wtorek, 26 marca 2013

Rozdział Jedynasty, w którym James trenuje zażarcie, a Lily spotyka nową koleżankę.


Umieram z bólu, bo mi się ósemki wyżynają. Jeju ryjek mi spuchł i nie mogę jeść lewą stroną. Przykra sprawa, gdyż mi te ósemki wycinać będą, bo są za duże. Ech...
Pomimo, że przez ostatnie kilka tygodni nie chciało mi się robić nic, to jednak naskrobałam coś. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu w czasie tych wspaniałych śnieżnych wiosennych dni. 
Pozdrawiam Was jajecznie i żeżuchowo :D
Wasza Astal!


-       Hej, Potter!
Albus i James poderwali głowy i zaczęli szukać wzrokiem osoby, która wykrzykiwała ich nazwisko.  Okazała się nią wysoka dziewczyna, wyglądająca na starszą od nich. Miała długie, blond dredy, które upięła w duży kok tuż nad karkiem i mnóstwo kolczyków nie tylko w uszach, ale i nosie oraz brwi. Jej oczy były tak samo intensywnie zielone, jak oczy młodszego z Potterów.  
-       Który Potter? – zapytał Albus, obdarzając ją uśmiechem.
-       Ten – uściśliła, celując palcem w nos Jamesa.  – Jestem Emerald Lennox, obrońca gryfonów.  Jest przesłuchanie, wiesz?
-       Do drużyny? Przecież minęło już pół roku szkolnego– James próbował nie okazywać entuzjazmu, jednak poczuł, że w brzuchu wszystko mu się przewraca.
-       Kojarzysz Roberta, naszego szukającego? Zaliczył paskudną kontuzję podczas wakacji. Myślał, że nic mu nie jest, ale pojawiły się jakieś komplikacje i nie może grać.
-       Ale dlaczego mi to mówisz? Przecież chciałem być ścigającym – dociekał Jim, a Albus, zachowując oczywiście kamienną twarz, kopał go porozumiewawczo pod stołem w piszczel.
-       Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć – odparła dziewczyna, po czym strzeliła balonem z gumy do żucia. – Kojarzę, że nie dostałeś się do drużyny, ale zawsze uważałam, że ktoś o twojej budowie powinien być szukającym. To u was tradycja, nie?
-       No… – zgodził się niechętnie James, drapiąc się po karku. Brat wymierzył mu bolesnego kopniaka w kostkę.
-       Zapisz go na listę! – nie wytrzymał Albus w końcu. Emerald kiwnęła głową, a mnogość jej kolczyków w uszach zadzwoniła niczym dzwoneczki.
-       Więc do zobaczenia za dwa tygodnie! Potrenuj trochę i staw się na boisku! – zawołała, po czym poderwała się z miejsca i pognała do sypialni dziewcząt, wykrzykując imię kapitan drużyny. 
Gdy dziewczyna zniknęła z pola widzenia, James pozwolił sobie na szybki triumfalny taniec. Oczywiście w wersji okrojonej i bardziej dyskretnej, gdyż znajdował się w pokoju pełnym ludzi. Albus wyszczerzył się do brata.
-       Widzisz? – powiedział entuzjastycznie. – Głupi ma jednak szczęście!
James prychnął i zamachnął się na niego swoim podręcznikiem do zielarstwa. W ostatniej chwili jego rękę powstrzymał Christopher, którym pojawił się za plecami Jamesa.
-       Jak tam kółko geniuszów? – zapytał słodko James, a przyjaciel parsknął i przewrócił oczami.
-       To istna tortura – wyrzucił z siebie, siadając obok na pustym fotelu i zarzucając nogi na stół. – Rozumiem, że nie jestem najzdolniejszy w klasie, ale żeby traktować mnie, jak tamtych debili?
-       Adryk się na tobie mści, za ostatni miesiąc – podsunął James, zabierając się do swojego wypracowania z zielarstwa. – Wie, że specjalnie udajesz głupszego niż jesteś.  Kto prowadzi te zajęcia dodatkowe?
-       Dwie przemądrzałe siódmoklasistki z Ravenclawu. Serio mówię, strasznie nadęte, chociaż wcale nie jakieś brzydkie.
-       Masz nauczkę, następnym razem, jak pomyślisz zanim zaczniesz zgrywać przygłupa – ocenił Albus, nie podnosząc głowy znad swoich notatek. Chris pokiwał smętnie i zaczął zezować na wypracowanie, które pisał Jim.
-       Daj mi zwalić – poprosił, sięgając po pergamin.
-       A takiego! – syknął James, odpychając go od siebie.- Topher, kiedy ty zaczniesz się uczyć tak na serio, a nie liczyć na fart?
