poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rozdział Dwunasty, w którym jest dużo Jamesa i latania na miotle.


Niech żyje bardzo długi majowy weekend. Niech żyją wagary z wtorkowych zajęć! Niech żyje wiosna. 
Tak bardzo się cieszę, że spodobał się Wam wielkanocny bonus. Nie wiem, czy kiedyś napiszę coś jeszcze w tej konwencji. Może? Którą parę mam teraz zamienić? Zaproponujcie coś, na kolejny bonus. 
Trochę więcej akcji, trochę zamieszania i duuuużo Jamesa :) Czy ktoś narzeka? Mam nadzieje, że nie. 
Pozdrawiam, 
Astal


James po raz drugi pożyczył miotłę od Louisa i udał się na boisko. Wymknął się cichaczem, kiedy jego przyjaciele byli zajęci robieniem zamieszania w pokoju wspólnym. Cała uwaga Carla była skupiona na przywracaniu stopy Chrisa do normalnego kształtu. Jedyny poinformowany, Albus, śledził go z oddali wzrokiem, modląc się w duchu, aby tym razem nie skończyło się to katastrofą.
Jim przemknął przez zamek i natknął się na Emerald w Sali Wejściowej. Mimo, że Jim wcale nie pragnął teraz towarzystwa, to dziewczyna radośnie szła obok niego opowiadając mu o drużynie i dodając mu otuchy jak tylko umiała. Przez cały czas żuła też gumę i także zaproponowała jedną Jamesowi, ale on odmówił, bo z nerwów nie mógł nic jeść od rana. Pozostałe członkinie zespołu już były na boisku. Kandydatów na szukającego było sporo. James odczekał, aż nadejdzie jego kolej i gdy tylko usłyszał gwizdek wystartował. Tym razem zamiast latać wraz z szukającymi i prezentować swoje umiejętności gry zespołowej, miał za zadanie trzy raz złapać znicza.
Kapitan drużyny stanęła po środku boiska a James zawisł nad nią w powietrzu, wpatrując się w jej dłoń. James pochylił się lekko w przód, kierując rączkę miotły w tę samą stronę. Zmrużył oczy, oczekując. Kapitan otworzyła dłoń, a znicz śmignął w powietrze. Wystrzelił do przodu, po obwodzie koła, robiąc coś w rodzaju korkociągu. Cały czas starał się nie gubić celu z oczu. Znicz śmigał zygzakiem, błyszcząc w słońcu. Pochylił się, przylegając do rączki miotły płasko. Nagle piłka zmieniła gwałtownie trajektorię lotu, a Potter błyskawicznie wykonał kolejny manewr – zanurkował gwałtownie za nim. Kilka sekund później jego ręka zamknęła się dookoła maleńkiej piłeczki. Jego serce łomotało, jak szalone a krew szumiała w uszach, tak głośno, że nic poza tym nie słyszał.
Jasna cholera, pomyślał opadając ku kapitan drużyny. To jest chyba to, do czego zostałem stworzony. Nigdy się tak nie czułem, a przecież bywałem szczęśliwy.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie. Za trzecim razem nawet miał okazję się popisać bardziej niż reszta kandydatów, gdyż znicz odleciał o wiele dalej i Jim musiał po niego zanurkować i trzymając się samymi nogami, złapał go w obie ręce. Gdy wylądował na ziemi, ściskając złotą piłeczkę, podbiegła do niego roześmiana Emerald.
-       Dziewczyny właśnie porównują czasy wszystkich kandydatów, ale mi się wydaje, że byłeś najlepszy – oświadczyła rozpromieniona.
James ostrożnie podszedł do jej entuzjazmu. Starając się nie tracić głowy, zbliżył się do kapitan drużyny, Natalii.
-       Ok., już mam wyniki – odezwała się ona, odwracając się do wszystkich sześciu uczestników przesłuchań. Pochyliła się nad kartką i dźgnęła nią palcem. – Numer cztery?
-       To ja – wykrzyknął Jim.
-       Jesteś w drużynie – oświadczyła z uśmiechem, podnosząc na niego oczy. – Jesteś naszym nowym szukającym, Jamesie Potterze.
Emerald wydała z siebie triumfalny okrzyk i uścisnęła chłopaka. On, jakby w szoku, stał bez ruchu i wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w kapitan drużyny. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę tym razem się udało. Może faktycznie, jego przeznaczeniem było kontynuować rodzinną tradycję?
