czwartek, 10 grudnia 2015

Rozdział Trzydziesty - Sławne nazwiska cz.2

 Sprawa wygląda tak. Jestem w Warszawie. Nie pracuję w zawodzie. Mam magistra. Jeżeli ktoś bywa w galerii Mokotów, to być może widział mnie kiedyś. Nie słychać entuzjazmu? No cóż. Mam dni, kiedy nienawidzę mojego życia. Jak ten, kiedy upadłam na schodach do metra i rozwaliłam oba kolana, a jakiś koleś nade mną po prostu sobie przeszedł. 
Na rozdział czekaliście tak długo, bo nie chciało mi się pisać. Mówię szczerze. Nie miałam siły i motywacji. Zastanawiałam się, czy jest sens pisać jeszcze tego bloga, bo w sumie to już nie jest to samo co wtedy, gdy pisałam na onecie. Nie chodzi mi o fejm i o tytuł bloga roku. Chodzi o to, że próbuję dogonić to uczucie pisania sprzed kilkunastu lat. I nie mogę. 
Teraz, gdy trochę spadło mi ciśnienie w pracy i nie muszę nic poza chodzeniem tam, pewnie wrócę do pisania. Mam nadzieję. Postaram się nie robić takich długich przerw. Dziękuję tym, którzy pytali mnie czy wszystko w porządku ze mną. Bywało lepiej, ale dziękuję za Waszą troskę. 
Pozdrawiam, 
posiniaczona Astal. 



Scopius nie znał takiego bólu. Każdy nerw, każde ścięgno, każda najmniejsza cząstka jego ciała paliła go żywym ogniem. Chciał wzywać pomocy, błagać, aby ten kto zadawał mu te niewyobrażalne cierpienia natychmiast przestał, ale z jego ust nie wydobywało się nic poza zwierzęcym skowytem.
I nagle wszystko ustało.
Scorpius jeszcze dłuższą chwilę trząsł się niekontrolowanie. W uszach mu dzwoniło. Gdy w końcu poczuł się na tyle silny, aby otworzyć oczy, ujrzał przed sobą tylko biel. Z początku myślał, że oślepł, ale zorientował się, że to śnieg. Puszysty, miękki śnieg. Powoli wracały mi zmysły. Najpierw poczuł zimno i potem poczuł smak krwi w ustach. Na samym końcu usłyszał nad sobą bełkotliwy głos. Udało mu się skupić wzrok na pochylającej się nad nim osobie.
-        Nareszcie… nareszcie… - mówiła dziwnie, urywała końcówki słów, czasem szeptała a innym razem wykrzykiwała jakiś pojedynczy wyraz. Wypluwała słowa, jak gdyby miały paskudny smak. Jej głos był rozedrgany, przepełniony wściekłością, ale też żalem. – Zapłacą mi za to. Wszyscy… Będą błagać mnie o litość… Tak… Tak… Litość. Ale ja już nie znam litości.
Była to stara, bardzo chuda kobieta. Najbrzydsza, jaką Scorpius widział w swoim życiu. Jej skóra była bladoszara i niezdrowa. Włosy koloru brudnego brązu miała upięte w coś w rodzaju koka na czubku głowy, ale wysmykiwały się z niego długie pasma. Jej twarz była najbardziej przerażająca. Pocięta zmarszczkami, naznaczona bliznami i brudna.
Gdy pochyliła się nad Scorpiusem i złapała go za płaszcz na plecach zobaczył jej dłoń i aż ciarki przeszły go po plecach. Wyglądała ona niczym sękata gałąź zakończona potwornie brudnymi zżółkniętymi szponami.
-        Pójdziesz ze mną – wybełkotała. Był tak słaby, że nie mógł się ruszyć. Starał się podnieść na nogi, ale nie miał siły. Jego ciało wciąż jeszcze było zdrętwiałe po zaklęciu, które na niego rzuciła. – Wstawaj!
Zaczęła go wlec po śniegu. Nie była silna, więc nie uszła za daleko. Scorpis zapierał się do tego rękami, aby tylko utrudnić jej to, co chciała zrobić.
-        Zostaw mnie! – wychrypiał, odzyskując głos. – Puszczaj mnie, wiedźmo!
Szarpnął się najsilniej, jak tylko umiał. Upadł na plecy i zaczął się gramolić z kolan. Kobieta wrzasnęła rozdzierająco, a potem rzuciła się na chłopca. W ręce miała dwie różdżki. Swoją i Scorpusa. Zabrała mu ją, gdy był nieprzytomny.
-        Nigdzie się nie wybierasz, gnoju – wyszczerzyła pożółkłe zęby w upiornym uśmiechu. – Zapłacisz za to, co zrobiłeś. Zapłacisz za wszystko, co moja rodzina musiała przez ciebie i twojego tatuśka wycierpieć.
-        Ale ja nic nie zrobiłem! Nie wiem, kim pani jest!
-        Nie rób ze mnie wariatki, Malfoy! – wrzasnęła, wciskając mu obie różdżki w policzek. Syknął, bo z jednej z nich posypały się iskry. – To ty go zabiłeś! Zabiłeś go!


W domu było cicho. Tu zawsze było cicho.
Astoria na palcach podeszła do okna i oparła się od framugę. Ogród zawalony był śniegiem. Nie było widać prawie nic spod białej pierzyny. Gdzieś tam były jej ukochane róże i maleńka jabłonka, którą posadzili razem ze Scorpiusem. Dokładnie pamiętała ten dzień. Scorpius był z siebie taki dumny, gdy okazało się, że drzewko się przyjęło.
Na górze coś upadło. Astoria podskoczyła, zaskoczona tym nagłym przerwaniem ciszy. Usłyszała głos Draco. Klął głośno. Uśmiechnęła się i szczelniej otuliła swetrem. Od tygodnia prosiła go, aby zajął się pudłami na strychu. Odwlekał to tak długo, jak tylko mógł. W końcu dziś rano wspiął się na strych i zaczął grzebać w pudłach, które zwiózł tu z domu. Nawet do nich nie zaglądał. Nie lubił wracać do przeszłości.
Gdy zaczęli się spotykać, Draco był w bardzo złym stanie. Właśnie zaczął pracę u Gringotta. Zanim jeszcze go spotkała, słyszała o nim to i owo. Ludzie uwielbiali plotkować. Ona sama pamiętała go ze szkoły, ale nie znali się osobiście. Był od niej starszy o dwa lata. Widywała go tylko na korytarzu od czasu do czasu. Trudno było przegapić jego jasną głowę, wyróżniającą się z tłumu uczniów. Nigdy tak naprawdę nie zwracała na niego uwagi, chociaż jej koleżanki kilka razy rozmawiały o nim przy niej. Był w końcu dziedzicem dość zamożnej rodziny, a co za tym szło, świetną partią. Astoria, jako, że miała starszą siostrę, nie czuła presji ze strony rodziców, aby już w szkole szukać sobie męża. Bawiło ją trochę nawet to polowanie na dobrą partię. Gdy uczniowie zostali ewakuowani z Hogwartu w tamtą noc, gdy Voldemort i jego poplecznicy stanęli pod bramą zamku, Astoria widziała Draco, jak przepychał się przez tłum w przeciwną stronę, niż wyjście. W tedy pomyślała, że to nie skończy się dobrze dla niego.
Ich pierwsze spotkanie, już jako dorosłych ludzi, wyglądało dość niecodziennie. Ona śpieszyła się na jakąś naradę, a on dźwigał stos papierów. Oboje nie widzieli gdzie idą. Wpadli na siebie z takim impetem, że oboje wylądowali na podłodze. Chciała od razu wstać i na niego nawrzeszczeć, ale gdy tylko spojrzała na mężczyznę przed sobą, zrobiło się jej go nieprawdopodobnie żal. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Zapytała go wtedy, czy mogłaby mu jakoś pomóc, ale on tylko potrząsnął głową. „Naprawdę nie mogę dla ciebie nic zrobić?” dociekała. „Mogłabyś naprawić mi życie” burknął, a ona klęknęła koło niego i zaczęła zbierać jego pergaminy. „Herbata. Myślę, że herbata będzie dobrym początkiem” odpowiedziała wtedy. Draco spojrzał na nią na nią tak, jak nikt nigdy. Od razu zmiękło jej serce i pomyślała, że naprawdę chciała go naprawić. Poczuła, że po prostu musi spróbować zrobić coś, aby opuściła go ta rozpacz, jaką miał w oczach.
Astoria, uśmiechając się do swoich wspomnień, wspięła się na schody.
-        Draco? – powiedziała cicho, wpatrując się w otwartą klapę w suficie.- Potrzebujesz pomocy?
Kolejny głuchy stuk i przekleństwo.
-        Dam sobie radę.
-        Ale…
-        Dam. Sobie. Radę. Po prostu…
Weszła na strych i od razu zakręciło jej się w nosie od kurzu. Draco siedział na podłodze pośród kartonów. Dookoła niego leżały sterty połamanych rzeczy. Pomięte fotografie, porwane szaty sportowe, stosy pożółkłych listów.
-        Cała moja przeszłość to śmiecie – powiedział nagle ze złością, ciskając coś za siebie. – Po co kazałaś mi w tym grzebać?
-        Bo sufit strychu się ugina. Jeszcze trochę, a zawali nam się na głowę.
-        Wolałbym, żeby to mnie zabiło, niż siedzieć tu i…
Astoria klęknęła za Draco i oplotła go rękami. Jej miękkie włosy zasłoniły mu twarz. Wdychał ich zapach z przyjemnością.
-        Przepraszam – szepnęła mu do ucha. – Nie wiedziałam, że to takie trudne.
-        Minęło już tyle lat, a ja nadal wściekam się o takie rzeczy… - westchnął zrezygnowany. – Nie chcę sobie przypominać niż z mojego wcześniejszego życia.
-        Wiesz, że to niezdrowe.
-        Wiem, ale nie obchodzi mnie to. Tego nie ma dla mnie. To nigdy nie powinno się zdarzyć.
-        Ale się zdarzyło. I teraz powinieneś już się z tym pogodzić.
-        Ast… Ty nic nie rozumiesz! Przeze mnie zginęło naprawdę dużo ludzi! To wszystko moja wina! Gdybym tylko nie był takim egocentrycznym skurwysynem… Gdyby mój ociec był, chociaż odrobinę mądrzejszy. Gdyby nie ja…
Astoria zamknęła mu usta dłonią. Zawarczał, chcąc pokazać jej, jak bardzo go ten gest zdenerwował.
-        I co nam da rozpamiętywanie tego? – zapytała, siadając pomiędzy jego nogami. – W czym pomoże ci niszczenie zdjęć ze szkoły? Czy to przywróci życie tym ludziom? Czy zmieni to przeszłość?
-        Ast…
Nigdy nie skracał jej imienia przy obcych. Robił to tylko, gdy byli sami. Wszyscy dookoła myśleli, że jej nie kocha, że są ze sobą dlatego, że chciały tego ich rodziny. Nic nie wiedzieli. Draco nie umiał być czuły przy innych. Chyba myślał, że to będzie źle wyglądało w oczach obcych, gdyby pokazywał swoje emocje.
-        Wychodzę na mazgaja – burknął, opamiętawszy się. I znowu był tym chłodnym, opanowanym Malfoyem, którego widzieli wszyscy.
-        Wcale nie. To zdrowe.
-        Zawsze tak mówisz, bo nie chcesz żebym był smutny.
-        Nigdy nie chcę. Taki jest mój cel w życiu.
Wtuliła się w jego pierś i chciała go pocałować, ale odsunął się. Nadal był zły. Jednak Astoria wcale się tym nie przejmowała. On często miewał napady złego humoru.
-        Idziemy na dół? – zapytała w końcu, targając mu włosy. Od razu zaczął je poprawiać. Nie lubił tego. Nienawidził wszystkiego co burzyło jego uporządkowany świat.
Weszli do biblioteki i zasiedli w fotelach, aby poczytać. Draco sztywno, trzymając książkę w obu rękach przed sobą, a Astoria skulona, przerzuciwszy nogi za poręcz, unosząc książkę nad głową.
Dom ponownie spowiła cisza.