-       Wtedy, mój drogi, kiedy twój młodszy brat znajdzie sobie dziewczynę – zachichotał Chris, a Albus pokazał mu bardzo niecenzuralny gest.


-     Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego ja to robię?
-     Albus bądź tak miły i po prostu się zamknij, okay? Ty kazałeś tej lasce mnie zapisać, więc myślałem, że mi pomożesz.
-     Mogę cię wspierać duchowo, ale nie chcę brać udziału w twoich treningach. Dlaczego Chris nie może ci pomóc?
-     Bo nie chce mówić mu, że znowu mam jakieś nadzieje. Poza tym wszystko było by o wiele prostsze, gdybyś po prostu wsiadł na miotłę!
Albus westchnął i wyjął z kieszeni piłkę golfową. Od godziny brodził w śniegu na stadionie i ciskał piłkami w górę po to, aby James mógł potrenować. Został porwany przez brata i siłą przyprowadzony tu. Wcale nie uśmiechało mu się, aby marznąć i do tego słuchać złośliwości Jamesa.
-     Już ci mówiłem: nie wsiadam już na miotłę.
-     Al to było pięć lat temu!
-     Złamałem sobie nos i szczękę, kretynie! I to przez ciebie!
-     To było śmieszne.
-     Och czyżby? Mi nie było wcale do śmiechu – syknął Albus, ciskając kolejną piłkę w powietrze. Miał nadzieję uderzyć nią Jamesa między oczy, ale spudłował. – Tak czy inaczej, dzięki za traumę z dzieciństwa.
Jim śmignął niczym rakieta i złapał piłkę zanim zdążyła zacząć opadać. Albus westchnął ciężko, zgarniając kolejne piłki z ziemi.
-     Mogłem teraz być na spotkaniu klubu zaklęć – wyznał gorzko.
-     Kluby są dla frajerów! Rzucaj!
-     Chciałem ci tylko przypomnieć, że każdy musi wyrobić kilka godzin w jakimś klubie. To się liczy później do punktów na egzaminie.
-     Wiem to doskonale – zaśmiał się Jim, łapiąc piłkę i robiąc w powietrzu beczkę. – Dlatego ja mam zamiar zapisać się tuż przed egzaminem do kółka aktorskiego. Jedyne, co oni robią, to śpiewają w Boże Narodzenie kolędy przed wigilią.
-     A pewnie w roku, w którym ty się do nich zapiszesz, zdecydują się wystawić szopkę.  Już cię widzę w roli pastucha.
Jim przeleciał tak nisko nad głową brata, że trącił czubkiem buta go w głowę. Albus doskonale wiedział, że to było celowe, ale nie skomentował.
-     Powinienem się przestać z tobą zadawać – ocenił Jim, lądując obok niego.
-     Nie możesz. Wiesz, że zemszczę się opowiadając wszystkie twoje wstydliwe sekrety dziewczynom, z którymi będziesz się umawiał.
-     Tata miał rację, jesteś czasami gorszy od Lily. Chodź do zamku, padalcu. Przyniosę ci kakao z kuchni.
-     Skoro mi nie przywaliłeś, to znaczy, że chcesz to kontynuować, prawda?
-     Dokładnie. Jutro robimy to samo, o tej samej porze. Więc poinformuj swój klub frajerów, że wypadasz z rozgrywek na całe dwa tygodnie!
Powlekli się do zamku, cali przemarznięci. Tam czekała na nich Rose, która aż była czerwona z emocji, jednakże, gdy Albus zapytał ją, co było powodem jej radości, zbyła go i zwiała do Darcy, czekającej na przyjaciółkę przed kominkiem. Tam obie pogrążyły się w cichej dyspucie. Albus obserwował je chwilę zafrapowany, a potem usiadł na kanapie obok Jamesa i Chrisa.
-     O za tydzień są walentynki – poinformował Carl wszystkich siedzących koło niego.
-     Ach to, dlatego dziewczyny zachowują się, jak nienormalne – odezwał się Chris, uderzając się w czoło pięścią.
Albus kolejny raz zerknął na Rose i Darcy.
-     J.S. – zagadnął Carlisle.- Masz zamiar coś dać na tą okazję Amber?
-     A trzeba? – zapytał James, a reszta chłopców spojrzała na niego w niemym przerażeniu.
-     Stary – zaczął powoli Chris. – Nawet ja wiem, że trzeba. Walentynki, czaisz? W to święto dziewczyny muszą dostać prezent. To jedyna okazja, żeby im pokazać, że za nie lecisz.
-     A urodziny?
