję powoli chcieć mieć tytuł magistra.
Wasza, zawinięta w koc i smutna,
Astal

czwartek, 13 lutego 2014

Rodział Dwudziesty, w którym różne osoby pakują się w kłopoty.

Jestem paskudna, wiem. Dałam spojler następnego rozdziału a tu tego fragmentu nie ma! Prawda jest taka, że mam ferie (2 tygodnie, bo zaliczyłam absolutnie wszystko!) i dużo czasu do wymyślania, więc wpadłam na ten pomysł. Fragment ujawniony będzie w następnym rozdziale. Dziś spojrzymy na ludzi, którym do tej pory poświęcałam mniej czasu.
Wasza,
Astal



 Chichot za plecami. Złowrogie spojrzenia. Malutkie złośliwości. Amber nie przywykła do tego. Nie miała pojęcia czym sobie na to zasłużyła. Rozumiała, że jej kuzynek ktoś może nie lubić, w końcu Emerald, Sapphire czy Amethyst były dość dziwaczne, ale dlaczego ktoś robił przykrość jej?
Zajrzała do torby jeszcze raz i zagryzła wargi. Cała była pełna błota. Zostawiła ją tylko na chwilę na ławie obok stołu i odeszła, aby przywitać się z Jamesem. Gdy wróciła zauważyła, że wszyscy patrzą się na nią i próbują ukrywać złośliwe uśmiechy. Amber nie miała przyjaciółek wśród dziewcząt w szkole, więc nie miała nawet nikomu powierzyć swoich rzeczy na chwilę do przypilnowania.
Podniosła głowę i rozejrzała się. To stało się nie pierwszy raz. Tydzień temu ktoś wylał jej atrament na głowę, gdy przechodziła przez dziedziniec. Wtedy pobiegła na skargę do Jamesa, a on zrobił z tego wielka sprawę. Od tego czasu złośliwości zamiast ustać, nasiliły się. Gdy szła przez korytarz, nagle rozkleił jej się but, a potem ktoś upaprał jej miotłę czymś co przypominało masę kajmakową. Nigdy nie zniszczono jej nic cennego, nigdy też jej nie zraniono. Przysporzono jej tylko masę sprzątania. Od tej chwili nic już nikomu nie mówiła.
Siadła spokojnie i zabrała się za jedzenie. Bardzo starała się uspokoić i nie dać po sobie poznać, że cokolwiek obchodzi ją zepsuta torba. Nie miała pojęcia, co zrobić ze zniszczonymi podręcznikami i piórnikiem. Siostrze też nie mogła powiedzieć, bo domyślała się, że Jade zrobiłaby wielką awanturę na cały zamek.
Gdy skończyła posiłek, w sumie była tak zdenerwowana, że nie mogła przełknąć za dużo, udała się do dormitorium, rezygnując z popołudniowych zajęć. Koleżanki z klasy odprowadzały ją pogardliwymi spojrzeniami.
W łazience Amber wywaliła zawartość torby na podłogę i zaczęła cicho chlipać.
Nawet nie domyślała się, że wszystkie te ataki były reakcją na jej wcześniejsze zachowanie. Po wygraniu przez Hufflepuff pucharu quidditcha Amber, spuchnięta z dumy, nie mogła się powstrzymać od chwalenia się na głos, jak to jej zagranie przysporzyło drużynie najwięcej punktów. Miała rację, bo grała wtedy świetnie. Tylko czy kogoś to obchodziło? Amber nie miała pojęcia, że fakt, iż jej życie było idealne mógł nie podobać się pozostałym uczniom. Koleżanki z dormitorium miały powoli dość jej świetnego humoru i zabawnych anegdot o Jamesie i jego kolegach. Z początku naprawdę je bawiły, ale potem, gdy zachęcona ich uwagą Amber opowiadała dalej, zaczęły im działać na nerwy. W końcu zaczęły ją ignorować, aby trochę jej przytrzeć nosa. Dziewczyna zamiast pokornie przeczekać tą sytuację, zaczęła pozwalać sobie na złośliwe uwagi. To, co zwykle koleżanki zbywały śmiechem, teraz zaczęły traktować, jak śmiertelne obrazy.
Nadmiar złego Robin nada boczył się na nią, że zgodziła się zostać dziewczyną Jamesa i nie odzywał się do niej od kilku tygodni.