Nagle krzyk Scorpiusa ucichł. Tak, jakby ktoś wyłączył dźwięk.
Zrobiło się cicho.
Albus stał przyczajony za drzewem. Nie miał pojęcia, co robić. Ściskał swoją różdżkę i czuł jak trzęsą mu się dłonie. Starał się przypomnieć wszystkie zaklęcia atakujące, których się do tej pory uczył, ale nie mógł. Miał w głowie mętlik.
Kobieta złapała Scorpiusa za ręce i zaczęła go wlec po śniegu. Albus przemykał bokiem, starając się pozostać niezauważonym. Malfoy wyglądał źle. Był blady i przerażająco bezwładny. Wiedźma przez cały czas mamrotała do siebie, albo wykrzykiwała jakieś pojedyncze słowa. Wyglądało to, jakby wydawało jej się, że dookoła niej ktoś cały czas jest. Sapiąc z wysiłku dotarła do rumowiska skalnego za wioską. Długo się rozglądała i chichotała szaleńczo aż w końcu wznowiła marsz i zawlokła Scorpiusa do szczeliny między wielkimi głazami. Albus dopiero, gdy już w niej zniknęła, uświadomił sobie, że tam musi być coś w rodzaju jaskini.
Było naprawdę źle. Musiał działać. Musiał.
Odczekał jeszcze chwilę, ale kobieta nie pojawiła się ponownie. Podpełzł jak najciszej do rumowiska i zaczął nasłuchiwać.
Z początku słyszał tylko głuche stuki i zgrzyty, ale w końcu rozległ się przeciągły jęk Scorpiusa, a następnie śmiech wiedźmy. Albus, ściskając mocno swoją różdżkę, zbliżył się do wejścia do jaskini. Nieprzytomny Malfoy leżał na ziemi, oświetlany słabo migotliwym światłem rozedrganych płomyków z brudnego słoika. Ręce i nogi miał spętane jakimiś brudnymi szmatami. Wiedźma krzątała się przy czymś, odwrócona plecami do Albusa. Wyglądało na to, że usiłowała coś pisać, ale stan psychiczny w jakim była bardzo jej to uniemożliwiał. Cały czas coś mówiła, nie przestawała się kłócić z wyimaginowanymi ludźmi dookoła.
Scorpius poruszył się. Chyba odzyskiwał przytomność.
Albus obejrzał się przez ramię. Gdzie do cholery były Rose i Darcy? Już dawno powinny tu być. Potwornie się bał, ale wiedział, że nie może czekać dłużej. Teraz miał szansę.
Na czworakach, nisko przy ziemi wszedł do jaskini. Pierwsze co poczuł, to odrażający odór zgnilizny. Dookoła walały się pożółkłe stare gazety, kości małych zwierząt i nawet pusta butelka po soku dyniowym. Albus z trudem powstrzymał odruch wymiotny. Na ścianach jaskini były porozlepiane wycinki z gazet i zdjęcia. W większości przedstawiały tęgiego chłopca w szkolnych szatach. One, tak jak gazety, wyglądały na stare. Być może chłopiec ten był teraz w wieku rodziców Albusa. W tak słabym świetle nie mógł się im dobrze przyjrzeć, by móc ocenić czy znał tą osobę.
Scorpius zaczął się budzić. Otworzył oczy i potoczył błędnym wzrokiem dookoła. Jeszcze chwila, a ściągnął by na siebie uwagę czarownicy. Albus podczołgał się bliżej, próbując nie wydać żadnego dźwięku. Wydawało mu się, że oddycha nawet za głośno. Powoli wyciągnął rękę, celując w Scorpiusa. Wyszeptał zaklęcie, ale nic się nie stało. Ponowił próbę i tym razem więzy Malfoya rozluźniły się i opadły na ziemię. W chwili, gdy udało mu się sięgnąć do stopy Scorpiusa, wiedźma odwróciła się i wrzasnęła skrzekliwie. Z całej siły kopnęła Ala w rękę. Chłopiec zawył z bólu i skulił się. Nie wiedział, że tak właśnie bolała łamana kość.
Wiedźma zaskoczona przyjrzała się Albusowi. Nagle jej twarz wykrzywił grymas wściekłości.
-        Nie tym razem! Nie! – wrzasnęła, wymachując różdżką. Albus ledwo zdołał się odturlać. Zaklęcie świsnęło obok niego i trafiło w ścianę jaskini. Wiszące na niej strony gazety zaczęły się palić.  
-        Potter uciekaj! – zawył Scorpius, próbując dźwignąć się z ziemi. Wiedźma, dopadła do niego i przygniotła jego pierś stopą.
Albus nie zamierzał odpuszczać. Wycelował różdżką w kobietę w wykrzyczał zaklęcie. Odbiła je bez większego problemu, ale on nie rezygnował. Ciskał w nią klątwami, bez przerwy. Niektóre były słabe i nie trafiały celu. Jedna była na tyle silna, aby spowodowała, że jej zaklęcie tarczy pękło. To była szansa Albusa. Wymierzył dobrze, ścisnął swoją różdżkę i krzyknął:
-        Drętwota!
Wiedźma wrzasnęła i zachwiała się, a potem padła na wznak. Albus stał zszokowany chwilę, ale na szczęście opamiętał się szybko i podbiegł do Scorpiusa.
-        Jesteś nienormalny – powiedział Malfoy, gdy Al pomagał mu wstać.
-        Nic nie mów. Możesz iść?
-        Chyba…
Zaczęli powoli gramolić się w stronę wyjścia z jaskini. Niestety było to za wolno, bo Scorpius nie mógł iść szybciej. Wszystko go bolało, a do tego kręciło mu się w głowie i gdy tylko przyśpieszał, żołądek skręcał mi się w supeł.
Nie uszli za daleko, gdy nagle drzewo przed nimi eksplodowało. Scorpius zachwiał się i obaj upadli. Przed nimi pojawiła się ściana ognia. Huknęło i kobieta stała na tle palącego się lasu.
-        Nie uciekniesz mi Malfoy. Nie teraz… Tyle czasu. Zemszczę się za moje dziecko.
W jej oczach było czyste szaleństwo. Cała się trzęsła, chociaż wyglądała na szczęśliwą. Jakby spotkało ją największe szczęście w życiu.
-        Będziesz cierpiał. Będziesz cierpiał tak, jak moje dziecko!
Albus i Scorpius nie mieli gdzie uciekać. Wszędzie dookoła był ogień. Śnieg topił się, a drzewa nad ich głowami strzelały i rozsypywały iskry.
Wiedźma wycelowała w Scorpiusa, a on wrzasnął i zwinął się w kłębek. Albus chciał złapać go za rękę, jakoś przerwać zaklęcie, ale kobieta z całej siły kopnęła go w pierś. Stracił oddech na chwilę, a różdżka wypadła mu z ręki. Złapała go za włosy i zmusiła, aby klęknął znowu.
-        Nie przeszkodzisz mi… - wrzasnęła, szarpiąc go. – Nie przeszkodzisz mi!
Spojrzała na Scorpiusa, który leżąc na ziemi dyszał ciężko i uśmiechnęła się. To był paskudny, przerażający uśmiech. Puściła Albusa i pochyliła się nad Malfoyem.
-        Dość tego – wymamrotała, przystawiając różdżkę do skroni chłopca.
I nagle błysnęło, oślepiająco jasne światło. Wiedźma wrzasnęła, a Albus zanurkował w śnieg. Scorpius skulił się. Nie miał siły na nic więcej. W głowie mu się kręciło i wszystko rozmazywało przed oczami. Myślał, że zaklęcie kobiety wypaliło w złą stronę, jednak to nie było to. Zorientował się, że stoi przed nimi jakaś postać, odgradzając ich od wariatki. Był to wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu.
-        Nie waż się ich tknąć – powiedział z mocą. – Nie waż się tknąć tych dzieci!
-        Ty… ty… nie powinno cię tu być!
-        Nie skrzywdzisz moich uczniów!
Wyciągnął rękę i błysnęło jasne światło. Scorpius nie widział wyraźnie. Jedno oko zakrywał mu śnieg. Chciał się podnieść, ale dłoń, na której opierał się, poślizgnęła się i upadł.
-        Nie! Nie! – wykrzykiwała szalona wiedźma, szarpiąc się i wierzgając. Jednak zaklęcie mężczyzny było zbyt mocne, aby mogła je przełamać. Jej ręce i kostki otaczały błyszczące łańcuchy.
Mężczyzna zbliżył się do niej i pochylił się lekko.
-        Nie powinno pani tu być, pani Crabbe.
-        On zabił moje dziecko!
-        To nie jest Draco Malfoy!
Kobieta zaczęła opętańczo wrzeszczeć, ciskając się w pętach.
-        To nie jest Draco! – krzyknął czarodziej. – Vincent nie żyje od ponad dwudziestu lat! Pani Crabbe, proszę się uspokoić! Pogarsza pani swoją sytuację!
-        Nie! Nienieniee… - bełkotała kobieta, targając się mocniej w swych więzach. Wyglądało, że nic do niej nie dochodzi.
Mężczyzna odwrócił się przez ramię, aby spojrzeć na Albusa i Scorpisa. Zamarli, rozdziawiając usta.
-        Chłopcy – powiedział profesor Longbottom z napięciem, ani na chwilę nie opuszczając różdżki. – Czy jesteście ranni?
Albus potrząsnął głową i wskazał na Scorpiusa, który opierał się o jego ramię. Był blady i półprzytomny.
-        Hanna! – krzyknął, a zza drzewa, jakby materializując się znikąd, wyszła niska czarownica o jasnych włosach splecionych w długi warkocz. Ruszyła w stronę chłopców. – Nie bójcie się. Już jesteście bezpieczni.
I wtedy Scorpius odpłynął.