-     James, na urodziny może każdy dać prezent. Na walentynki daje ukochany. Jesteś koszmarnie głupi…
-     Nie czepiaj się mnie Carl! To pierwszy raz, kiedy mam okazję coś takiego zrobić! Przynajmniej wiem wystarczająco wcześnie, aby coś wymyśleć.
-     Ale musisz się postarać – odezwał się nagle Albus, przypominając sobie coś nagle. – W walentynki jest wypad do Hogsmeade. Jeżeli nie zwalisz Amber z nóg, ten inny koleś może cię przebić i zabrać ją na randkę.
Złowieszczość słów brata była dla Jamesa tak wymowna, że poderwał się nagle z kanapy i pomknął sprintem do sypialni. Chwilę potem tak samo szybko przebiegł pokój wspólny i zniknął za obrazem.
-     Gdzie on poleciał? – zdumiał się Chris.
-     Musi użyć ostatecznej deski ratunku – zachichotał Albus, rozsiadając się wygodniej na kanapie. – Poleciał pisać do mamy.

Walentynki zbliżały się nie uchronnie i większość dziewczyn, zgodnie z tym jak określił to Chris, oszalało. Albusowi wydawało się, że przywódczynią tego ruchu szaleństwa została nieoficjalnie prefekt naczelna – Victorie Weasley. Kuzynka miała to do siebie, że lubiła wpadać w przesadne nastroje, a że była podziwiana przez większość przedstawicielek płci pięknej ze szkoły, to i one podążały za nią ślepo. Rose i Darcy nie były na szczęście zarażone entuzjazmem Victorie. Dzięki temu Albus mógł spokojnie przesiadywać w ich obecności, chociaż czasami wydawało mu się, że obie dziewczyny chichoczą o wiele częściej niż zwykle. Albus już od wczesnego dzieciństwa wykazywał pogardę dla różnego rodzaju świąt. Walentynki były u niego na samym dole listy ignorowanych świąt. Z resztą, nawet nie miał czasu myśleć o tym, co i komu miałby podarować w ten dzień, gdyż James swoją osobą wypełniał mu doszczętnie każdą chwilę przez ostatnie dwa tygodnie. Nie dość, że nauczyciele zasypywali ich pracą domową, to jeszcze wieczorami marznął na stadionie, odmrażając sobie stopy i pośladki. Bardzo chciałby wierzyć, że tym razem brat dostanie się do drużyny, ale powstrzymywał się od tego, gdyż jego zdrowy rozsądek był o wiele silniejszy od optymizmu. Poza tym, tego Albus był pewny, gdyby James dostał się do drużyny, to zadął by się jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Od wczesnego dzieciństwa Albusowi wydawało się, że jest jedyny, który potrafi sprowadzić brata na ziemię.
-     Jak idzie trening? – usłyszał za sobą Albus damski głos. Ta dziewczyna z drużyny, która poinformowała Jamesa o naborze, przyszła popatrzeć jak sobie radzą.
-     Pomimo, że jest bólem w tyłku, to nawet nieźle sobie radzi – poinformował ją Albus, ciskając kolejną piłkę w Jamesa.
-     Przerwa!- zawołał Jim, podchodząc do lądowania. Zeskoczył z miotły prosto w zaspę obok nich i spojrzał na dziewczynę. – I jak oceniasz?
-     Robisz niezłe postępy, jak na kogoś, kto tylko od półtora tygodnia uczy się na szukającego – uśmiechnęła się i strzeliła balonem z gumy do żucia.
James zauważalnie wypiął pierś. Albus powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, bo brat tej piersi wcale nie miał imponującej. W ogóle obydwaj wyglądali mało męsko, przy dziewczynie, która była od nich wyższa.
-     Szkoda, że nie możecie iść do Hogsmeade, omówilibyśmy taktyki nad piwem jutro.
-     A ty nie masz jakiejś randki, Emerald? – zagadnął James, gdy szli we trójkę do zamku. Dziewczyna widocznie posmutniała.
-     Nie bawię się w takie głupoty – ponuro, wbijając ręce głęboko w kieszenie. Albus, który nadal milczał, zauważył jak grymas bólu przemknął przez buzię dziewczyny. Jednak trwało to tylko chwilkę, po za chwilę już radośnie żuła gumę i uśmiechała się promiennie. – Tak czy inaczej życzę ci powodzenia, Potter! Nie poddawaj się!
Pomknęła do zamku ile sił w swoich długachnych nogach, a James promieniał z dumy, że ktoś w niego wierzy.


-     Szefie proooosze… prooooszę…
-     Brad spływaj.