Gdyby Amber była starsza może zrozumiałaby, że ludzie po prostu jej zazdroszczą. Gdyby była milsza, nie mieliby jej sukcesów za złe, ale Amber nigdy nie należała do najskromniejszych czy też najsympatyczniejszych. Nikt nigdy nie uczył jej tego. Dorastała w przekonaniu, że wszystko jej się należy i nie musi za nic przepraszać.
Chwilę trwało nim pozbierała się. W końcu wyjęła różdżkę i zajęła się naprawianiem książek. Na szczęście skończyła, zanim koleżanki wróciły z popołudniowych zajęć. Gdy weszły do pokoju, zastały ją leżącą na łóżku i przeglądającą najnowszy numer Czarodziejskiej Nastolatki. Pogardliwie wydymając usta przeszły obok niej, nie zaszczycając jej dłuższym spojrzeniem.
Amber spojrzała na wiszący na ścianie kalendarz. Do końca roku szkolnego pozostało trzy tygodnie.


-        Już po egzaminach?
Amber podniosła głowę i ujrzała Jamesa, który właśnie dosiadł się do niej.
-        Prawie – odpowiedziała, odkładając książkę na stół.- Została mi jeszcze tylko historia. A ty już?
-        Dziś mam eliksiry, a jutro zaklęcia. Już dziś nie chce mi się uczyć. Więcej i tak nie wcisnę do głowy – zażartował Jim, pukając się w czoło knykciami.
-        A Chris?
-        Hm… - James uśmiechnął się złośliwie, wskazując głową na stół gryfonów. Thoper siedział pochylony nisko nad stertą poplamionych i pomiętych kartek. – W ostatniej chwili nadrabia zaległości z całego roku.
Amber uśmiechnęła się bez humoru i wróciła do książki. James zdziwił się jej brakiem entuzjazmu. Zwykle uwielbiała żartować z nim, szczególnie, gdy tematem był Thoper. Oczekiwał na zwyczajny dla niej wybuch radości, ale ona dziś wyglądała jakoś nieswojo.
-        Coś nie tak? – zapytał, szturchając ją palcem w ramię.
Machnęła ręką odpędzając go, niczym natrętną muchę. Cofnął się, zaskoczony i trochę urażony.
-        Stresują mnie te egzaminy – bąknęła Amber, sama zdziwiona swoim zachowaniem. Musiała skłamać, bo nie chciała, aby Jim wiedział, że sobie z czymś nie radzi. – Mało spałam.
James kiwnął głową na znak, że rozumie. Chwilę siedział cicho, całkowicie nieświadomy, że Amber cały czas jest napięta i zastanawia się czy nadal wszyscy złośliwcy, którzy dokuczali jej od dłuższego czasu, obserwują ich teraz. Ostatnio bała się nawet wyjść z dormitorium by nie narazić się nikomu. Idąc korytarzem rozglądała się czujnie dookoła. Taka stała czujność sprawiła, że nie mogła się skoncentrować i egzaminy nie poszły jej tak dobrze, jak w poprzednich latach. Straciła też humor i wcale nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Próbowała to ukrywać przed Jamesem i Jade. Na razie wierzyli w jej wymówki.
-        Eeeej – odezwał się w końcu James, patrząc na nią niepewnie. – Nie chciałabyś wpaść do mnie w wakacje? Mama często robi grilla i…
-        Oczywiście! – wykrzyknęła Amber, zachwycona. To było jak światełko nadziei w ciemnym tunelu tegorocznych wakacji. To było coś, co mogło poprawić jej parszywy nastój, w jakim teraz była.  Ponad to od dawna chciała poznać rodziców Jamesa. Fakt, że ją zapraszał do siebie znaczyło, iż traktuje ją poważnie. A to bardzo dla niej było ważne.
Rozpromieniła się, a Jim pokraśniał z dumy. Już od dawna nosił się z zamiarem zaproszenia jej, ale trochę się wstydził. W końcu taka akcja z przestawianiem dziewczyny rodzicom, musiała być przeprowadzona w odpowiednim czasie i w odpowiednich warunkach.


Carlisle nigdy nie był najbardziej pewny siebie i przebojowy. Nigdy nie lubił się wyróżniać i zwykle siedział cicho, gdy w klasie nawiązywała się dyskusja. Bardziej żywy stawał się przy przyjaciołach, chociaż i tak nie dorównywał im energią życiową. Z resztą nie miał też tego w genach. Zarówno jego matka, jak i siostry były osobami niezwykle łagodnymi. W ich domu nigdy nikt niepotrzebnie nie podnosił głosu, a wszędzie panowała relaksująca cisza.