Pierwsze co zobaczył to wielkie oczy Albusa, wpatrzone w niego badawczo. Wzdrygnął się i rozejrzał się po pomieszczeni. Znał to miejsce. Byli w skrzydle szpitalnym. Byli bezpieczni.
Nagle zorientował się, że słyszy krzyki za drzwiami. Trzy męskie głosy. Z początku nie rozeznawał żadnego z nich, ale w końcu usłyszał własnego ojca oraz profesora Longbottoma.
-        Czy to…- zaczął, ale Albus uciszył go syknięciem i podniósł palec do ust.
Scorpius zorientował się, że trzecim uczestnikiem kłótni musiał być pan Potter.
-        Nie obchodzi mnie to, Longbottom! – krzyczał Draco Malfoy, a jego głos był lekko przygłuszony przez grube drzwi skrzydła szpitalnego. – Moje dziecko zostało zaatakowano, kiedy powinno być pod opieką szkoły!
-        Był w Hogsmead, Malfoy! Nie mamy kontroli nad tym, kto mieszka w wiosce. Interweniowaliśmy tak szybko, jak tylko było to możliwe.
-        Mam nadzieję, Draco, że widzisz teraz różnicę między śmiertelnym zagrożeniem, a rozciętą pazurami ręką.
-        Zamknij się, Potter! Prosiłem cię, żebyś poszedł stąd. Nie masz może świata do uratowania?
Albus i Scorpius wymienili zdziwione spojrzenia. Nie mieli pojęcia, o czym ich ojcowie mówili.
-        Zamknijcie się obaj – uciął profesor Longbottom tonem, którego jego uczniowie nie znali. – Po pierwsze dzieci mogą was usłyszeć, a po drugie najważniejsze jest to, że obaj są cali i zdrowi. Bardzo nie chciał bym teraz tego mówić, ale wiesz o tym Malfoy, tak samo dobrze jak ja i Harry, że to nie stało by się nigdy, gdyby nie rzeczy które zrobiłeś w przeszłości.
Scorpius poczuł ukłucie strachu w brzuchu. To nie był pierwszy raz, kiedy słyszał o tajemnicach z przeszłości swojej rodziny. Nie wiedział dokładnie, co wydarzyło się lata temu, ale miał niejasne wrażenie, że jego ojciec był o przeciwnej stronie, co rodzinna Potterów, i ta strona nie była dobra.
-        Jak śmiesz, Longbottom…
-        Draco, on ma rację i dobrze o tym wiesz – odezwał się ponownie pan Potter, tym razem już nie żartobliwym tonem.- Przestań zgrywać panicza, już nie jesteś dzieckiem. To nawet wtedy było tolerowane przez wszystkich, bo wszyscy bali się twojego tatuśka. Zachowaj się jak dorosły i wyjaśnij swojemu dziecku, dlaczego się to stało.
Zamek szczęknął i trzej mężczyźni ukazali się w drzwiach. Najwyższy z nich trzech był pan Potter, którego do tej pory Scorpius widział tylko z daleka, albo czasem na zdjęciu w gazecie. Miał na sobie czarny mundur aurora, a na piersi przypinkę z odznaką szefa departamentu. Profesor Longbottom wyglądał jak zwykle, okrągły, pyzaty i poczciwy. Teraz jednak, Scorpius czuł, że osoba, która miała odwagę kazać zamknąć się szefowi aurorów i jego ojcu, może nie być tym, za kogo podawała się do tej pory.
-        Scorpius – powiedział ojciec, widząc go przytomnego. Od razu do niego ruszył. – Dobrze się czujesz?
Ujął jego twarz w obie ręce i zaczął dokładnie się mu przyglądać, tak jakby tylko naocznie mógł stwierdzić czy wszystko w porządku.
-        Jest dobrze – bąknął Scorpius, nieprzyzwyczajony do takich emocjonalnych reakcji u ojca. – Tylko… tylko wszystko mnie boli.
-        To minie. Zaraz dostaniesz eliksir przeciwbólowy – zapewnił pan Potter, uśmiechając się przyjaźnie. – Byłeś bardzo dzielny, Scorpiusie.
W tym momencie ojciec złapał w ramiona Scorpiusa i przytulił go z całej siły. Chłopiec na początku był kompletnie zaskoczony tą reakcją, ale po chwili zorientował się, że oczy go pieką i czuje się taki mały, malutki. Od bardzo, bardzo dawna nikt go nie przytulał, a on przecież potwornie tego potrzebował. Musiał sobie radzić z tyloma rzeczami, które wcale nie były jego winą i miał tego naprawdę dość.
-        Al – odezwał się cicho pan Potter. – Zakładaj buty, przejdziemy się po zamku i poszukamy twojego rodzeństwa. Draco i Scorpius mają ważne sprawy do obgadania.