-     Szefie przysięgam, że zrobię wszystko – jęczał Brad. Podążał dziś za Harrym wszędzie. Nie dawał mu spokoju nawet w bufecie, a raz nawet próbował klęknąć przed nim i błagać.
-     Dobra! – zawołał Harry, tracąc resztkę cierpliwości. - Dość tego, Brad. Zgadzam się, ale ty idziesz na dwa tygodnie w teren.
-     Szefie jesteś wspaniały! Proszę robić wszystko tak, jak panu mówiłem, sir.
-     Dobrze, a teraz zmiataj do siebie. Obiecuję, że spróbuję. Nie gwarantuję żadnych efektów.
Brad był tak szczęśliwy, że w ogóle go nie słuchał. Harry podejrzewał, że jeszcze do niego nie dotarło, iż będzie musiał całe dnie przez dwa tygodnie spędzać w błocie i śniegu na patrolach. Wypadł z biura szczęśliwy. Harry miał nadzieję, że już go dziś nie zobaczy.
-     Herbata, sir? – zapytała Vasiliki, zaglądając do biura przez uchylone drzwi.
-     Przydałaby się.
Gdy dziewczyna wróciła z tacą, Harry wyraźnie się spiął. Obiecał coś Bradowi, ale teraz jakoś nie był pewny, czy podoła. Nigdy do końca nie opanował sztuki subtelnej rozmowy. Siedział dłuższą chwilę, układając zdania w głowie, tak, aby brzmiały odpowiednio.
-     Jutro są walentynki – zagaił, gdy Vasiliki zajęła się zbieraniem papierów z jej biurka.
-     Tak… wiem.
-     Masz na jutro jakieś plany? – zapytał Harry, siląc się na swobodny ton. Vasiliki nadal na niego nie patrzyła, zajęta swoją pracą. – Jakaś randka? Z chłopakiem, albo… albo z mężem?
-     Nie, sir. Nie mam ani chłopaka, ani męża – powiedziała, a potem w końcu podniosła głowę i spojrzała na Harry’ego. Wyglądała na rozbawioną. – Sir, czy pan próbuje „wybadać teren” dla Brada?
-     Ja? Nie no gdzie tam. Skąd taki pomysł?
-     Bo słyszałam, jak Brad rozprawiał z Marcy, że chce mnie zaprosić na randkę – zachichotała Vasiliki. Siadła za swoim biurkiem, nie spuszczając swoich brązowych oczu z Harry’ego. – Chce mnie pan zeswatać z Bradleyem?
-     Ja was bardzo oboje lubię…
-     Sir – przerwała mu Vasiliki, uśmiechając się łagodnie. – To bardzo miłe, co pan robi. A i Brad wcale nie jest złym człowiekiem. Tylko, że ja już mam zajęcie, które zajmuje mój czas po pracy. Mam młodszą siostrę. Obie jesteśmy sierotami i to ja teraz dla niej jestem matką.
-     Rozumiem. Przepraszam.
-     Nie ma za co, sir. To nawet miłe, bo nigdy nie byłam na randce i to pierwszy raz, kiedy ktoś mnie próbuje na jedną zaprosić, ale teraz to nie czas, żebym myślała o sobie. Moja siostra jest najważniejsza.
-     Jesteś pewna, że chcesz przegapić taką szansę?
-     Co pan przez to rozumie?
-     Oferuję się w roli niańki. Mam dwójkę dzieci już w szkole, ale trzecie nadal plącze mi się po domu. Twoja siostra może posiedzieć jeden wieczór z moją rodziną, a ty pójdziesz na swoją pierwszą randkę.  Co ty na to?


Lily siedziała na schodach i wpatrywała się intensywnie w drzwi wejściowe. Nie mogła się doczekać gości. Dziś wieczorem miała do niej przyjść nowa koleżanka, młodsza siostrzyczka asystentki ojca. Mama i tata wybierali się na swoją randkę, a one obie miały zostać z babcią. Wcześniej Lily wypytała matkę o kraj, z którego dziewczyna pochodziła i nawet obejrzała mapę.
-     Ja nie rozumiem, dlaczego nie mogę zostać z Teddym? – odezwała się Lily. Ginny siedząca przy stole w kuchni, westchnęła. Córka wróciła do ich kłótni sprzed godziny.
-     Kochanie, Teddy ma dziś randkę z Victorie w Hogsmeade. Wiem, że lubisz, kiedy to on jest twoją nianią, ale dziś zajmuje się wami babcia.
Dzwonek zadzwonił. Lily otworzyła drzwi i ujrzała na progu dwie osoby – wysoką, ciemnowłosą czarownicę i niziutką dziewczynkę o jasnych blond włosach i wielkich niebieskich oczach.