Po jakimś czasie oprzytomniał i zaczął dziękować Natalii. Następnie pognał do zamku, aby rozgłosić radosną nowinę wszystkim członkom rodziny. Biegnąc, już układał w głowie list do ojca, w którym składał zamówienie na miotłę. Pochłonięty myślami, nie zauważył, że zza zakrętu wyszła jakaś dziewczyna. W ostatniej chwili zdążył wyhamować tuż przed nią, jednak ona zachwiała się, zaskoczona i usiadła z impetem na posadzce. Jim już chciał pomóc jej wstać, ale ona skoczyła na równe nogi, kipiąc ze złości.
-       Ty… ty.. – wydyszała, łypiąc na niego zza potarganej grzywki wielkimi oczami.
To była szukająca ślizgonów. James nie pamiętał jak się nazywała, ale wydawało mu się, że ma jakieś dziwaczne imię, z którego śmiała się reszta szkoły. Pamiętał też, że była ona dziwną osobą, raczej nieprzyjemną z charakteru.
-       Ojej, ale ty jesteś mała – wyrwało się Jamesowi, zupełnie niechcący.
Otworzyła usta, a potem zamknęła je, niczym wyjęta z wody złota rybka. Prawda była taka, że ona naprawdę była drobniutka. Owszem, Jim, mając dwanaście lat był nad wiek wysoki, ale ona ledwo sięgała mu czubkiem głowy do piersi. Chłopaka bardzo rozbawił ten fakt, szczególnie, że ona zawsze zachowywała się niczym wściekły tygrys. Była to postawa zupełnie nieadekwatna dla kogoś, kto był troszeczkę wyższy od goblina. 
Odezwawszy się, Jim od razu zorientował się, że poruszył bardzo delikatny temat. Dziewczyna zrobiła się jeszcze czerwieńsza niż zwykle, a potem odskoczyła od niego, dysząc ze wściekłości.
-       Nie. Jestem. Mała! – wycedziła przez zęby, drżąc z bezsilności i potrząsając głową, tak, aby włosy nie wpadały jej w oczy.
-       Ależ jesteś!
Wiedział, że igra z ogniem, ale ona była zbyt zabawna, aby teraz przestał ją drażnić. Wyciągnął rękę, by zmierzyć gdzie dokładnie mu sięgała, ale ona nagle rzuciła się na niego i ugryzła go w dłoń. Jim wrzasnął, targając ręką, aby się wyswobodzić. Jednak ona była zawzięta, niczym wściekły mały piesek. Zaczęli się szarpać, aż w końcu któreś z nich straciło równowagę i oboje wylądowali na podłodze. Tam, mimo zmiany pozycji, walka trwała nadal. Jim, co prawda zwykle trzymał się zasad dobrego wychowania i nigdy nie bił się z dziewczyną, ale w tym momencie zupełnie stracił głowę. Ślizgonka, ośmielając się go zaatakować, do tego w taki sposób, uraziła głęboko jego męską dumę. Gdy się tak okładali pięściami i kopali na podłodze, przez ich wrzaski dało się słyszeć dwa głosy.
Pierwszy należał do profesora Adryka, który właśnie wszedł do Sali Wejściowej od strony lochów, zapewne wracając ze swojego gabinetu. Drugi zaś był głosem Emerald, która wracała do zamku z boiska. Oboje doskoczyli do bijącej się dwójki i rozdzielili ich.
-       Potter! Lennox! – wydyszał Adryk, łapiąc Jamesa za ramiona, a następnie wlokąc go jak najdalej od dziewczyny. – Co w was wstąpiło, na miłość boską?
-       Ona mnie ugryzła! – poskarżył się James, prezentując wszystkim rękę, a na niej krwawy ślad drobnych ząbków. 
-       On się ze mnie naśmiewał!
-       Powiedziałem, że jesteś mała, to wszystko!
-       Ja nie jestem mała!
-       No przecież jesteś! Moja młodsza siostra jest wyższa od ciebie!
-       Potter, zamilcz! – huknął Adryk, wzmacniając uścisk.
-       Ja ci dam młodszą siostrę – zawyła ślizgonka.
-       Thyssia! – rugnęła Emerald.