Egzaminy zawsze go stresowały a to sprawiało, że źle się czuł. Problemów dostarczała także pogoda. Wiosna w tym roku była wyjątkowo ciepła, a to też pogarszało jego samopoczucie. Carlisle zdecydowanie wolał chłód zimy, który uspokajał go i sprawiał, że czuł się lepiej. Siostry, gdy tylko mogły, chodziły za nim krok w krok, męcząc go o to czy bierze lekarstwa.
Zdenerwowany i zmęczony zaszył się w bibliotece i zajął powtarzaniem materiału do egzaminu z zaklęć. Tu zawsze odpoczywał i miał zwykle gwarancję, że nikt nie będzie mu przeszkadzał, bo ludzie, którym nie zależało na nauce, przychodzili tu tylko w ostateczności.
Nagrzana przez wiosenne słońce wpadające przez wysokie okna sala biblioteczna była przyjemna i cicha. Dookoła pachniało kurzem, a on lubił ten zapach. Między regałami kręciło się tylko kilka osób. Rozmawiali hipnotyzującym szeptem.
Pochłonięty nauką Carl, stracił w końcu rachubę czasu. Nie zauważył, że za oknami zrobiło się już ciemno.
Ocknął się dopiero wtedy, kiedy bibliotekarz zawołał, że za kilka minut biblioteka będzie zamknięta. Carl wstał gwałtownie, ale zaraz usiadł, bo robiło mu się słabo.
-        Wszystko w porządku? – zapytał bibliotekarz, podchodząc do niego i kładąc mu rękę na ramieniu.
-        Tak… tak… - wybełkotał Carl, czując, że zaciśnięte na brzegu blatu stołu ręce, zaczynają mu się trząść. – Zakręciło mi się w głowie.
-        Nie ma co się tak stresować egzaminami – pocieszył go bibliotekarz, mylnie odczytując sygnały. – Zmiataj do swojego dormitorium. Musisz się pewnie wyspać przed jutrem.
Carl wstał i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia, ściskając w objęciach książki i notatki. Serce waliło mu tak mocno, że słyszał szum krwi w uszach. Na plecach czuł zimny pot. Od dawna już tego nie czuł, bo pilnował się, aby brać lekarstwa o ustalonych porach. Jego całe dnie były nierozerwalnie związane z patrzeniem na zegarek.
Nie uszedł daleko od biblioteki, gdy zaczęło mu ciemnieć w oczach. Już nie potrafił się uspokoić, panika ogarnęła go całego. Zaczynał oddychać, co raz ciężej i ciężej. Przesunął językiem po górnych zębach, ale nic nie wyczuł, więc miał jeszcze trochę czasu. Nie dużo, ale zawsze była jakaś szansa, że mógł dotrzeć do dormitorium. Jego nogi zdawały się być zrobione z ołowiu, bo podnoszenie ich zaczęło sprawiać mu trudność.
W pewnej chwili tak mocno zakręciło mu się w głowie, że musiał przystanąć i oprzeć się o ścianę. Oddychał głęboko i powtarzał sobie, że przecież za chwilę to wszystko się skończy.
Dojście do wieży Gryffindoru wymagało od niego tytanicznego wysiłku, ale w końcu udało mu się. Po drodze musiał jeszcze kilka razy przystawać. Na szczęście nikogo nie spotkał, więc nie musiał się tłumaczyć, co mu jest.
-        Hasło? – zapytała Gruba Dama.
Carlisle oparł się o ramę obrazu i dyszał głośno. W panice uświadomił sobie, że nie pamięta hasła. Miał pustkę w głowie.
-        Tu jesteś Carly! – usłyszał za sobą znajomy głos. Poczuł ogromną ulgę. To był Thoper. Podszedł do niego i w lot zorientował się, o co chodzi. Zaklął głośno, zerknąwszy na zegarek. – Godzina po czasie.
-        Pomóż – wydyszał Carl, trzęsąc się niekontrolowanie.
Chris złapał książki przyjaciela, a jego samego objął ramieniem i wepchnął przez dziurę za obrazem.
-        Postaraj się na chwilkę opanować – powiedział półgębkiem Thoper, idąc szybko przez pokój wspólny. – Zaraz będziemy na miejscu.
Carl w ogóle nic nie widział. Ledwo słyszał przyjaciela, bo każdy odgłos dudnił mu w uszach niczym uderzenie pioruna. Przemknęli przez pokój wspólny na szczęście pozostając niezauważeni wśród wieczornego gwaru. Gdy dostali się do dormitorium, na szczęście pustego, Chris cisnął książki na ziemię, a Carla pchnął na jego łóżko.