-     Ty jesteś Lily, prawda? – zapytała czarownica, uśmiechając się trochę nerwowo.
-     Dobry wieczór – powiedziała Lily, dygnąwszy. – Tak, to ja, proszę pani. Tatuś powiedział, że będę się dzisiaj bawić z pani siostrą.
-     Mmmm… - Vasiliki zawahała się, zerkając nerwowo na siostrę.  Za plecami Lily pojawili się jej rodzice. – To jest Mneme – przedstawiła dziewczynkę. – Jest moją młodszą siostrą. Jeszcze nie zna dobrze angielskiego, ale dużo rozumie. Nie mów szybko, dobrze?
-     Cześć, jestem Lily – oświadczyła mała Potterówna, wyciągając rękę do drugiej dziewczynki. Uścisnęła ją nieśmiało. – Chodź pokażę ci mój pokój i lalki.
Biorąc się za ręce pobiegły na górę. Vasiliki patrzyła za nimi chwilkę, jakby zastanawiając się czy to dobry pomysł, żeby zostawiać tu siostrę.
-     Nic się nie przejmuj – odezwała się Ginny, poklepując dziewczynę po ramieniu. – Ten dom jest jednym z lepiej strzeżonych domów z całej Anglii. Możesz spokojnie iść na swoją randkę.
Vasiliki zmieszała się, nerwowo poprawiając włosy. Widać było, że poświęciła dużo czasu. Harry, chociaż nie znał się na kobiecych sprawach jak makijaż i ubrania, dokładnie mógł zauważyć różnicę między Vas tą z pracy a tą teraz.
-     Wszystko będzie dobrze – zapewnił ją Harry, a ona uśmiechnęła się blado. – Brad nawet nie wie, jakim jest szczęściarzem, wiesz?
Vasiliki uśmiechnęła się zawadiacko, przyglądając się bardziej swoim wspomnieniom, niż stojącym przed nią Harry’emu i Ginny.
-     Taaaak… Chyba tak, sir.

środa, 6 marca 2013

Rozdział Dziesiąty, w którym dużo mówi się o sporcie.

Dodaję rozdział dziś, bo w weekend nie będę mieć czasu, gdyż będę szaleć po Warszawie z Rh. To nie jest kolejne odkrywcze opowiadanie, ale po jakimś czasie zorientujecie się, że pojawiło się tu kilka rzeczy, które poniekąd będą ważne potem.
A i mam pytanie - czy ma ktoś ochotę poczytać moje mini opowiadanka spoza fanfikcji? Dajcie znać w komentarzach, to będę je publikować na cywilniaku czy coś.
Pozdrawiam,
wiosenna Astal


W klasyfikacji generalnej szkolnych rozgrywek Quidditcha prowadził Hufflepuff. Na drugim miejscu ulokował się Slytherin a za nim kolejno Gryffindor i Ravenclaw. Ostatni mecz przed przerwą zimową rozegrał się między Puchonami a Gryfonami i zakończył się paskudną porażką dla tych drugich. Wszystko przez kontuzję szukającego, która dała o sobie znać w kluczowym momencie meczu. Biedny chłopiec został odtransportowany zaraz po meczu do skrzydła szpitalnego, a jego koledzy z drużyny pokłócili się w pokoju wspólnym między sobą. Sprzeczka była tak zażarta, że reszta gryfonów umknęła do swoich dormitorium. Dwa dni przed świętami szkołę obiegła nowina, że jeden ze ścigających gryfonów zrezygnował z grania w drużynie. 
-     To najgorsza drużyna, jaką Gryffindor miał od dwudziestu lat – przyznał z żalem Teddy Lupin, a James pokiwał smutnie głową.
Było późne popołudnie i cała rodzina Weasley – Potter cieszył się ostatnim dniem ferii świątecznych. Jim spojrzał na ojca i wujka Rona, którzy przysłuchiwali im się, siedząc w fotelach przed telewizorem.
-     Neville mi już o tym pisał kiedyś – przyznał Harry. – Wspominał, że nie mogą zebrać się do kupy i chociaż nie są najgorsi, to jednak nie liczy na puchar.
-     To jest koszmarne – poskarży się James, sprawdzając czy jego pianka już dostatecznie się zarumieniła.
Z kuchni słuchać było podniesione głosy. Teddy spojrzał w tamtą stronę, marszcząc brwi.
-     Co się tam dzieje?
-     To Lily – wyjaśnił James, trochę bełkotliwie, bo usta miał sklejone pianką. – Znowu odstawia dramat, bo nie chce, żebyśmy wracali do szkoły.