-       Co?! – parsknął Jim, zamierając i wybałuszając oczy na obie dziewczyny. – Jak ją nazwałaś? To jak imię kota…
Nauczyciel spojrzał na Jamesa takim wzrokiem, że chłopak momentalnie zamknął usta.
-       To niedopuszczalne, żeby osoby w waszym wieku tak się zachowywały! Do tego jeszcze dziewczyna i chłopak! To… to… to karygodne! Potter! Natychmiast zgłoś się do swojego opiekuna domu i powiedz, co zrobiłeś. Panno Lennox?
Emerald wysztywniła się na baczność, za wszelką cenę starając się zapanować nad ślizgonką. Jimowi, gdy spojrzał na nie, zachciało się śmiać. Eme była wysoka, dorównywała mu wzrostem, a dziewczyna, którą przytrzymywała wydawała się mała, jak dziecko.
-       Tak, panie profesorze?
-       Proszę, upewnij się, że pan Potter dotrze do profesora Longbottoma – warknął Adryk, puszczając Jima i wyciągając ręce po swoją podopieczną. – Ja zajmę się pani siostrą i utnę z nią sobie pogawędkę, przypominając jej, czego nauczyli ją rodzice o zachowaniu damy.
Dziewczyna pisnęła cicho, w słabo widocznych spod grzywki oczach błysnęła rozpacz. Emerald zrobiła smutną minę i pomachała jej dyskretnie. Gdy odgłosy kroków na schodach prowadzących do lochów ucichły, Jim odwrócił się do Emerald.
-       Ty jesteś z tym czymś spokrewniona?! – wysapał, wytrzeszczając na nią oczy. Emerald łypnęła na niego złowrogo, a potem skrzywiła się.
-       Chodź do Longbottoma. Muszę cie tam doholować.
-       Macie to samo nazwisko.
-       Jim, Thyssia to moja młodsza siostra.
-       Na pewno nie jest adoptowana? No nie wiem… od szatana?
-       Jim!
Ruszyli w górę po schodach, a Emerald wydawała się lekko obrażona. Jimowi w głowie się nie mieściło, że taka sympatyczna dziewczyna może być rodziną z kimś takim paskudnym, jak tamta ślizgonka.
-       James… –zaczęła Emerald, gdy zatrzymali się przed pokojem nauczycielskim. – Thyssia… Amethyst…  ona jest bardzo porywcza. Nie bierz na poważnie tego, co ona mówi, dobra?
-       Porywcza? Eme, ona jest agresywna…
-       Ok., ok. może trochę jest. Ona bardzo przejmuje się, gdy ktoś zbija się z jej wzrostu.
-       Ja się nie zbijałem! Wcale nie śmieszą mnie niskie dziewczyny. Ja tylko powiedziałem, to, co jest oczywiste.
Emerald uśmiechnęła się, a potem popchnęła go w stronę drzwi. Jim przełknął głośno ślinę i zapukał.

James musiał zgłaszać się na dodatkowe treningi organizowane przez kapitan drużyny. Była tak zachwycona posiadaniem w składzie osoby o sławnym nazwisku, że zadecydowała, iż Jim absolutnie nie może dać plamy na pierwszym meczu. Wszyscy, oprócz opętanej rządzą zemsty na innych drużynach Natalii, wiedzieli, że Gryffindor nie ma w tym roku szansy na puchar. Jednak nikt nie miał odwagi jej o tym powiedzieć. Mimo wszystko te dodatkowe treningi były bardzo miłe i cała drużyna czerpała z nich dużo radości.  Na treningach i na planowaniu dowcipów, jakie miał z Chrisem i kuzynami robić, zeszło Jamesowi całe przedwiośnie. Pod koniec marca, kilka tygodni przed rozpoczęciem sezonu quidditcha przebywał na boisku wraz z Emerald. Trening już się skończył, ale oni jeszcze zostali na chwilę, aby porozmawiać o taktykach, które w życie chciała wcielić reszta drużyny.  Na boisku pojawił się Robin, przyjaciel Amber i zawołał Jamesa do siebie.
-     Czego chcesz? – burknął Jim, starając się wyglądać naznudzonego.
-     Wyzywam cię na pojedynek, Potter!