Późnym wieczorem Harry stał przy na murach zamku i tęsknie wpatrywał się w błonia. Obserwował uczniów kręcących się dookoła szkoły, nauczycieli i Hagrida zmierzającego do lasu.
-        I jak poszło? – zapytał, nie odrywając wzroku od sielskiego krajobrazu, przypominającego kartkę świąteczną.
-        Cóż… - odezwał się Draco, który chwilę temu pojawił się za jego placami. – Mam naprawdę bardzo mądre dziecko. Ale mimo wszystko, muszę mu dać czas na to, żeby to przetrawił. Miałem nadzieję, że ta rozmowa odbędzie się później.
-        Nie jest łatwo mówić im o tym.
-        Ty nie masz się czego wstydzić, Potter. To przeze mnie umarło wiele osób.
Draco stanął obok Harry’ego i patrzyli w tę samą stronę.
-        Zawsze mi się wydawało, że miałeś cholernego pecha. Tak jak ja, byłem „chłopcem, który przeżył” tak ty byłeś „chłopcem, który nie miał wyboru”.
Malfoy nic nie powiedział. Wziął głęboki wdech i potem wypuścił powietrze z płuc, wzbudzając z ust kłęby pary. Było zimno. Na kamiennych flankach zamku widać było szron.
-        Myślisz, że gdyby nie to wszystko, to byśmy mogli zostać przyjaciółmi? – wypalił nagle Harry, a Draco spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-        Nie… chyba nie… Nadal cię nie lubię, Potter. Szanuję, ale nie lubię.
-        Mam tak samo.
-        Nigdy tak naprawdę ci nie podziękowałem – wyznał w końcu z niechęcią Draco. A Harry kiwnął głową na znak, że to prawda.
-        Ani ja tobie.
-        Ty mi za co?
-        Za rzeczy, których nie zrobiłeś.
Draco patrzył na niego bardzo długo i Harry był pewny, że za chwilę usłyszy jakiś wredny komentarz, ale Malfoy najzupełniej w świecie się roześmiał.

-        Pozdrów żonę i Weasleyów – powiedział, gdy już się uspokoił, po czym skinął Harry’emu i odszedł w stronę skrzydła szpitalnego. 

sobota, 22 sierpnia 2015

Rozdział dwudziesty dziewiąty - Sławne nazwiska

Spałam tylko kilka godzin a za chwilę idę do pracy. Nie wiem, czy to przeżyję. Trzymajcie kciuki. 
Jedziemy dalej z historią główną. Tym razem o młodych ludziach ze sławnymi nazwiskami. Czy naprawdę fajnie jest być dzieckiem celebrytów? 
W niedzielę jadę na Węgry aby się zrelaksować i nie myśleć o magisterce. 
Buziaki, 
Wasza Astal - półżywa z niewyspania. 


Albus miał tajemnicę. Wielką tajemnicę. Taką, z rodzaju tych „umrę ze wstydu, jeżeli ktoś się dowie”.
To zupełnie naturalne, aby człowiek miał swoje prywatne sprawy, jednak ta tajemnica była z gatunku tych wstydliwych. Młodszy Potter ukrywał się jak na razie skutecznie przed Jamesem, Rose i Darcy, a nawet koszmarnie wścibską Lily. Nie był pewny czy uda mu się to ciągnąć cały kolejny rok, ale na razie miał nadzieję, że jest na tyle sprytny.
-        Albi!
Albus spojrzał sponad stolnicy, na której zagniatał ciasto. Jedna z dziewcząt, o ile dobrze pamiętał miała na imię Mackenzie, wołała go z drugiego końca sali. Miała zatroskaną minę. Podszedł i spojrzał na coś co zapewne miało być babeczkami, ale było nieszczęsną katastrofą. Albus wymykał się co wieczór w piątki i przemykał korytarzami w stronę kuchni. Tam co tydzień odbywały się spotkania klubu kulinarnego. Był on jedynym męskim członkiem. Długo się namyślał, czy w ogóle powinien się zapisać, aż w końcu zebrał się w sobie i poszedł na spotkanie. Dziewczęta wpadły w zachwyt, gdy tylko się pojawił. Odtąd był nie tylko ich maskotką, ale też prestiżowym członkiem klubu.
-        Błagam powiedz mi, co poszło nie tak? – powiedziała, robiąc smutną minę, złapawszy go za rękaw bluzy.
-        Za dużo masła – ocenił fachowo, patrząc z politowaniem na spływający z ciastek krem.
-        Ojej ojej – biadoliła dziewczyna, zabierając się do produkcji kremu od nowa. – Nigdy nie wyjdzie mi tak dobrze, jak tobie.
Albus miał tylko trzynaście lat i nie miał jeszcze pojęcia o kokieteryjnych zachowaniach dziewcząt. Dawał się im bardzo łatwo wrabiać w pomoc, chociaż nie można było powiedzieć, że czuł się z tym źle. Podobały się mu ich zachwycone spojrzenia i niezliczone komplementy. Bez przerwy gratulował sobie w duchu, że wolał przesiadywać w kuchni z matką niż biegać z Jamesem po krzakach dookoła domu. W końcu siłą rzeczy nauczył się paru sztuczek przy gotowaniu. Gdy zaczął sam próbować i zgłębiać sztukę kulinarną, okazało się, że jest nawet lepszy od mamy. Pod swoje skrzydła wzięła go babcia, której nigdy nie udało się przekazać wszystkich swoich przepisów córce, gdyż ta zajęta była swoją karierą sportową.
-        Albus! – zawołała kolejna dziewczyna, stojąca przy stanowisku najbliżej drzwi.  Próbowała mieszać surowe ciasto różdżką przez co zrobiło się go tak dużo, że wykipiało z miski.
-        Laurien mówiłam, żebyś nie przesadzała z zaklęciem drożdżowym! – prychnęła jej koleżanka, zajmująca stanowisko obok.
-        Nie – uśmiechnął się Albus, zaglądając do miski. – Mieszałaś w złą stronę.
-        Och jesteś cudowny – westchnęła dziewczyna, odgarniając włosy na plecy i wydymając usta. Albus pozostawał zupełnie nieświadomy jej zabiegów.
Odkąd jeden z braci Potter dołączył do kółka, dziewczęta po prostu wychodziły z siebie, aby go sobą zainteresować. Niestety, był nieczuły na ich trzepotanie rzęsami, zarzucanie włosami oraz słodkie głosiki. Jego naprawdę interesowało tylko gotowanie. Zdawał się w ogóle nie zauważać istnienia płci przeciwnej. Doprowadzało je to do szału i sprawiało, że ich rywalizacja była jeszcze bardziej zaciekła. Co tu dużo mówić, Albus miał wszystko co potrzebne było chłopakowi idealnemu – ostatnio wyprzystojniał, był miły i świetnie się uczył, a co najważniejsze, miał bardzo sławne nazwisko.