Teddy wstał i ruszył do kuchni, aby zapanować nas sytuacją. On także, jak z resztą wszyscy kuzyni Lily, uwielbiał ją i miał do niej słabość. Czasami narzekał, że Harry i Ginny wrabiają go w niańczenie jej, chociaż tak naprawdę uwielbiał się zajmować Lily, bo nie dość, że ona znała wszystkie najświeższe plotki rodzinne, to jeszcze mógł bezkarnie się bawić zabawkami, zapominając, że jest już dorosły.
Do pokoju wszedł Albus. Łypnął na Jamesa i minąwszy go, usiadł obok ojca. Bracia byli pokłóceni, gdyż Albus ośmielił sobie dowcipkować, kiedy Amber przysłała Jamesowi świąteczną kartkę z dość bezpłciowymi życzeniami. Dla kontrastu Jim wysłał jej prezent w postaci wielkiej czekolady. Zawiedziona mina Jamesa tak bardzo rozbawiła Albusa. Oczywiście James poczuł, że jego męska duma została poważnie nadszarpnięta, a całą swoją złość postanowił wyładować na bracie. Pobiliby się gdyby, nie szybka reakcja Ginny, która rozdzieliła synów zaklęciem, a potem zrobiła im wykład.
Pomijając ten nieprzyjemny incydent to święta Potterowie mogli zaliczyć do udanych. Wigilia jak zwykle została urządzona u Hermiony i Rona, gdyż tylko oni mieli na tyle miejsca, aby pomieścić całą rodzinę. Dom przy Grimmauld Place 12 miał w prawdzie wiele pokoi przerobionych na bibliotekę, ale i tak można było tam wstawić łóżka. Dzieci uwielbiały spać razem w bawialni. Rozkładały śpiwory na podłodze i gadały całą noc, co chwila zakradając się do kuchni po resztki z wigilijnej uczty.
Teddy wrócił, niosąc Lily na barana.
-     Rose rozlała sobie na sukienkę czerwony barszcz i teraz beczy w swoim pokoju – oznajmiła triumfalnie dziewczynka.
Ron wstał i udał się na górę, do pokoju córki, a Lily zlazła z pleców Teddy’ego i siadła obok Jamesa. Brat bez żadnego wahania oddał jej swoją piankę, którą opiekał nad ogniem. Albus przyglądał im się spode łba. Harry poklepał młodszego syna po łopatce, chcąc go pocieszyć trochę. Zawsze wydawało mu się, że powinien wspierać Albusa. Gdy synowie byli w jakimś konflikcie, to zawsze po cichu brał stronę młodszego.
-     Spoko tato – powiedział cicho Al, jakby rozumiejąc myśli ojca. – James to pawian, ale to nie jego wina. Hormony pomieszały mu w głowie.
-     A ta Amber, o której cały czas mówi… ładna jest?
-     Jak cukierek brzoskwiniowy – przyznał Albus niechętnie. Prawdę mówiąc trochę się peszył w towarzystwie Amber. Wydawała mu się za żywa i jak na jego gust, mówiła za dużo. W porównaniu do jej kuzynki, Darcy, była zdecydowanie za głośna. – Jimbo strasznie się spina, żeby go polubiła bardziej. To śmieszne, jak się na to patrzy.
-     Nie bądź złośliwy, Al. Nawet nie wiesz, jak niektórym chłopcom jest trudno rozmawiać z dziewczynami.
-     Masz na myśli siebie, tato?
-     Jak na jedenaście lat jesteś wyjątkowo wredny, wiesz?
Albus wyszczerzył się, jakby uznając to za komplement. Harry nie wiedział, co o tym myśleć, więc przeniósł uwagę na to, co działo się obok nich. Lily i James sprzeczali się o coś piskliwie, a Ron prowadził zapłakaną Rose do kuchni, gdzie siedziały Ginny i Hermiona. Najwyraźniej Ron chciał wywabić plamę z sukienki córki, ale kiepsko mu poszło i teraz zamiast plamy była wypalona dziura.



Ginny wiedziała, kiedy Harry miał jakiś problem. Jakiś czas temu nabrał zwyczaju przytulania się do niej przed snem i leżenia w całkowitej ciszy. Domyślała się, że wtedy myślał nad czymś intensywnie bądź uspokajał się.
Obudziła się w nocy i zobaczyła, że mąż jeszcze nie spał. Siedział skulony na swojej połowie łóżka i pochylał się nisko nad jakąś książką. Blade światło różdżki nadawało jego twarzy trupioblady kolor.
-     Idź spać – wymruczała Ginny, strącając książkę z łóżka. Upadła na podłogę z głuchym stukiem. Harry podskoczył, zaskoczony.