-     Pojedynek? – zapytał zdumiony James, odrywając wzrok od miotły, której rączkę studiował. Była to szkolna miotła, którą pożyczał co trening od pani Hooch. Ojciec jeszcze nie przysłał mu nowej, gdyż obaj uzgodnili, że poczekają na wypuszczenie na rynek najnowszego modelu w kwietniu.  
-     Tak, pojedynek – potwierdził Robin, wypinając pierś. Gdyby jego oczy mogły zabijać, to pewnie zarówno Jim, jak i Emerald, padliby trupem na ziemię. – Wyzywam cię na pojedynek!
-     To idiotyczne – parsknęła Emerald, ciągnąc Jamesa za rękaw, aby się ruszył i mogli iść do zamku.  – J.S. nie słuchaj go, to jakiś palant.
-     Wcale nie jestem palantem, żyrafo!
-     Ej uważaj na to, co mówisz! – zawołał James, zbliżając się do chłopaka w kilku krokach i złapał go za przód kurtki.
-     Daj spokój, James. Ja go znam. Jest w rezerwie Puchonów. Wcale nie umie latać i wzięli go do drużyny, bo jego ojciec jest sławnym trenerem…
-     Zamknij się Lennox! – ryknął rozwścieczony Robin. – Nikt cię nie pytał o zdanie! Mówiłem do Pottera.
-     Na czym miałby polegać ten pojedynek? – przerwał im James, starając się opanować chęć przywalenia pięścią w nos chłopaka.
-     Tylko ty i ja, dwa okrążenia szkolnych błoni.
-     Kiedy?
-     Jutro o zachodzie słońca.
Emerald ścisnęła ramię Jamesa, wpatrując się z wściekłością w Robina.
-     Pojutrze są urodziny Amber – powiedziała.- Widzę, co planujesz.
-     Chcesz się na mnie odegrać, że dałem jej prezent w walentynki, tak? To nie moja wina, że ty zrobiłeś jej jakąś lamerską kartkę.
-     Przyjmujesz wyzwanie? – przerwał mu Robin, celując swoją miotłą w nos Jamesa.
-     Nie – powiedziała Emerald, ale James zrobił kilka kroków w przód i stanął przed Robinem.
-     Tak. Przyjmuję. Ten, i tylko ten, który wygra, będzie mógł dać jej prezent.
Robin odszedł zadowolony a Emerald spojrzała na Jamesa z wyrzutem. Zanim zdążyła coś powiedzieć, on złapał swoje rzeczy i ruszył w stronę zamku, nawet się nie oglądając. Niestety, śpieszył się na próżno – Emerald miała równie długie nogi co on, więc szybko się z nim zrównała.
-     Uważam, że to było koszmarnie głupie.
James zacisnął usta, starając się powstrzymać się do komentarza. Emerald szła równym tempem i nie dawała spokoju.
-     Czy powinnam powiedzieć Longbottomowi? Masz zamiar zrobić coś koszmarnie głupiego, a ja czuję, że powinnam cię ochronić.
-     Eme, posłuchaj – odezwał się w końcu Jim, zatrzymując się i kładąc rękę na ramieniu dziewczyny. – Jesteś super fajna, ale ja wiem co robię. Sama powiedziała, że ten koleś źle lata. Co może być złego w dwóch rundkach nad błoniami?
-     No właśnie, to wydaje się aż za niewinne.
-     Eme, proszę cię. Nie szukaj drugiego dna w zamiarach jakiegoś kretyna.



Gdy James dotarł na umówione miejsce spotkania, Robin już tam był. Stał pewnie, jakby w wytrenowanej pozie, mocno ściskając miotłę. Jim nie przejął się determinacją malującą się na twarzy chłopaka. Sam był bardzo mocno zmotywowany i pewny siebie. Miotła, którą miał ze sobą, wprawdzie nie była dobra, ale jednak jedną z najlepszych, jaką znalazł w szkolnym schowku. Jak dotąd służyła mu dzielnie na wszystkich treningach. Jednak, z tego co widział, Robin też wcale nie miał lepszej miotły. W sumie jako zawodnik rezerwy nie potrzebował najlepszego sprzętu.
-     Widzę, że nie przyprowadziłeś publiczności – uśmiechnął się wrednie Robin. – Domyślam się, więc że boisz się, że ktoś zobaczy twoją przegraną.
-     W sumie… chciałem tobie oszczędzić wstydu. Wiesz, jestem litościwy.