Było już późno i jego szlaban powinien się skończyć za chwilę, jednak Scorpius nie miał jakoś ochoty wracać do swojego dormitorium. To był już jego piąty szlaban od początku roku. W reszcie zaczął się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jakiś rodzaj zemsty niektórych nauczycieli. Miał wrażenie, że komuś o nazwisku Malfoy chętniej wlepiali karę niż komuś o nazwisku na przykład Potter. Tym razem dostał szlaban za zniszczenie wyposażenia sali zaklęć. Naprawdę nie chciał tego zrobić, ale gdy usłyszał jak dziewczęta za nim rozmawiają o jego ojcu, nie wytrzymał i po prostu naumyślnie potrącił ich ławkę. Różdżka jednej z nich stoczyła się na podłogę i wypaliła, kompletnie spopielając obie nogi stolika. Oczywiście obie dziewczyny podniosły nieznośny jazgot, oskarżając Scorpiusa o to, że chciał je na pewno zabić.
Nauczyciel nie miał wyjścia, w końcu zniszczone zostało mienie szkoły, i wlepił mu karę, chociaż doskonale wiedział, że szlaban w bibliotece nie jest dla niego aż taką wielką krzywdą. Scorpius lubił towarzystwo książek bardziej, niż ludzi. One przekazywały informacje tylko wtedy, kiedy się chciało tego. Nie kłapały niepotrzebnie gębami. 
Stał właśnie na drabinie i ścierał kurze z najwyższej półki regału. Był tak głęboko w bibliotece, że nawet nie widział stąd drzwi. Było tu cicho i przyjemnie. Lubił to wrażenie, że duża ilość książek dookoła niego pochłania wszelkie dźwięki.
Scorpius spojrzał na zegarek. Wepchnął ścierkę w tylnią kieszeń spodni i zszedł na podłogę. Dobrze wiedział, że jeden dzień ścierania antycznych pokładów kurzu w szkolnej bibliotece to była kropla w morzu. Na to powinien przeznaczyć całe dekady, zrobić z tego styl i cel życia. Nie miał zamiaru tego robić. Nie mniej jednak towarzystwo książek go odprężało.
Ruszył w stronę drzwi, zastanawiając się, czy jego koledzy z dormitorium już usnęli. Nie chciał ich budzić. Nie chciał zwracać ich uwagi na swoją egzystencję. Nie chodziło o to, że go nie lubili. Raczej tolerowali. To było o wiele lepsze określenie. Z żadnym z nich tak naprawdę nie udało mu się zaprzyjaźnić, ale odzywali się do niego, a to był w pewnym sensie jakiś sukces. Dopiero w trzecim roku ich wspólnego mieszkania, jego współlokatorzy uznali, że jest nieszkodliwy. Z początku zachowywali się tak, jakby w każdej chwili mogło mu odbić i zacząłby rzucać na nich klątwami. Skoro się tak nie stało, następnego roku zaczęli z nim ostrożnie rozmawiać. Nie było to nic nadzwyczajnego, nikt się Scorpiusowi nie zwierzał z najgłębszych problemów, po prostu pytali go czy może zamknąć okno, czy też pożyczyłby książkę. Wymagało to od młodego Malfoya ponad ludzkiego wysiłku, aby odpowiadać im kulturalnie i nie wychodzić na gbura. Gdy się denerwował, mówił zawsze wiele niepotrzebnych rzeczy.
Gdy tylko wyszedł zza regałów na otwartą przestrzeń, gdzie znajdowały się stoliki dla uczniów, zatrzymał się jak wryty. Przy najbliższym stoliku siedziała Rose Weasley. W prawdzie jej głowa leżała na blacie, oparta na rękach, a włosy zakrywały jej twarz, ale Scorpius od razu poznał, że to ona. Wszędzie rozpoznałby te rude loki.
Rozejrzał się dokładnie dookoła, ale nikogo nie było w pobliżu. Zrobił kilka kroków w stronę dziewczyny i zamarł. Nie poruszyła się. Chyba spała. Z bliska widział, jak miarowo oddychała. Wyciągnął bardzo powoli rękę i delikatnie ujął jedno pasmo włosów Rose. Odsunął je, aby móc widzieć jej twarz.
Ich ostatnie spotkanie nie należało do najmilszych. Bardzo chciał jej pomóc i uratować ją z tłumu, który zapewne by zaraz ją podeptał, ale oczywiście zachował się jak ostatni gbur i ją przestraszył. Nazwał ją chyba nawet głupią. Chociaż to akurat była trochę jej wina, bo zachowywała się niemądrze. Naprawdę chciał dobrze, ale ona oczywiście uważała go za bezdusznego potwora i buca, więc trudno było jej uwierzyć, że może mieć dobre zamiary.
Scorpius westchnął. Ojciec mówił mu, że ma się trzymać z dala od Weasleyów i Potterów, ale nic nie wspomniał, że cała szkoła będzie go nienawidzić. Może źle zrobił, nie zgadzając się na uczenie w domu? Matka na pewno nie wlepiałaby mu szlabanów co tydzień i pewnie byłaby o niebo lepszym nauczycielem niż połowa tych z Hogwartu.
Miał straszną ochotę dotknąć jej policzka w tym miejscu, gdzie wcześniej miała rozciętą skórę. Wiedział, że nie powinien. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby się obudziła, rzuciłaby na niego klątwę, zanim zapytałaby co on w ogóle wyprawia. Pod jej głową miała pergamin z zaczętym wypracowaniem na opiekę nad magicznymi stworzeniami. Różdżka leżała nieopodal. Przesunął ją na skraj stolika, poza zasięg ręki dziewczyny. Dłuższą chwilę patrzył na jej długie ciemnorude rzęsy, drobny maczek piegów, widoczny nawet pod warstwą makijażu, aż w końcu zorientował się, że pochyla się nad Rose tak nisko, że jeszcze chwila, a dźgnie ją w ucho nosem. Wyprostował się gwałtownie.
W tym momencie dziewczyna się obudziła. Otworzyła oczy i zmarszczyła nos.
-        Ummm usnęłam? – zapytała, podnosząc głowę i rozglądając się. Na policzku miała rozmazany atrament. Przeniosła spojrzenie na wysztywnionego ze strachu Scorpiusa. – Co tu robisz?
-        Biblioteka to nie miejsce do spania – warknął, a potem szybko ruszył do drzwi. Wypadł na korytarz i pognał przed siebie. Policzki piekły go ze wstydu.
Zaraz za rogiem miną tą czarnowłosą przyjaciółkę Rose. Spojrzała na niego drwiąco, a on poczuł się jak jeszcze większy kretyn.



Upokorzenie, jakiego doznał James, trudno było z czymś porównać. Tygodniami znosił ciekawskie spojrzenia i słowa litości. Miał dość, absolutnie dość. Czuł, jakby na twarzy wielkimi literami napisane „frajer”. Wszystkiego dowiedział się z plotek i szeptów na korytarzach, nie od Amber. Ona nie odezwała się do niego ani słowem, od tamtego okropnego dnia. Została zawieszona na tydzień i wróciła do domu na ten czas. Słyszał, że wezwano jej rodziców i, że byli wściekli. Wrzeszczeli na nią przy dyrektorce i podczas całej drogi do brany Hogwartu. Minęło już pięć dni, a James cały czas czuł, jakby miał w klatce piersiowej wielką ziejącą ciemnością dziurę. Mimo, że wszyscy byli dla niego szalenie mili i starali się go pocieszać, to jednak wiedział, że nie był w tej całej sytuacji bez winy.
Huk zaklęć zagłuszał głos Albusa, ale niestety nie całkiem.
-        Możesz na chwilę przestać?! – ryknął brat, a James opuścił rękę i spojrzał na niego. Od ostatniej godziny wyładowywał swą wściekłość na jednym z drzew na skraju zakazanego lasu, ciskając w nie wszystkimi znanymi mu zaklęciami.
-        Czego chcesz?
-        Jim, to nie jest zdrowe to co robisz.
-        Dla mnie czy dla drzewa?
-        Bardzo śmieszne… - Albus skrzywił się, a James w tym grymasie zobaczył coś ze swojej matki. – Możesz ze mną o tym wreszcie porozmawiać?
-        Nie chcę.
Odwrócił się do brata plecami, uważając rozmowę za skończona. Przymknął jedno oko i wycelował różdżką w drzewo. Jego kora była naznaczona w miejscach, gdzie uderzyły zaklęcia. Duże kawałki poodpadały i leżały dookoła na ziemi.
-        Ale ja chcę – nie dawał spokoju Al, uwiesiwszy się mu na ręce.
-        Twoja sprawa. Spadaj, Albus.
-        Ale…
-        Słuchaj – warknął James, podchodząc do niego i celując mu różdżką w nos. Albus wcale się nie przejął tym, bo wiedział, że mimo, iż brat był wściekły, nigdy nie odważyłby się mu czegoś zrobić. Na wszelki wypadek zrobił jednak krok do tyłu. Jim nie był mistrzem we władaniu magią i jego różdżka mogła wypalić samoistnie, gdyż ściskał ją bardzo mocno i był wzburzony. – Bardzo bym cię prosił, żebyś zapomniał o sprawie, tak jak ja. Nie rozmawiajmy już o tym, ani nie pisz o tym do rodziców. Bardzo, naprawdę bardzo, cię proszę.
-        Dobrze. Skoro tak mówisz.
James opuścił rękę i odwróciwszy się na pięcie ruszył w las, tam gdzie było więcej drzew do znęcania się. Albus na szczęście za nim nie poszedł. Doskonale, bo Jim naprawdę chciał być teraz sam. Nie miał pojęcia, co miał mówić tym wszystkim ludziom, którzy chcieli go pocieszyć, albo oferowali, że go wysłuchają. Było mu głupio, że tak naprawdę z jedyną osobą, z jaką chciał rozmawiać była Amber. Marzył o tym, że przyjdzie ona do niego i powie, że to wszystko było jakąś koszmarną pomyłką albo głupim kawałem.
Szedł szybko, potykając się o wystające korzenie drzew. Smagał różdżką każdą wystającą gałąź. Niektóre paliły się na różne kolory a inne zamieniały w kupkę konfetti. Tak był pogrążony w swojej wściekłości, że nie zauważył, iż nogi powiodły go na stadion. Nie mając nic lepszego do roboty wszedł na murawę i usiadł. Po chwili położył się na plecach i obserwował leniwie wędrujące po niebie chmury. Mimo, że był w jednym ze swoich ulubionych miejsc, nie mógł się uspokoić. Cały czas czuł ucisk w piersi. Amber wracała za kilka dni i to go przerażało. Bał się tego, jak zareaguje na jej widok. Bał się też tego, że ona będzie chciała z nim rozmawiać. A już najbardziej przerażało go to, że jej wybaczy.
-        Ej Potter! Orientuj się!
Zanim zdążył się podnieść, coś trzasnęło go w głowę.
-        O cholera przepraszam! – ujrzał nad sobą twarz Emerald. Z początku jej nie poznał, bo nie miała na sobie ani grama makijażu. Z jej twarzy i uszu zniknęły też kolczyki, a dredy spięła w ciasny kok. – Co tak leżysz? Twoi śmieszni koledzy dali mi ją. Powiedzieli, że może ci się przydać.
Jim podniósł się na łokciach i ujrzał, że rzuciła mu na brzuch jego własną miotłę.
-        Co tu robisz?
-        Chcę pomóc – odparła siląc się na beztroskę. Jej uśmiech tak naprawdę był tylko pozą. Od zeszłego roku, od tego felernego dnia, kiedy dowiedziała się, jak bezlitośnie zabawili się jej kosztem bliźniacy, trochę się zmieniła. Wyglądało to tak, jakby straciła całą swoją pewność siebie i nie chciała się już wyróżniać z tłumu. Tak jakby, przestało jej się podobać, że ludzie od razu ją zauważali na korytarzach.
-        Ale ja nie potrzebuję…
-        Nie mam zamiaru zmuszać cię do niczego – wzruszyła ramionami i rzuciła swoją miotłą, a ta zawisła w powietrzu. – Nie chcę z Tobą gadać. Ja też tego nie potrzebuję. Pomyślałam, że może stara dobra przejażdżka na miotle pod wiatr będzie o wiele lepsza…
James skoczył na równe nogi. Tak, tego mu właśnie było trzeba. To było to, co mogło go uleczyć.
Dosiedli swych mioteł i jednocześnie odbili się do ziemi. Zatrzymali się dopiero na wysokości obręczy do quidditcha.
-        Cztery okrążenia zamku – zawołała Ememerald, a James skinął głową.
Wystrzelili niczym pociski. Wiatr wiał dość mocno tego dnia. Szarpał ich ubrania i włosy oraz huczał w uszach. Pędzili z zawrotną prędkością, jak szybciej jak tylko mogły ich miotły. Jim przylgnął płasko do rączki miotły. Krew pulsowała mu w uszach, tak jak przed pierwszym meczem. Dziura w jego sercu właśnie, ale bardzo powoli, łatała się. Może to była adrenalina, a może prawdziwe szczęście, ale tu wysoko nad ziemią Jim czuł, że wszystkie kłopoty, jakie miał zostały tam na dole. Jakby ważył o połowę mniej.
Gdy robili drugie okrążenie, trochę zwolnili, bo wiatr przeszkadzał. Zerknął w bok. Emerald się śmiała. Siedziała z szeroko rozłożonymi rękami i odchyloną głową. Śmiała się na głos, a po policzkach płynęły jej łzy. Coś krzyczała, ale usłyszał tylko pojedyncze słowa. Tak naprawdę nie mówiła do niego. Zrozumiał, że właśnie wykrzykiwała swoje żale całemu światu. Spojrzał przed siebie i uśmiechnął się.
Nabrał powietrza w płuca i krzyknął. Poczuł pieczenie zdartego gardła, ale też chwilę bezgranicznej radości. Wywrzeszczał wszystkie swoje największe troski wiaatrowi, a on porwał jego słowa tak szybko, że nikt ich nie usłyszał.