-     Obudziłem cię? – zachrypiał, ale ona nie odpowiedziała, tylko złapała go za rękę i zmusiła, aby położył głowę na jej plecach. Przytulił się do niej i zamknął oczy, wsłuchując się w bicie jej serca.
Ginny pamiętała to, kiedy po raz pierwszy tak leżeli przytuleni. To było w pierwszą noc po śmierci Voldemorta. Jej rodzice zmusili Harry’ego aby zamieszkał z nimi. W nocy Ginny nie mogła spać. Wiedziała doskonale, że on też nie śpi. Zakradła się do jego pokoju i usiadła na skraju łóżka.
-     Nie możesz, czy nie chcesz usnąć? – zapytała wtedy, kładąc rękę na jego czole.
-     Nie wiem – zamruczał, leżąc na boku i wpatrując się w księżyc widoczny przez okno. – Czuję się dziwnie teraz, kiedy już wszystko jest normalne.
-     Zawsze mogę rozstawić ci namiot w ogródku, jeżeli odwykłeś od spania w budynkach – zażartowała, przeczesując palcami jego za długie włosy.
Harry parsknął śmiechem i zerknął na nią skosem.
-     Jesteś dokładnie taką żmiją, jak mówili mi twoi bracia – powiedział miękko.
-     Za to mnie kochasz?
-     Za to i za wiele innych rzeczy.
Pociągnął ją do siebie, a ona chętnie przystała na zmianę pozycji. Wślizgnęła się pod jego kołdrę. Położył głowę na jej piersi i oplótł w pasie ramionami. Leżeli tak chwilę bez słów, ale Ginny czuła, że zbliża się nieunikniona rozmowa, więc odezwała się pierwsza:
-     Chcesz mi o wszystkim opowiedzieć?
-     Tak.
Przytuliła policzek do czubka jego głowy i słuchała. Harry mówił o wszystkim, co przydarzyło mu się od momentu, gdy zniknął z wesela Billa i Fleur. Mówił tak długo aż ochrypł, aż zrobiło mu się sucho w gardle. Nie pomijał żadnych szczegółów, wyrzucał z siebie wszystko, co nagromadził podczas tego ostatniego roku. W pewnym momencie głos mu się załamał, ale Ginny była na tyle taktowna, aby udać, że wcale tego nie zauważyła. Była mu to winna. Zawdzięczała mu to, że uratował cały jej świat.
Od tego czasu wiele razy Harry przytulał ją w ten sposób. Dziś też najwyraźniej mu to pomogło, bo po jakimś czasie rozluźnił się i położył się obok żony.
-     Chciałbym przedłużyć sobie urlop – wymruczał w końcu Harry. – Gdybym tylko mógł…
-     Nie myśl o tym teraz.  Dopiero rano idziesz do pracy.
-     Cały czas mam przed oczami tych ludzi ze szpitala…
-     Bardzo są poranieni?
-     Uzdrowiciele ich połatali, ale nadal nie jest z nimi dobrze. Nie mogłem znieść jak pytali mnie czy już rozwiązałem to, kto ich zaatakował, a ja nie mogłem im odpowiedzieć. Znaczy… Vasiliki odkryła, że zaatakowały harpie, ale co ja niby mam z tą wiadomością zrobić? Nie ma harpii w całej Wielkiej Brytanii.
-     Rozwiążesz to – pocieszyła go Ginny, ale on tylko westchnął. – Dzieciaki już śpią. Chcesz zakraść się do lodówki po ciasto?


James biegł zaaferowany przez korytarz pociągu, zaglądając po kolei do wszystkich przedziałów. Nigdzie nie mógł znaleźć Amber. Chwilę temu puścił mimo uszu radę, którą ojciec dał mu jeszcze na peronie. Harry chciał, aby syn nadal próbował dostać się do drużyny i nie rezygnował z latania. Niestety myśli Jima były już zajęte za bardzo, Amber, aby słuchał uważnie ojca.
-     James!
Jim odwrócił się i ujrzał Carla oraz Chrisa. Skrzywił się na ich widok, bo chociaż ich lubił, to nie byli nawet w połowie tak ładni jak Amber.
-     Nie zalewa cię fala miłości na nasz widok – rzekł kwaśno Chris, szturchając przyjaciela między żebra. – Nie kochasz już mnie, Jimmy?
-     Bardzo cię lubię, stary, ale o miłości nie może być mowy. Ojciec nie wybaczyłby mi, gdybym się związał z kimś, kto tak fatalnie gra w Quidditcha.
-     Ach ranisz mnie, J.S.!