Orientując się, że już jest w bezpiecznym miejscu Carlisle zaczął wyć dziko i zwijać się z bólu. Thoper klnąc paskudnie rzucił się do szafki nocnej przyjaciela i wyciągnął pudło z lekami.
-        Możesz mówić? – zapytał z paniką w głosie, odwracając się do przyjaciela.
Niestety, Carl go nie słyszał. Zwinął się w kłębek i cały się trząsł. Zacisnął konwulsyjnie pięści na kołdrze, tak mocno, że zbielały mu knykcie. Chris, który był obecny przy pierwszym ataku Carla w szkole, wiedział, że nie ma wiele czasu. Nigdy, ale to nigdy nie chciał już widzieć przyjaciela w takim sanie. Zerwał się z kolan i pobiegł do drzwi. Wychylił się i ujrzał na dole Jamesa, siedzącego na kanapie i udającego, że się uczy.
-        Jiiiim – zawołał, siląc się na spokojny ton, chociaż miał ochotę panikować i krzyczeć histerycznie. – Skocz tu do mnie na górę.
James przybiegł, bo zorientował się po minie przyjaciela, że coś jest nie tak.
-        Atak? – zapytał, domyślając się, a Thoper potwierdził.
-        Siadaj na nim, bo zaraz będzie za późno!
-        Kartka jest w szafce! Z tyłu!
Jim wskoczył na łóżko i złapał Carla za nadgarstki. Kolanami ścisnął mi łydki. Chris w tym czasie wgrzebał z szuflady kartkę, gdzie zapisana była kolejność lekarstw. Na szczęście jakiś czas temu udało im się przekonać Carla, żeby napisał ją. W prawdzie opierał się na początku, bo nie wierzył, że jeszcze raz zdarzy się, że zapomni lekarstw. Cały czas powtarzał z wielkim przekonaniem, że będzie się pilnować. Być może po prostu nie chciał myśleć, że jeszcze kiedyś mógłby dostać ataku. W końcu jednak zgodził się. Kartka ta przeleżała równo cały rok w jego szufladzie.
-        Pośpiesz się! Nie mogę go utrzymać! Jest silniejszy! – zawołał James, siłując się z Carlem. – Thoper!
James cały się spocił i był czerwony z wysiłku.
-        Nie poganiaj mnie, do jasnej cholery!
Ręce Chrisa trzęsły się, gdy wyjmował z pudełka wszystkie butelki z eliksirami. Owszem, obserwował zawsze Carla, gdy ten je pił, ale przecież nigdy mu w tym nie pomagał. Nie miał pojęcia, czy jeżeli się pomyli, to przyjaciel przypłaci to życiem.
Za plecami usłyszał głośne przekleństwa i odgłos rozdzieranego materiału. Potem nastąpiło głuche uderzenie, a James jęknął. Carl rzucał się, co raz bardziej, a Jim powoli słabł. Koszula, mokra od potu, przykleiła mu się do pleców. Czuł, jak ostre paznokcie Carlisle wbijają mi się w przedramiona, ale wiedział, że mimo to nie może go puścić.
-        Thoper to nie jest śmieszne! On nas zaraz pozabija!
Chris wymawiając na głos to, co napisane było na kartce, podawał eliksiry Carlowi, wlewając je w mu na siłę do ust.
-        Uważaj! – zawołał Jim, ale było za późno.
Carl oswobodził jedną rękę i zamachnął się. Chris nie zdążył się odsunąć i oberwał w policzek. Krew pociekła mu po brodzie. Zasyczał, ale nie przerwał odmierzania leków.
Po najdłuższych dziesięciu minutach w ich życiu, Carl w końcu zwiotczał i przestał się ruszać. Jim wydał z siebie westchnienie ulgi i siadł w nogach łóżka, opierając się jedną z kolumienek.
-        Mam ochotę go zabić – wyznał, leżący na podłodze, Chris. Otarł pot z czoła.
Siedzieli w milczeniu, dysząc ciężko. James przetarł twarz zasłoną łóżka. Wyciągnąwszy ręce przed siebie zobaczył czerwone ślady podrapać na dłoniach. Z niektórych sączyła się krew.
Po jakimś czasie Carl poruszył się, ale już nie konwulsyjnie, tylko spokojne. Cały przód koszuli miał zachlapany eliksirami. Włosy miał mokre od potu i przyklejone do czoła. Pościel dookoła niego była skopana. Otworzył oczy i ujrzał Jamesa, szczerzącego się do niego.