-     Dość tego – warkną Robin, przybierając kolejną przećwiczoną pozę. – Zaczynamy pojedynek, bo zaraz zacznie się ściemniać.
-     Jak tylko sobie życzysz – zgodził się James, dosiadając miotły.
Tylko dwa okrążenia, myślał uśmiechając się zawadiacko. Przecież nic nie może się złego zdarzyć. W głowie miał już cały plan, który ułożył wczoraj wieczorem. Albus, który oczywiście poznał po bracie, że ten coś ukrywa i wyciągnął z niego ową tajemnicę, radzi mu, ab udał się do biblioteki w celu poczytania na temat technik wyścigów na miotłach. Jednak James wyśmiał brata i kazał mu się „bujać”.
Wzbili się w powietrze i zawiśli chwilę w powietrzu. Słońce właśnie zachodziło, oświetlając ich pomarańczowo-różowym blaskiem. James kątem oka zauważył dwie postacie zbliżające się do nich. Z daleka rozpoznał charakterystyczne sylwetki Amber i Emarald. Zanurkował ku ziemi, wściekły. Emerald robiła wszystko, aby nie patrzeć mu w oczy, bo doskonale zdawała sobie sprawę, jak bardzo teraz on ma ochotę ją udusić.
-     Przyszłyśmy, żeby was powstrzymać – odezwała się, jako pierwsza, żeby nie dać mu szansy dojść do głosu.
-     Daj spokój, to tylko zabawa, Eme – zachichotała Amber, puszczając oczko do Jima.
Robin także do nich podleciał. Jego wzrok zrobił się maślany, jak zawsze, gdy widział Amber. Jim udał, że się zachwiał i kopnął go w kolano.
-     Co ty mówisz, Berry?! – zawołała zbulwersowana Emerald. – To jest głupie i do tego niebezpieczne!
-     Wcale nie… Co może im się stać? To tylko lot na miotle, nie?
-     Berry!
-     Och jesteś strasznie nudna! Daj mi się rozkoszować moim pierwszym pojedynkiem.
-     Co?
-     Emerald, a ty nie jesteś zazdrosna może? – zaśmiała się Amber, odrzucając na plecy warkocz. Kuzynka spojrzała na nią z niedowierzaniem. – W końcu to o mnie się biją chłopcy, a twój…
-     Dość, Berry – warknęła Emerald, szturchając Amber w ramię. Robin wykonał taki ruch, jakby już chciał rzucić się na pomoc, ale Jim zmroził go wzrokiem.
-     Daj spokój, kuzyneczko – Amber złapała Emerald za rękę, a jej głos był słodki jak miód. – To tylko żarty, prawda? – zwróciła się do obu chłopców, a oni pokiwali żarliwie głowami, chociaż obaj wiedzieli, że w ich pojedynku wszystko jest na serio. – Widzisz, Emciu?
Emerald była czerwona na policzkach i ewidentnie wściekła. Posłała pełne wyrzutu spojrzenie Jamesowi, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę zamku. Amber machnęła ręką i parsknęła śmiechem.
-     Dlaczego ten wyścig? – zapytała z entuzjazmem.
-     Zwykła męska zabawa, Berry. Jim dostał się do drużyny, więc chcieliśmy swoje możliwości porównać– wyjaśnił Robin, uśmiechając się do niej zadziornie. – Chcesz dać znak do startu?
-     Jasne!
Stanęła w rozkroku, unosząc różdżkę do góry, niczym jedna z tych dziewczyn podczas wyścigów samochodów. Była tak podekscytowana, że aż oczy jej błyszczały. Jim aż sam się uśmiechnął, gdy ją taką widział. Czuł, że teraz to po prostu musi wygrać ten wyścig. Tak bardzo chciał, aby ona rzuciła mu się na szyję na mecie. Chciał być jej bohaterem, rycerzem, który zasłużył sobie w walce na jej miłość.
-     Gotowi…do startu… Start!- pisnęła Amber, machając różdżką z taką prędkością, że posypały się czerwone iskry.