-        Czy twojemu bratu odbiło?
-        Jamesowi?
-        A ile ty masz braci, Potter?
-        Hm… no tak masz rację… Malfoy…
-        Cicho! Nie wymawiaj tu mojego nazwiska.
-        Dlaczego? Przecież sam zacząłeś.
-        Ale przecież nie chcesz, żeby ktoś wiedział, że ze mą rozmawiasz.
Albus skrzywił się i usiadł na stosie książek. Scorpius, mimo, że skończył szlaban już dawno, nabrał zwyczaju przychodzenia do biblioteki i pomagania przy sprzątaniu. I tak nie miał, co robić wieczorami, gdy już odrobił wszystkie zadania domowe. Albus od jakiegoś czasu mu towarzyszył.
-        Widziałem go, jak znęcał się nad drzewami w lesie.
-        Taaaak… Chyba jest z nim ok. Przynajmniej zaczął z nami normalnie rozmawiać. I dał spokój drzewom.
-        Idziesz jutro do Hogsmeade?
-        O to już jutro? Tak, pewnie tak. Rose i Darcy pewnie będą chciały, żebym się z nimi powłóczył.
Scorpius słysząc, że Albus raczej nie uwzględnia go w swoich planach, sposępniał i odwrócił  się do niego plecami, udając, że zajmuje go układanie książek z powrotem na półkach. W sumie powinien się spodziewać, że Al tak od razu nie przyjmie go do grona przyjaciół. Ich przyjaźń była całkiem inna od tej pomiędzy nim a Rose. Chłopcy tak naprawdę się lubili, ale nie umieli porzucić złośliwości i mówienia sobie po nazwisku. Coś jakby kazało być dla siebie trochę niemiłymi. Albus czasami mówił, że to może ich geny nie dają im tak do końca się zaprzyjaźnić.


-        Dominique… mały Domi…
-        Spadaj Lou.
-        Oj nie złość się. Ile się jeszcze będziesz gniewać?
Dominique spojrzał na brata z obrzydzeniem, a potem odwrócił głowę do ściany. Zawsze, na każdych zajęciach siedzieli w tej samej ławce, więc nie bardzo miał się gdzie podziać, aby uniknąć towarzystwa brata. Siedział na brzegu swojego krzesła, plecami do Louisa i usilnie starał się go ignorować.
Plotka o tym co Louis i Dominique zrobili Emerald Lennox rozeszła się po szkole lotem błyskawicy. Nikt nie wiedział, kto ją zaczął. Wszystkie cztery osoby obecne wtedy przy konfrontacji nie miały w interesie rozpowiadać całej szkole, co się zdarzyło. A jednak ktoś musiał puścić parę, bo już kilka tygodni po zajściu, Na bliźniaków napadła młodsza siostra Emerald. Chciała ich pobić i groziła im, że pozamienia ich w zwierzęta, którymi tak naprawdę są. Miała na myśli szczury. Udało im się uciec, ale już wieczorem cała szkoła huczała od plotek. No cóż, ludzie zwracają uwagę na rzeczy, które dzieją się ludziom o nazwisku Weasley.
Louis chciał znaleźć Emerald. Szukał jej kilka dni na korytarzach. Rozglądał się za nią na każdym kroku i wypytywał wszystkich znajomych gryfonów. Jednak wyglądało na to, ze dziewczyna po prostu zniknęła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. A przecież zwykle nie miał problemu, aby wypatrzeć ją w tłumie uczniów.
-        Znowu robisz tak, jak w dzieciństwie. Jak zabrałem ci zabawkę to się wkurzałeś.
Dominique spojrzał na Louisa. Ten siedział na krześle, rozparty niedbale i bawił się plastikowym zniczem.
-        Ona nie była zabawką! – warknął, mając wielką ochotę przywalić bratu w tę jego uśmiechniętą gębę.
Całe lato spędzili na kłótniach i wrzaskach. Aż w końcu Dominique wyjechał na cały miesiąc do wujka Charliego. Doprowadzali całą rodzinę do szału i musieli się rozdzielić. Matka nie miała już siły na nich krzyczeć. Jednak w Hogwarcie nie mogli się już rozdzielić. Chociaż mieszkali w innych domach, to nadal widywali się bardzo często. Louis po prostu nie umiał odpuścić. Nie umiał też po prostu po ludzku przeprosić. Głównie dlatego, że nie czuł się wcale winny.
-        Skoro wiesz, że nie była zabawką, mały Domi – powiedział słodkim głosikiem Louis, pochylając się ku bratu i wykrzywiając się szyderczo. – To, czemu tak brzydko się nią zabawiłeś?


Hogsmeade było po prostu zawalone ludźmi z Hogwartu. Gdzie Scorpius się nie ruszył, widział jakieś znajome twarze. Przyleźli tu też nauczyciele. A ich najmniej miał ochotę oglądać. Włóczył się bez celu po miasteczku, czując się głupio. Z początku nawet nie planował tu przychodzić, ale został sam w dormitorium i zrobiło mu się strasznie samotnie. Uznał, że powinien pójść między ludzi. Teraz widział, że to był zły pomysł.
Zabłądził w okolice Wrzeszczącej Chaty. Usiadł na pieńku drzewa i w podłym nastroju żuł czekoladę z Miodowego Królestwa.
W chwili, gdy rozmyślał nad tym, czy by nie uznać dnia za stracony i wrócić do zamku, usłyszał za sobą głośny trzask. Znał ten dźwięk, to wiele razy słyszał, jak ktoś się teleportował. Zanim zdążył się obejrzeć, ktoś złapał go za włosy i powalił na ziemię. Poczuł okropny odór ludzkiego ciała. Słyszał nad sobą chrapliwy, nierówny oddech.
-        Malfoy – wychrypiał kobiecy głos. – Nareszcie cie mam… Twój ojciec..
Scorpius próbował się podnieść, ale ktoś wbił mu różdżkę między łopatki. Chwilę potem poczuł rozchodzący się od tego miejsca obezwładniający i palący ból. Owładnął całym ciałem i wdarł się do mózgu, oślepiająco białą falą.