-        Obudził się? – zapytał z podłogi Chris, a James skinął głową. - Wisisz nam kolejną przysługę, dupku.
-        Czuję się, jakby mnie smok wyrzygał – oświadczył Carl, a Jim kopnął go w akcie zemsty.


W końcu rok szkolny się skończył. Uczniowie załadowali wszystko do swoich kufrów, upchnęli zwierzaki do klatek i koszy, a potem ruszyli do powozów, które miały zawieźć ich na peron w Hogsmeade.
Jim, Chris i Carl w szampańskich humorach załadowali się do pociągu. Wszystkich dziwiło, że przez ostatnie dwa tygodnie James i Thoper byli jeszcze bardziej złośliwi dla przyjaciela, a on znosił to z radością. Nikomu nie mieli zamiaru się tłumaczyć. Ich tajemnica była czymś, co zbliżało ich bardziej niż cokolwiek innego.
I tym razem w ich przedziale było głośno i wesoło. Robili więcej zamieszania niż cała reszta pociągu. Znajomi chętnie do nich zaglądali, co wzbudzało nowe wybuchy wesołości.
Pod koniec podróży wszyscy trzej umówili się, że spotkają się niedługo na sławnym już grillu rodziny Potterów. Słysząca to Amber, trochę posmutniała, bo miała nadzieję, że będzie jedynym gościem. Potem okazało się, że nawet Sapphire dostała zaproszenie. Mimo wszystko Amber nie straciła dobrego nastroju. W końcu opuszczała szkołę na całe dwa miesiące i bardzo wierzyła, że jej koleżanki we wrześniu zapomną o wszystkim.
Przysłuchując się trajkotaniu Jamesa i Chrisa, zerknęła na korytarz przez oszklone drzwi. Robin szedł gdzieś w stronę lokomotywy. Zobaczywszy ją, zatrzymał się i wykonał taki ruch, jakby chciał wejść do przedziału, ale zorientował się ona nie jest sama, więc przyśpieszył i zniknął jej z oczu.
Wściekły Robin przecinał się obok idącego powoli korytarzem Scorpiusa Malfoya. Zabijał on czas włócząc się w te i z powrotem. Nie udało mu się znaleźć pustego przedziału tylko dla siebie. Nie chciał siedzieć z obcymi ludźmi, więc nie miał innego wyjścia. cała ta sytuacja sprawiła, że wyglądał na jeszcze bardziej ponurego niż zwykle. Przechodząc obok przedziału, gdzie siedział Albus posłał mu tęskne spojrzenie, ale Potter nie zauważył go, zajęty graniem z Rose i Darcy w karty. Zagapiwszy się, wpadł na idącego korytarzem z naprzeciwka jednego z bliźniaków Weasley. Nie miał pojęcia, którego, bo tak jak reszta szkoły nie umiał ich rozróżnić.
-        Patrz gdzie idziesz – burknął Weasley i poszedł dalej, nie oglądając się nawet i nie chcąc słuchać przeprosin Scorpiusa.
I dobrze, pomyślał Malfoy. I tak by ich nie usłyszał, dupek jeden.
Być może Scorpius nie przepadał za swoim ojcem, ale nie udało mu się całkowicie odciąć od swoich genów. Tak samo, jak Draco, jego syn był dumny i prędzej dałby się pokroić, niż przyznałby się do błędu czy winy.


Louis wzdrygnął się, gdy wpadł na niego ten Malfoy. Nie lubił gościa. Wyglądał, jakby uważał się za lepszego do wszystkich, a przecież był synem parszywego zdrajcy. O tak, Louis doskonale wiedział, kim jest ojciec Scorpiusa. Tak naprawdę to wiedział wszystko o wszystkich. Od kogo? Cóż, matka nigdy nie była najlepsza w trzymaniu języka za zębami. Taka natura, nie jej wina. Cokolwiek ją trapiło, to od razu musiała o tym mówić.