James i Robin wystrzelili do przodu z taką prędkością, że Amber spadła z głowy czapka. Mknęli ponad drzewami, płasko przylegając do swoich mioteł. James, początkowo bardzo pewny siebie, jakoś nie mógł wyprzedzić Robina na tyle, aby móc zwolnić. Ułożył sobie plan w głowie, według którego miał najpierw pokazać Robinowi, kto tu rządzi, a potem spokojnie dolecieć do mety. Jednak okazało się, że konkurent wcale nie był takim słabiakiem, jakim się wdawał. Równocześnie minęli Amber, zaczynając drugie okrążenie. Jim  za wszelką cenę, chciał pozostawić w tyle chłopaka. Nagle, w połowie drugiego okrążenia, kiedy byli tuż przy najbardziej oddalonym skraju lasu, Robin zbliżył się do niego niespodziewanie. Szturchnął go raz, a potem drugi kolanem.
-     Co ty odwalasz?! – ryknął James, próbując odbić w bok.
Czerwony z wściekłości Robin złapał Jamesa za bluzę na ramieniu i szarpnął z całej siły. James zrozumiał, co się dzieje. Rywal próbował się po prostu go pozbyć, bo nie mógł wygrać. Przerażony i wściekł Jim zaczął się szarpać. Robin zaczął się zsuwać ze swojej miotły, wiec zacisnął pięść mocniej. Jim chciał go z siebie strząsnąć, ale uzyskał tylko odwrotny efekt, bo Robin uwiesił się na nim, szarpiąc go jak szalony.
-     Odwal się! Zlecimy obaj!
-     Ja nie mam zamiaru!
-     Drzewo!
Skręcili obaj, o centymetry unikając zderzenia z wysoką sosną. Pech chciał, że obaj skierowali swoje miotły w przeciwne strony. Robin ześlizgnął się ze swojej miotły, a James nie był w stanie go utrzymać. Poczuł jak jego miotła wymyka się mu spomiędzy nóg. Ostatnie, co zapamiętał, to wrzask Robina i nagłą ciemność, jaka ogarnęła ich, kiedy wpadli między gałęzie drzew Zakazanego Lasu.

sobota, 30 marca 2013

Bonus wielkanocny. Gender bender.


Hm... To się stało przez przypadek. Czasami się nudzę przez te 3,5h, kiedy podróżuję sobie autobusem do domu. Pomyślałam, że taka głupotka nadaje się na wielkanocny bonus :D
Właściwy rozdział w przyszłości, chociaż nie wiem kiedy, bo kwiecień zapowiada się bardzo intensywnie.
Wesołych świąt, 
Wasza Astal.



No i jak on miał się na nią złościć? Jak to w ogóle było możliwe, żeby teraz pobiegł do wicedyrektora na skargę? Może jest głupawa, ale przecież nie można jej odmówić, że jest bardzo zabawna i czasami rozbrajająca.
Jaime Potter stała przed nim, cała umazana farbą i patrzyła na niego wyzywająco.  Liam Evans spojrzał najpierw w górę, ku sufitowi, a potem na swoje buty. Od razu pomyślał, że jego buty są porządne, zgodne z regulaminem, a Jaime ma na nogach jakieś dziwaczne, pstrokate trampki.
-      Doniesiesz na mnie? – zapytała słodkim głosikiem dziewczyna, trzepocząc rzęsami.
-      Nie rób tak – poprosił Liam, wzdychając ciężko. – Co ty w ogóle tu zrobiłaś?
-      Chciałam narysować węża Slytherinu i…
-      I nie sięgnęłaś wyżej, więc wąż nie ma głowy.
-      Dziękuję ci, kapitanie oczywisty – burknęła Jaime, szurając stopami.
Liam zabębnił palcami w puszkę farby, którą trzymał. Z początku bardzo się bał tej Potter. Ona i jej koleżanki są bardzo mało kobiecie, jeżeli chodzi o zachowanie. Liam czuł się przy nich niezręcznie, bo zawsze się bał, że obśmieją go bezlitośnie i naciągną majtki na głowę. O ile Rema i Petra były w miarę sympatyczne, to Siri i Jaime były istnymi diabłami w minispódniczkach.
-      Mogę sobie iść? – zapytała błagalnym tonem Jaime.
-      Przecież ja muszę to zgłosić…  Ja rozumiem jeszcze bazgranie po ścianie ołówkiem, ale to… to ma prawie trzy metry długości!
-      Czy to nie kot woźnej?