Albus, Rose i Darcy zatrzymali się na raz. Czyjś wrzask przetoczył się po okolicy.
-        Co to było? – wyszeptała Rose, rozglądając się dookoła.
Al odruchowo sięgnął po różdżkę. Dziewczęta spojrzały na niego z niepokojem. Właśnie szli do Wrzeszczącej Chaty. Nikt inny nie wpadł chyba na ten pomysł, bo las był wyludniony.
-        Albus chyba nie chcesz.. – zaczęła Rose, ale on wyglądał tak, jakby wcale jej nie słuchał. Już szedł w stronę, z którego dochodził krzyk. Darcy złapała Rose za rękę, jakby chciała ją powstrzymać przed podążeniem za kuzynem.
Krzyk powtórzył się i był o wiele głośniejszy. Wyglądało, że osoba bardzo cierpi.

-        Rose, Darcy – powiedział nagle Albus, patrząc na nie przez ramię. – Idźcie po pomoc. Znajdźcie jakiegoś nauczyciela i przyprowadźcie go tu. Szybko! Już!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Bonus letni - z cyklu Astal i Inspring przedstawiają cz.1

 Oto przed Wam pierwsza część małego opowiadanka, które ja i moja najlepsza przyjaciółka pisałyśmy dla zabawy tej zimy. Postanowiłam go dodać teraz, bo nie mam nowej notki, a poza tym bardzo tęsknię za Inspring. Ona została z złej i brzydkiej Łodzi, a ja mieszkam chwilowo u rodziców. A do Łodzi już nie wrócę. Teraz czekam mnie Warszawa i Rh, jako mój współlokator. 
Mam pewne powody, dla których nie piszę nowego rozdziału:
1 - Magisterka
2 - książka Fangirl 
3 - moja własna powieść 
4 - Magisterka! 
5 - upał
Tak więc mam nadzieję, że miło Wam będzie się czytało nasze opowiadanie w ten lepki, duszny i upalny dzień. Łapcie szklanki pełne lemoniady z ogórkiem! To pierwsza rzecz, którą kiedykolwiek napisałam z kimś. Piszemy o sobie i nazwałyśmy się nazwiskami z książki bo tak. Bo nikt nam nie zabroni. Jesteśmy przecież dorosłe.
Rozpoznacie które są moje fragmenty?
Pozdrawiam,
Wasza Astal - lepka od upału i obłożona książkami do magisterki. 


— Prolog —
            Wielka sala wyglądała dokładnie tak samo, jak zawsze. Te same portrety na ścianach, obserwujące ze znudzeniem młodych adeptów, te same srebrne świeczniki i te same zawieszone pod sufitem świece, oświetlające te same od wieków cztery stoły. Wszystko było takie samo, za wyjątkiem nieba, choć to, że było pokryte ciemnymi, deszczowymi chmurami stało się już prawie regułą. Ale skąd mogli wiedzieć o tym mali, jedenastoletni czarodzieje, trzęsący się ze strachu tuż przed stołem nauczycielskim? Dla nich wszystko tutaj było wyniosłe, piękne i niespotykane.
– Nie rób takiej miny, bo ci tak zostanie.
 Niewiarygodnie niska blondyneczka podskoczyła nerwowo i rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu źródła dźwięku. Znalazła je szybko, choć wymagało to uniesienia oczu o kilka centymetrów.
– Cicho! – szepnęła drżącym od przejęcia głosem. – Nie powinnyśmy rozmawiać!
 Druga dziewczynka, która zaczęła tę rozmowę uśmiechnęła się figlarnie i prychnęła.
– Musimy przecież mieć coś z życia, zanim pozabijamy się nawzajem podczas ceremonii!
 Z wyraźną satysfakcją obserwowała poruszenie, jakie wywołały jej słowa pośród najbliżej stojących.
– O czym ty mówisz?! – niższa z dziewczynek skrzyżowała ręce na piersi. – Nikt nikogo nie będzie zabijał!
 W odpowiedzi otrzymała tylko porozumiewawcze mrugnięcie i chrząknięcie profesor McGonagall, która oznajmiła rozpoczęcie ceremonii przydziału.
– Black, Natallie!
Druga z dziewczynek, wciąż z tym samym uśmiechem podbiegła do stołka.
– SLYTHERIN! – wykrzyknęła Tiara Przydziału.
Z niewiadomych powodów pobiegła do zielonego stołu w podskokach. Przecież wszyscy wiedzą, że to nie jest dobry dom!
Minęły wieki, zanim do przydziału wywołano wszystkie dzieciaki z kolejki.
– Potter, Ada!
Mała podbiegła do stołka, powiewając za sobą długimi blond włosami.
– GRYFFINDOR!
Spod flagi z czerwonym lwem rozległy się gromkie oklaski.


— Kilka lat później —
            W lochach panował niezmienny spokój. Dźwięk każdej kropli spływającej po ścianie lodowatej wody odbijałby się zapewne echem w sali do eliksirów, gdyby powietrze nie było tak gęste od panującej wewnątrz atmosfery. Nikt nie śmiał sie odezwać, choć profesor Snape nie zjawił się jeszcze w klasie. To nie miało znaczenia, mógł przecież wkroczyć w każdej chwili, a wtedy sam Minister Magii im nie pomoże. Tylko Dumbledore raczy wiedzieć, dlaczego eliksiry Ślizgoni zawsze odbywali z Gryfonami. Jedno z niepisanych praw Hogwartu, stworzone jedynie ku uciesze profesora Snape'a, który  najchętniej przeniósłby Gryffindor do Durmstrongu. W takiej konfiguracji miał przynajmniej wdzięczną publikę dla swoich niekonwencjonalnych metod edukacji.
            Natalie z wyrazem litości w niebieskich oczach przyglądała się próbom sąsiadki uwarzenia eliksiru spokojnego snu. Dosypała korzonki do swojego kociołka, po czym złapała Gryfonkę za nadgarstek i w ostatnim momencie zmieniła kierunek mieszania na poprawny.
– Rany, wszystkich Ślizgonów chcesz tym wykończyć? – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko. – Ja rozumiem, że profesor Snape ma trudny charakter pisma, ale jeśli z "lewo" zrobiło ci się "prawo", to nie wiem co robisz na trzecim roku.
            Dziewczyna zlustrowała wybawicielkę uważnym spojrzeniem.
– Jeśli z buntu goblinów zrobiła ci się wielka wojna, to nie wiem, co ty robisz na trzecim roku – odcięła się i odwróciła ostentacyjnie, by wziąć fiolkę ze stolika, zrzucając przy tym leżące obok pergaminy.
– Zwykłe "dziękuję" byłoby na miejscu – Natalie schyliła się, by pozbierać rozrzucone notatki. Rozwinęła najgrubszy pergamin ze wszystkich i otworzyła szeroko usta.
– Wow! – westchnęła głośno. – Zamienię to na fiolkę mojego elksiru!
Ada spojrzała na nią z ukosa.
– Może gdybyś choć raz postanowiła nie spać na zajęciach, porządne notatki z historii magii nie byłyby dla ciebie taką niespodzianką. – Mimo wszystko jej ręka zawisła w powietrzu tuż nad naczyniem.  Skąd mam wiedzieć, że twój eliksir jest dobry?
            Natalie uśmiechnęła się jeszcze szerzej i schowała pergamin do wewnętrznej kieszeni szaty.
– Zaufaj mi, twój eliksir śmierdzi gorzej od kotki Filtcha!
Wyminęła Adę, położyła swoją własną fiolkę na biurku profesora i opuściła klasę.