Na szczęście szybko mu Malfoy wyparował z głowy, bo oto na swojej drodze spotkał kolejną osobę, idącą mu naprzeciw. Była o wiele ciekawsza dla oczu, niż jakiś blady ślizgon. Głównie dlatego, że jej spódniczka była interesująco krótka, a włosy miały niesamowite kolory. Znał ją z widzenia, w końcu grała w drużynie gryfonów, ale mieli razem tylko jedne zajęcia i do tego łączone z była to historia, więc Louis nigdy wtedy nie rozglądał się dookoła, zajęty notowaniem. Ponad to, aż do tej pory, dziewczyna ta nie wyróżniała się zbytnio z tłumu. Dopiero od niedawna jej włosy nabrały szalonych barw. Wcześniej, o ile dobrze sobie Louis przypominał, miały nieciekawie mysi kolor. Kolczyki na jej twarzy i w uszach też pojawiały się stopniowo. Ostatnim elementem transformacji dziewczyny była ta spódniczka, która była tylko trochę dłuższa od minimum programowego.
-        Proszę bardzo – powiedział, przylegając do ściany, aby ją przepuścić.
-        Dziękuję, ale muszę zajrzeć też tu – powiedziała Emerald Lennox, wskazując na przedział. – Szukam mojej szalonej rodziny.
-        Niesamowity zbieg okoliczności. Ja także wyruszyłem z taką misją – oświadczył Louis, uśmiechając się czarująco.
Odwzajemniła uśmiech, a on zauważył, że ma zabawny kolczyk w policzku, imitujący dołeczek. Dodawało jej to jeszcze więcej uroku.
-        Mojej rodziny jest dużo, więc zajmie mi to trochę – poinformowała go Emerald, ruszając przed siebie, a Loius, sam nie wiedząc dlaczego, ukłonił jej się dworsko.
-        Loooou! – usłyszał za sobą głos Rose, wychylającej się z otwartych drzwi przedziału.
-        Tak, kuzynko?
-        Co robisz? Nie gap się. Chodź pogramy w karty.
-        Zawsze cię ogrywam, Rosy – westchnął Louis, udając znudzenie.
-        Tym razem ci się nie uda.
Złapała go za rękaw i wciągnęła do przedziału. Nie lubiła tej jego maniery, której ostatnio nabrał. Zachowywał się niczym wielki panicz, odkąd jego dom zdobył puchar w quidditchu. Na szczęście przy niej zaczynał znów zachowywać się normalnie.
Jakiś czas później pojawił się Dominique z informacją, że Victorie gania po całym pociągu, starając się zaprowadzić wszędzie ład. Jako, że był to jej ostatni rok, była bardzo spięta. Chciała być idealnym prefektem aż do samego końca. Gdy jej kuzyni i brat byli w trakcie drugiej rozgrywki w eksplodującego durnia (podczas pierwszej Rose przegrała haniebnie), Victorie przebiegła za szybą z miną nadzorcy więziennego. Chwilę potem rozległ się daleki pisk i pojawił się Jim sprintem przemierzający pociąg w odwrotnym kierunku. Co ciekawe całą głowę miał mokrą. Albus widząc brata tylko westchnął, ale wcale nie miał ochoty się nawet podnosić. Zasługiwał na chociaż jeden wieczór odpoczynku. Świetnie poszły mu egzaminy, nawet lepiej niż Darcy, co w sumie bardzo ją zezłościło i nie odzywała się do niego cały wieczór. Rose też nieźle sobie poradziła na egzaminach, chociaż oblałaby eliksiry, gdyby profesor Adryk nie przymknął oko, na to, że trochę eliksiru wylało jej się na stół i stopiło fragment blatu.
W końcu pociąg dotoczył się na stację w Londynie. Głośna, rozgadana i śmiejąca się fala dzieciaków wylała się na peron i zmieszała z tłumem rodziców i krewnych, oczekujących na nich. Lily zobaczywszy braci rozpędziła się i rzuciła się im na szyje. Zawisła niczym mała małpka i takie same wydawała odgłosy radości.
Zanim James się zorientował, Amber została wessana przez tłum. Nie zdążyli się nawet pożegnać, więc czuł się zawiedziony. Jeszcze w samochodzie, gdy już ojciec wcisną kufry do bagażnika i wszyscy usadowili się w środku, przez szybę wypatrywał Amber na parkingu. Niestety, jej rodzina nie podróżowała w ten sposób. Rodzice zauważyli jego małomówność, ale uznali, że po prostu daje tym razem dojść do głosu Albusowi.
Wieczorem w domu James podszedł do rodziców, gdy siedzieli na kanapie i oglądali wiadomości i odchrząknął znacząco. Spojrzeli na niego pytająco.
-        Chciałbym wiedzieć, czy w tym roku także będziecie urządzać grilla u nas na ogródku?
Ginny potwierdziła skinieniem głowy, ciekawa dalszego ciągu wydarzeń.