Liam spojrzał na dziewczynę a ona bezgłośnie powiedziała „błagam cię”. Niewiele myśląc chłopak cisnął farbą w kota, a potem złapał Jaime za rękę i pociągnął za sobą. Jamie była tak zaskoczona reakcją chłopaka, że z początku z wrażenia plątały jej się nogi. Gdy tylko odzyskała opanowanie, w raz z nim przyszło jej poczucie godności. Już, już chciała wyrwać rękę Liamowi i prześcignąć go w biegu, gdy nagle przypomniało jej się to, co kiedyś powiedziała jej Rema – „nie możesz zawsze pokazywać, że jesteś lepsza od chłopaka. Daj sobie raz na wstrzymanie i pobądź trochę dziewczyną”.  Prawda była taka, że Jaime zawsze denerwowała się nieposzlakowaną uczciwością Liama. Był taki sztywny i zawsze przygotowany na lekcje. Zdobywał mnóstwo punktów dla Gryffindoru i nauczyciele nie mogli się go nachwalić. Był taki obrzydliwe idealny… Bezustannie robiła wszystko, aby go znienawidzić, ale tak naprawdę nigdy jej się to nie udało.
-      Tutaj – rozkazał Liam i wepchnął nieobecną myślami Jaime za jakieś drzwi.
-      To schowek, prawda?
-      No… - przyznał oczywistość Liam.
Stali obok siebie bardzo blisko. Oczywiście nie było potrzeby, aby Liam obejmował Jaime, ale to robił. Co więcej, przyciskał dziewczynę do siebie obiema rękami. Okulary Jaime wbijały się jej boleśnie w nos, jednak była tak zachwycona swoją obecną sytuacją, że bała się nawet za głęboko oddychać. 
-      Teraz jesteś współwinny – odezwała się w końcu, a w jej głosie słychać było źle skrywany triumf. 
Zza drzwi schowka słychać było tupot stóp na korytarzu i natarczywe miauczenie. Woźna najwyraźniej wyruszyła w pościg za winnym malowidła na ścianie. Liam przycisnął  Jaime mocniej do swojej piersi.
-      Em… Jak myślisz, ile tu powinniśmy siedzieć? – zapytała w końcu Jaime. Liam poruszył się nerwowo, pochylając się, aby przyłożyć ucho do drzwi.
-      Nadal słyszę głosy.
-      To chyba nie najlepszy moment, żebym wyznała ci, że podkochuję się w tobie od drugiej klasy? – wypaliła Jaime.
Liam zachłysnął się powietrzem i cały zdrętwiał. Dziewczyna dopiero po dłuższej chwili zdała sobie sprawę, że to, co powiedziała było naprawdę bardzo bezmyślne.
-      Boże… -jęknęła, pospiesznie odsuwając się od chłopaka. – Co ja gadam? Co cię to w ogóle obchodzi, nie? Ja zawsze robię sobie takie akcje… Ja nawet nie wiem, dlaczego mi się podobasz. Jesteś przecież taki lamerski i do tego płakałeś w pierwszej klasie, jak zleciałeś z miotły. 
-      Złamałem sobie wtedy rękę – wtrącił obronnym tonem Liam.
Zapadła cisza. Jaime odruchowo przygładzała swoje wiecznie sterczące we wszystkie strony włosy i rugała się wewnętrznie za głupoty, które teraz powiedziała. To by było na tyle, jeżeli chodzi o bycie kobiecą – udało jej się wytrzymać aż całe trzy minuty. Nie dość, że wyznała mu miłość tak zupełnie od czapy, to jeszcze go obraziła i przypomniała mu traumatyczne przeżycia. Nowy rekord w robieniu z siebie idiotki, a jeszcze przecież nie było obiadu. 
-      Czy moglibyśmy się umówić, że ja tego wszystkiego nigdy nie powiedziałam?
-      Nie.
-      Nie?
-      Niby jak mam zignorować to? Pierwszy raz mi ktoś wyznał miłość.
-      Hm… no tak. Duże wydarzenie w życiu każdego faceta. Pewnie tylko żałujesz, że to ode…
Drzwi gwałtownie otworzyły się, a światło oślepiło Jaime i Liama. Gdy tylko ich oczy przyzwyczaiły się do jasnego korytarza, ujrzeli wysoką i smukłą sylwetkę wicedyrektora. Liam poczuł, że  Jaime złapała go mocniej za rękę. Tak, wicedyrektor był osobą, której należało się bać. Każdy, kto twierdził inaczej, powinien z całą pewnością zgłosić się do Św. Munga na oddział zamknięty.