Było sobotnie popołudnie. Poza murami zamku szalała burza. Deszcz zacinał w okna, a wiatr wył na korytarzach niczym umęczona dusza potępieńca. W bibliotece było cicho i przyjemnie. Dookoła panował zapach starych książek, wymieszany z aromatem wieloletnich pokładów kurzu. Uczniowie rozsiedli się przy stolikach i skrzypieli piórami, odrabiając zadania domowe.
-        Gobliny… gobliny…  - mruczała do siebie ze złością Natalie, wędrując pomiędzy regałami. Musiała napisać wypracowanie na zajęcia z historii magii, ale nie miała bladego pojęcia, gdzie szukać materiałów. – No cholera… dlaczego to nie mogą być jednorożce?
Weszła między regały i rozglądając się z rezygnacją, ruszyła przed siebie. Och jak o wiele bardziej wolałaby teraz wygrzewać się na słońcu, leżąc rozciągnięta nad brzegiem jeziora. Grzmot przetoczył się nad zamkiem.
-        O cholera! – damski wrzask przerwał gęstą ciszę, a Natalie poczuła, coś gwałtownie poruszyło jej się nad głową.
Zanim zdążyła zorientować się co to takiego, lawina książek posypała się na nią. Pisnęła i chciała uskoczyć, ale zaraz po książkach na spotkanie z podłogą poleciało coś o wiele cięższego. Dziewczyna została zwalona z nóg i runęła twarzą w dół.
-        O ja… - usłyszała ze swoich pleców znajomy głos.- Na cycki Morgany… zabiłam kogoś?
-        Potter to ty, prawda? – zapytała Natalie, plując blond włosami. Nie była pewna czy są jej czy Ady.
-        Mhm… dzięki za miękkie lądowanie.
Natalie wyplątała się z kończyn Ady i usiadła. Głowa bolała ją w miejscu, gdzie oberwała książką.
-        Żadnych ran ani otwartych złamań? – zapytała Ada, która już wróciła do pozycji pionowej i teraz stała nad Natalie i wyciągała rękę, aby pomóc jej się podnieść.
-        Mam nadzieję… - burknęła dziewczyna, przyjmując pomoc, ale niechętnie.
-        Szkoda, że nie jesteś przystojnym starszym chłopakiem – zachichotała Ada, zbierając porozrzucane książki. – Wtedy złapałby mnie w wyjątkowo heroiczny sposób, a potem zaprosił na randkę…
-        No przepraszam bardzo – burknęła Natalie, zadzierając głowę i odczytując nazwę działu, w jakim się znalazła. – Czego szukasz w transmutacji ciała? Przecież zaklęcia zmieniające wygląd to dopiero materiał szóstej klasy.
Odwrócona do niej plecami Ada długo nie odpowiadała. Natalie wzięła jedną książek z podłogi i przeczytała tytuł.
-        Nie mów mi, że chcesz sobie cos poprawić.
-        Nie twoja sprawa, ok.? Z resztą i tak tylko czytam…
Zebrała się do odejścia, ściskając w objęciach pokaźne naręcze książek. Natalie przyglądała się jej, zastanawiając się nad czymś intensywnie.
-        Chodzi o wzrost, prawda? – wypaliła nagle, uśmiechając się złośliwie.
Ada aż podskoczyła, a potem odwróciła się gwałtownie. Buzię miała całą czerwoną, a usta zaciśnięte w cienką linię.
-        Nie, nie chodzi o wzrost – wycedziła przez zęby, a Natalie zrobiło się jej trochę przykro i pożałowała swojej wścibskości. – Miło byłoby, gdyby wszyscy zrozumieli, że ja naprawdę nie mam z tym problemu.
-        Ja też nie lubię niektórych moich części – powiedziała nagle, zaskakując nawet samą siebie, Natalie. – Nos mam za długi i mogłabym mieć jaśniejsze włosy…
-        Po co? Przecież i tak są już zupełnie białe… Jesteś tak biała, że nie odznaczasz się pewnie na śniegu…
-        A ty z niego nawet nie wystajesz…
Obie mierzyły się spojrzeniami pełnymi dezaprobaty.
-        Niezłe – uznała w końcu Ada, a Natalie skinęła głową, uznając komplement. – Jeśli już musisz wiedzieć, Black, to mi chodzi o nogi. A dokładniej chcę mieć chudsze nogi..
-        Bo?
-        Bo wtedy będę mogła nosić krótsze spodniczki – westchnęła Ada, uciekając spojrzeniem w bok. Spódniczka Natalie była tylko trochę dłuższa, niż przewidywał regulamin szkoły. – A wtedy może on się na mnie popatrzy….
-        Chcesz mieć chudsze nogi, żeby zarwać jakiegoś chłopaka?  - parsknęła śmiechem Natalie, przewracając jasnymi oczami.
Ada złapała jedna książkę i udała, że chce zamachnąć się na nią, więc Natalie uskoczyła zwinnie na bok. Jak na dzisiejszy dzień miała już dość bliskich spotkań z twardymi okładkami książek.
-        To nie jest tam jakiś chłopak – burknęła Ada, ruszając w stronę wyjścia z biblioteki. Natalie, zupełnie zapominając o swoim wypracowaniu, ruszyła za nią. – Ma najfajniejsze oczy na całym świecie.
-        Pokażesz mi go?
-        Nie.
-        Oj dlaczego, no?
-        Bo jeszcze ci się spodoba i mi go zabierzesz.
-        Jest w tym jakaś logika – musiała przyznać Natalie, ale nie dodała na głos, że wyjątkowo szalona i pokręcona.
Ada skrzyżowała ręce na piersi i uniosła podbródek troszkę wyżej niż ludzie zwykli go unosić.
-        A właściwie co ty tutaj robiłaś?
Natalie przestała rozmasowywać sobie bolące miejsce i rozejrzała się dookoła raz jeszcze.
-        No tak, gobliny! - klepnęła dłońmi w uda i okręciła się na pięcie o trzysta sześćdziesiąt stopni. - Gobliny, właśnie.
            Ada zmarszczyła brwi i uniosła w górę jeden z kącików ust, podążając za wzrokiem towarzyszki.
-        Proszę, Black powiedz mi, że nie szukałaś informacji do wypracowania z historii magii w dziale hodowli zwierząt.
 Natalie przygryzła lekko dolną wargę. Nawet ona musiała przyznać, że zabrnęła w swoich poszukiwaniach w głęboką desperację. Dopóki na zajęciach w grę wchodziła logika, była najlepszą uczennicą w swojej klasie, jednak gdy tylko na horyzoncie zjawiały się długie na kilka stóp wypracowania z dziedzin humanistycznych,  pojawiał się problem.
-        Może - burknęła przeciągając sylaby. - A może nie.
Odrzuciła głowę do tyłu, zrobiła w tył zwrot i ruszyła w kierunku innego działu.
-        Nie tam! - krzyknęła za nią Ada, wciąż ściskająca w dłoniach grubą książkę.
 Natalie skierowała się do następnego w kolejności działu.
-      Tam też nie!
Natalie wyglądała na zupełnie zdezorientowaną. Ada westchnęła głęboko.
-     No teraz to już po prostu przesadziłaś.
Wzięła ją za rękę i zaprowadziła pod regał znajdujący się w zupełnie innym końcu biblioteki. Natalie pokiwała z uznaniem głową, spoglądając na etykietę "konflikty goblinów", wystającą spomiędzy książek tuż na wysokości jej twarzy.
-     Dziękuję - powiedziała, uśmiechając się. Zgarnęła z półki kilka tytułów z zamiarem przejrzenia ich w dormitorium.
-     Pierwszy raz widziałam, żeby ktoś szukał w dziale o quidditchu! - Ada pokręciła głową z dezaprobatą. Ewidentnie podobała się sobie w tej roli, szczególnie, że na eliksirach i numerologii Natalie zawsze ucierała jej nosa. - No myślałam, że za...
Ada wciągnęła w płuca dużą ilość powietrza i przykleiła się plecami do regału.
-        Co ci się...? - Natalie odwróciła się, by spojrzeć w miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą spoczywał wzrok koleżanki. - Który?
Wciąż z szerokim uśmiechem, obserwowała grupkę nieco starszych chłopców, stojących przy jednym ze stolików.
-        Nie patrz! - Ada nerwowo pociągnęła Natalie za rękaw szaty.
-        Idzie tutaj - Natalie wyrwała się z uścisku, próbując zachować pion. - Faaajny!
Ada niespokojnie przygładziła włosy i spódniczkę i stanęła tuż na wprost przybysza. Chłopak był wysoki a jego blond włosy potargane w ten specjalny sposób, który wyglądał na nonszalancki, ale tak naprawdę wymagał dłuższego postania przed lustrem i tubki żelu. Twarz pokrywał mu jasny zarost, co dawało mu wygląd nieco starszego, niż w rzeczywistości był. Na szyi dumnie wisiał krawat Slytherinu. Razem z towarzyszami zatrzymał się obok dziewczyn.
-     Cześć - przywitał się uprzejmie.
-     Cześć - dziewczęta powiedziały chórem.
-     Co tu robisz? - głos Ady stał się nieco wyższy niż zazwyczaj.
-     Przyszedłem po książkę.
-     Och, ja też. Jaką?
-     "Antologia najbardziej krwawych powstań goblinów w XVIII wieku". Jest tuż za tobą....  - chłopak uniósł delikatnie brwi i zwęził usta. Natalie prychnęła cichutko z rozbawieniem.
-     Oj, aha, no tak... - Ada odsunęła się, umożliwiając mu dostęp do książki. - Tak, też przyszłam po książki o goblinach właśnie.
-     "Podstawowe zaklęcia urodowe dla tych, którzy potrzebują pomocy" - Krukon, który stał do tej pory z tyłu, przeczytał tytuł książki, spoczywającej w rękach Ady. - Pewnie sporo na temat goblinów, co?
 Natalie zareagowała natychmiast.
-     To moje - powiedziała, zabierając książkę i dodając ją do stosu, który podtrzymywała brodą.  - Ciekawość to pierwszy stopień do smoczej jamy!
 Spróbowała wściekle odrzucić głowę do tyłu, przez co książki niebezpiecznie zachybotały. Krukon mrugnął do niej, przez co spłonęła rumieńcem i oburzyła się jeszcze bardziej.
-      Powodzenia z wypracowaniem - powiedział Ślizgon, uśmiechnął się delikatnie i odwrócił w stronę czytelni.
-     Nawzajem! - krzyknęła za nim Ada. Odczekała, aż znikną za regałem, po czym osunęła się na ziemię i ukryła twarz w dłoniach.