-        Czy mógłbym zaprosić kilku gości?
-        Synu, zawsze zapraszasz gości – powiedział Harry, jak zwykle nie wyczuwając powagi sytuacji. - Chodzi o Chrisa i… tego małego, tak?
-        Carla – dopomogła Ginny.
-        Tak. Ich też, ale chce zaprosić też Amber.
-        Amber? – zdziwił się Harry, szybko stając sobie przypomnieć czy której z małych przyjaciół dzieci ma tak na imię. Na szczęście żona przyszła mu z pomocą.
-        Oczywiście będzie nam bardzo miło poznać twoją dziewczynę, Jimbo – uśmiechnęła się i sięgnęła, aby potargać synowi włosy.
Jim rozpromienił się, a potem czmychnął do swojego pokoju. Tam rzucił się na łóżko i zaczął wierzgać z uciechy.

Lato zapowiadało się wprost idealnie. 

środa, 29 stycznia 2014

Leibster Award - czyli przerwa w nauce i potem na egzamin!

 Qlibereg  nominowała mnie do Leibster Award. Jestem zaszczycona i nawet nie wiedziałam o istnieniu czegoś takiego. Postanowiłam odpisać na zadane mi pytania, bo to bardzo miło, że ktoś się mną interesuje. Niestety ja nie mogę nikogo nominować, bo przestałam jakoś ostatnio czytać jakiekolwiek blogi, więc nie mam żadnych do otagownia :C 


Co skłoniło Cię do założenia bloga?
Miałam chyba z 13 albo 14 lat i miałam dość trudny okres w życiu.  W gimnazjum moja przyjaciółka wyładowywała na mnie wszystkie swoje frustracje i wiecznie drwiła z moich kompleksów, a jak jej się kończyły tematy, to mi te kompleksy po prostu stwarzała (głównie dzięki niej do tej pory nie lubię mojego drugiego imienia, z którego ona uwielbiała się śmiać). Odizolowałam się wtedy od niej i jej grupki „fajnych dzieciaków” i odkryłam coś tak cudownego, jak fanfikcje. Jako, że od pierwszego przeczytania pokochałam książki o Harrym Potterze, pomyślałam, że ja też mogłabym coś takiego pisać. To nie była moja pierwsza próba literacka, ale o tym jednak wolę przemilczeć. Brakowało mi więcej informacji na temat miłości Jamesa i Lily. Chciałam wypełnić tą lukę w opowieści własnymi pomysłami. No i tak powstał mój blog, jeszcze na serwisie Onetu. No i tak narodziła się Astal.
Jaka jest Twoja  ulubiona książka/seria?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Nie umiem wybrać, bo gdyby ktoś mnie zmuszał, pokazałabym mu mój regał z książkami (a także pudła z książkami, stosy książek koło łóżka i w łazience). Kocham serie HP, bo dała mi sens życia, dała mi wiele przyjaźni, radości i była początkiem mojego własnego opowiadania. Kocham serię o Geralcie, bo czytając ją pokochałam  fantasy i zrozumiałam, że z tym gatunkiem zwiąże się moje życie na zawsze. Uwielbiam serię o Świecie Dysku, bo książki te były dla mnie jak przyjaciele, których mogłam sobie kupić i rozśmieszały mnie do łez, kiedy miałam bardzo mroczny okres w moim życiu. Abym mogła wskazać ulubioną książkę, musiałabym powycinać z każdej ukochanej jakiś ulubiony fragment i skleić w jedno wielkie tomiszcze.
Jaki jest ulubiony gatunek literacki?
Kocham fantasy całym sercem, całą głową i całą sobą. Pisząc pracę licencjacką zrozumiałam, że resztę mojego życia poświęcę na uzmysłowianie ludziom, że to wcale nie brednie i bajanie, ale głęboko osadzony w kulturze i historii pełnoprawny gatunek. Najbardziej lubię Sword&Socery fantasy ale też nie pogardzę dobrym Low fantasy jeżeli nie jest to tylko bajeczka dla nastolatków, gdzie chodzi tylko o całowanie i wszystkie mity i tradycje całego świata są pogwałcone.
Opisując jakiegoś bohatera (np. wygląd, zachowanie, nawyki), wzorujesz się na kimś czy wymyślasz swoją własną postać?