-      Co robiliście w schowku? – padło pytanie.
Zarówno Jaime, jak i Liam, mieli opuszczone głowy. Ona pewnie robiła to z wieloletniego doświadczenia, gdyż nie pierwszy raz znalazła się w tym gabinecie, w roli winowajcy. On jednak robił w głowie szybkie kalkulacje i błyskawicznie ustalał priorytety. 
-      To, co mogą robić dziewczyna i chłopak w schowku, panie profesorze – powiedział z mocą Liam, podnosząc mężnie głowę. Jaime drgnęła i zerknęła na niego zza okularów. W jej oczach był czysty podziw. 
McGonagall zamarł z przerażeniem na twarzy. Jego oczy stopniowo zwężały się, a zmarszczka między brwiami pogłębiała. Liam dzielnie znosił jego spojrzenie, nie odwracając wzroku, chociaż cały się pocił i zaczęło mu być słabo.
-      A ten wąż? – wycedził profesor, zaplatając ręce na piersi.
Jaime podniosła głowę. W jej oku błysną diabelski chochlik. 
-      Och jej! Panie profesorze! Tak daleko się nie posunęliśmy – zaszczebiotała, udając zawstydzenie.
-      Milczeć!
Liam ugryzł się w wargę, aby nie ryknąć śmiechem. Jaime posłała mu piękny uśmiech, ukazujący komplet jej białych zębów. Serce chłopaka urosło i poczuł, że zdolny jest do rzeczy, do których wcześniej nie był, czyli do rzeczy szalonych. 
-      Nie wierzę, że jesteś niewinna, Potter! Ty zawsze jesteś winna.
-      Nie wszystkiego, panie profesorze! 
-      Evans – powiedział nagle wicedyrektor, a Liam wyprostował się niczym struna. Jaime zmarszczyła nos z dezaprobatą, jednak taka reakcja była silniejsza od niego. Jego zamiłowanie do regulaminu i zasad było po prostu jego drugą naturą. – Powiedz mi prawdę. Przecież ty nie możesz być w to zamieszany. Prefekt… Kto jest autorem tego koszmarnego bohomazu na ścianie?
Jaime poruszyła się, zapewne chcąc się oburzyć, ale Liam dyskretnie nadepnął jej na stopę.
-      Mówimy prawdę, panie profesorze. Nie mamy zielonego pojęcia, o czym pan mówi.
-      Kłamiecie w żywe oczy!
Ponownie oboje opuścili głowy, milcząc. Wicedyrektor westchnął, pocierając dłonią twarz.
-      Dla każdego po tydzień odsiadki. Przydział dostaniecie jutro – zawyrokował, machając na nich, aby zniknęli mu sprzed oczu.- Jeżeli jeszcze raz was spotkam, w chociaż troszkę dwuznacznej sytuacji, wezwę waszych rodziców.
Liam złapał Jaime za rękę i razem wypadli z gabinetu, zanim dziewczyna zdążyła dodać jakąś głupawą uwagę. Jaime dała się Evansowi powieść, chociaż tym razem bardziej świadomie i z gracją. 
-      Masz jaja, Evans – oceniła, a on zarumienił się wściekle, ale dzielnie wytrzymał spojrzenie jej orzechowych oczu.
Sięgnął i poprawił jej okulary. Chciał też ugładzić jej potargane włosy, ale zrezygnował, bo zorientował się, że to wcale nie jest potrzebne. Gdyby nie były w nieładzie, to by już nie były czymś, co wyróżniało Jaime spośród innych dziewczyn, tak obsesyjnie dbających o swój wygląd.
-   Czy… czy jeżeli cię teraz pocałuję, to dostanę w pysk? – zapytał ostrożnie, marszcząc ciemno rude brwi. 
Pociągnąwszy go za krawat, sprawiła, że schylił się. Ich twarze były na tej samej wysokości, więc spokojnie mogła ująć jego buzię w obie ręce. Z początku przeraził się, że ona zaraz go zabije, ale zorientował się szybko, że Jaime uśmiecha się od ucha do ucha.
-      Boże już myślałam, że nigdy o to nie zapytasz!