-     Natomiast Carl to, co innego – zachichotał Jim, mrugając łobuzersko do drugiego przyjaciela. – Jesteś na tyle ładny, że rodzice nie zauważyliby, że jesteś chłopcem.
-     Nie mam pojęcia jak wy to robicie – burknął Carlisle, łypiąc na nich złowrogo. – Nawet nie powiedziałem słowa, a już zostałem obrażony… Chodźcie, znajdziemy sobie przedział.
Chwilę potem stanęła im na drodze Victorie. Zmierzyła Jamesa i Chrisa lodowatym spojrzeniem.
-     Słuchajcie mnie, małe małpki – zaczęła, celując palcem w nos Jima. – To mój ostatni semestr, jako prefekta naczelnego. Nie ma prawa się nic wydarzyć. Kompletnie nic, zrozumiano?
-     Droga kuzynko- uśmiechnął się James, klepiąc ją po dłoni. – A kim ja jestem, aby stawać na drodze przeznaczeniu?
-     James! Ja cię ostrzegam!
Chris posłał jej buziaka, a Carl uśmiechnął się przepraszająco, a potem wszyscy trzej wślizgnęli się do pustego przedziału, który mieli po swojej lewej stronie.
W innym przedziale Albus, Rose i Darcy zdążyli się już zadomowić.  Dziewczyny rozmawiały o przebiegu świąt z entuzjazmem, a Albus milczał, zastanawiając się, czy nie powinien pójść poszukać Scorpiusa. Jeszcze nikomu się nie przyznał do tej niezwykłej przyjaźni i zastanawiał się czy w ogóle powinien. Wydawało się, że ze Scorpiusem należy postępować ostrożnie. Może nie czułby się dobrze w towarzystwie Rose i Darcy? Albus zerknął na dziewczyny. Darcy z całą pewnością nie wyglądała na osobę sympatyczną. Małe kroki, pomyślał Albus.
Za szybą drzwi mignęła jakaś niska postać w grubych okularach. Darcy pomachała jej entuzjastycznie, a ona odmachała nieśmiało.
-     Kto to? – zainteresowała się Rose, wychylając się, aby zobaczyć plecy oddalającej się osoby w okularach.
-     Moja kuzynka, Amethyst – wyjaśniła Darcy, rozsiadając się wygodniej na ławce.
-     Nie wyglądała jak… hmm… - Rose zawiesiła głos, bo nie miała pojęcia jak wyrazić swoich myśli, nie urażając nikogo.
-     Nie wyglądała jak dziewczyna?- zachichotała Darcy, machając ręką niedbale. – Nie rób takiej miny, Rose. Przecież wiem, że przez te okulary i splątane włosy ona bardziej przypomina kloszarda. Wszyscy jej to mówią, ale ona nikogo z rodziny nie słucha. Wygląda trochę jak jakieś zwierzę, nie? – zamyśliła się, stukając się palcem w podbródek. – Jak jedna z tych świnek morskich, co są takie potargane.
-     Jest dobrą ścigającą – przypomniał sobie Albus. – Nieźle poradziła sobie w ostatnim meczu ślizgonów. Jest malutka, ale śmiga całkiem nieźle na miotle.
-     Dlaczego ty nie latasz na miotle, Albus? – wypaliła nagle Darcy, mierząc go spojrzeniem.
Chłopiec spiął się i spojrzał w bok. Rose szturchnęła przyjaciółkę w bok, ale Darcy nic sobie z tego nie zrobiła. Miała to do siebie, że gdy już raz uwzięła się na jakiś na coś, drążyła temat aż do obrzydzenia. Zawsze musiała wszystko wiedzieć, a ten temat dręczył ją już od dłuższego czasu. Próbowała oczywiście najpierw wypytać Rose, ale ona zbyła ją wytłumaczeniami, w które Darcy nie wierzyła.
-     Bo nie umiem – odparł Albus, lodowatym tonem.
-     Bzdura. Mając takie geny, nie można nie umieć latać.
Albus już miał coś odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Wstał szybko (Darcy i Rose cofnęły się bliżej siedzenia, zadziwione taką reakcją) i burknąwszy coś na kształt „idę się przejść”, wypadł na korytarz. Dziewczęta spojrzały po sobie zdumione.
Albus udał się na przechadzkę wzdłuż przedziałów. Gdy dotarł do ostatniego wagonu, wszedł do końcowego przedziału.
Rozparty na jednej z ławek Scorpius podniósł głowę znad książki. Al opadł na siedzenie naprzeciw chłopaka i westchnął ciężko.
-     Myślałem, że wolisz inne towarzystwo ode mnie, babski królu – zachichotał złośliwie Scorpius.