Cóż i tak, i nie. Nigdy do końca nie zaadaptowałam kogoś mi znanego do jakiegoś opowiadania. Pożyczam jakieś elementy od wszystkich moich znajomych, czy też ludzi spotkanych przypadkowo na ulicy czy w pracy. Słyszałam, że mam dość skrzywiony pogląd na kobiety, więc raczej nie spodziewajcie się u mnie wysokich i smukłych, jako pozytywnych bohaterek, bo sama jestem mała i zaokrąglona. Panowie natomiast mogą mieć blond włosy, czy też słodki pieprzyk pod okiem, dlatego, bo Rh tak wygląda. Jak się na coś długo napatrzę, to potem staje się dla mnie archetypem.
Jaka książka wpłynęła na Ciebie i w jaki sposób?
Jak już wspominałam, kiedy mówiłam o ulubionych książkach, każda z książek tych serii jakoś na mnie wpłynęła. Jednak myślę, że największe wrażenie pozostawiły mi ostatnie książki z serii o HP i o Geralcie. To są dwie pierwsze książki, przy których czytaniu płakałam. Ryczałam jeszcze przy jednej – Żona podróżnika w czasie. Była też jeszcze taka książka, którą czytałam będąc zdecydowanie na nią za młoda, w której pojawiła się scena erotyczna. Chyba była Sparksa, ale nie jestem pewna. Od tego momentu odkryłam, że takie sceny w ogóle istnieją w książkach. Jednak sama unikam ich pisania.
Czy pisząc rozdziały, masz wszystko dokładnie zaplanowane czy działasz spontanicznie?
Z góry mam zwykle jakiś zarys tego, co chce napisać. Czasami w trakcie pisania pojawia się jakaś dzika myśl, którą koniecznie muszę wykorzystać. Nigdy nie piszę jakichś planów czy szkieletów rozdziału. Jak już siadam, to zaczynam pisać i jakoś samo idzie.
Jak długo piszesz jeden rozdział?
Jeżeli mam czas, to się mogę uporać w jeden dzień, chociaż zazwyczaj potrzebuję z tygodnia. Niestety ostatnio zostałam zaskoczona sesją, choć w tym roku pozytywnie jak na razie, więc rozdział piszę się już bardzo, bardzo długo.
Gdybyś przeniosła się na bezludną wyspę , jakiego fikcyjnego bohatera wzięłabyś ze sobą?
Hmm…. O rety, ale pytanie! Myślę, że mój wybór padłby na Daniela Grey’a – bohatera książki Ann Brashares „Nigdy i na zawsze”. Facet żyje od tysiąca lat, więc nie nudziłabym się, gdyby mi coś opowiadał. Do tego gra na każdym możliwym instrumencie, ma talent plastyczny i wielokrotnie zdobywał tytuł lekarza. Domyślam się, że jest dość zaradny i zorganizowałby całe życie na ten bezludnej wyspie. Do tego jest całkiem „niezły”.
Jaka mało znana książka jest warta polecenia?
Cholera nie wiem. Ostatnio wszystkie książki, które czytałam stają się ekranizacjami, więc nie są już tak mało znane. Może „Ałtorka”, którą napisała Cuca Canlas? Śmieszna książka o tym, co się dzieje, kiedy nasze marzenia o miłości idealnej się realizują.
Czy czytasz książki w innych językach?
Jako, że jedyny język, który znam w stopniu wystarczającym, aby coś czytać to angielski, to czasami czytam książki po angielsku. Ostatnio przeczytałam „Ruchomy zamek Howla” dlatego, że nigdzie nie znalazłam polskiego tłumaczenia. No i znalazłam ją w antykwariacie za 11,90.
Napisz spojler następnego rodziału.
Ok. ok, ale tego nie ma wiele i w ogóle work in progress, bo jutro mam bardzo stresujący egzamin i nic nie mogłam pisać od kilku tygodni.
-     Nie podoba mi się ta mała.
Ginny odstawiła tacki z kiełbaskami na stół i spojrzała na Hermonę.
-     Która?
-     Ta blondynka – wyjaśniła Hermona, mrużąc oczy w silnym popołudniowym słońcu. –Skąd ona tu się wzięła?
-     To pierwsza miłość Jamesa. Absolutnie nic nie mów na jej temat, bo Jimbo cię znienawidzi.
-     Trochę przypomina dziewczynę, która dokuczała mi w szkole – odezwała się stojąca obok Luna, patrząc za Hermioną na bawiące się dzieci.

-     Przestańcie – skarciła przyjaciółki Ginny.- Nie wiecie, jaka to presja dla matki, poznać pierwszą miłość swojego dziecka.