środa, 6 marca 2013

Rozdział Dziesiąty, w którym dużo mówi się o sporcie.

Dodaję rozdział dziś, bo w weekend nie będę mieć czasu, gdyż będę szaleć po Warszawie z Rh. To nie jest kolejne odkrywcze opowiadanie, ale po jakimś czasie zorientujecie się, że pojawiło się tu kilka rzeczy, które poniekąd będą ważne potem.
A i mam pytanie - czy ma ktoś ochotę poczytać moje mini opowiadanka spoza fanfikcji? Dajcie znać w komentarzach, to będę je publikować na cywilniaku czy coś.
Pozdrawiam,
wiosenna Astal


W klasyfikacji generalnej szkolnych rozgrywek Quidditcha prowadził Hufflepuff. Na drugim miejscu ulokował się Slytherin a za nim kolejno Gryffindor i Ravenclaw. Ostatni mecz przed przerwą zimową rozegrał się między Puchonami a Gryfonami i zakończył się paskudną porażką dla tych drugich. Wszystko przez kontuzję szukającego, która dała o sobie znać w kluczowym momencie meczu. Biedny chłopiec został odtransportowany zaraz po meczu do skrzydła szpitalnego, a jego koledzy z drużyny pokłócili się w pokoju wspólnym między sobą. Sprzeczka była tak zażarta, że reszta gryfonów umknęła do swoich dormitorium. Dwa dni przed świętami szkołę obiegła nowina, że jeden ze ścigających gryfonów zrezygnował z grania w drużynie. 
-     To najgorsza drużyna, jaką Gryffindor miał od dwudziestu lat – przyznał z żalem Teddy Lupin, a James pokiwał smutnie głową.
Było późne popołudnie i cała rodzina Weasley – Potter cieszył się ostatnim dniem ferii świątecznych. Jim spojrzał na ojca i wujka Rona, którzy przysłuchiwali im się, siedząc w fotelach przed telewizorem.
-     Neville mi już o tym pisał kiedyś – przyznał Harry. – Wspominał, że nie mogą zebrać się do kupy i chociaż nie są najgorsi, to jednak nie liczy na puchar.
-     To jest koszmarne – poskarży się James, sprawdzając czy jego pianka już dostatecznie się zarumieniła.
Z kuchni słuchać było podniesione głosy. Teddy spojrzał w tamtą stronę, marszcząc brwi.
-     Co się tam dzieje?
-     To Lily – wyjaśnił James, trochę bełkotliwie, bo usta miał sklejone pianką. – Znowu odstawia dramat, bo nie chce, żebyśmy wracali do szkoły.
Teddy wstał i ruszył do kuchni, aby zapanować nas sytuacją. On także, jak z resztą wszyscy kuzyni Lily, uwielbiał ją i miał do niej słabość. Czasami narzekał, że Harry i Ginny wrabiają go w niańczenie jej, chociaż tak naprawdę uwielbiał się zajmować Lily, bo nie dość, że ona znała wszystkie najświeższe plotki rodzinne, to jeszcze mógł bezkarnie się bawić zabawkami, zapominając, że jest już dorosły.
Do pokoju wszedł Albus. Łypnął na Jamesa i minąwszy go, usiadł obok ojca. Bracia byli pokłóceni, gdyż Albus ośmielił sobie dowcipkować, kiedy Amber przysłała Jamesowi świąteczną kartkę z dość bezpłciowymi życzeniami. Dla kontrastu Jim wysłał jej prezent w postaci wielkiej czekolady. Zawiedziona mina Jamesa tak bardzo rozbawiła Albusa. Oczywiście James poczuł, że jego męska duma została poważnie nadszarpnięta, a całą swoją złość postanowił wyładować na bracie. Pobiliby się gdyby, nie szybka reakcja Ginny, która rozdzieliła synów zaklęciem, a potem zrobiła im wykład.
Pomijając ten nieprzyjemny incydent to święta Potterowie mogli zaliczyć do udanych. Wigilia jak zwykle została urządzona u Hermiony i Rona, gdyż tylko oni mieli na tyle miejsca, aby pomieścić całą rodzinę. Dom przy Grimmauld Place 12 miał w prawdzie wiele pokoi przerobionych na bibliotekę, ale i tak można było tam wstawić łóżka. Dzieci uwielbiały spać razem w bawialni. Rozkładały śpiwory na podłodze i gadały całą noc, co chwila zakradając się do kuchni po resztki z wigilijnej uczty.
Teddy wrócił, niosąc Lily na barana.
-     Rose rozlała sobie na sukienkę czerwony barszcz i teraz beczy w swoim pokoju – oznajmiła triumfalnie dziewczynka.
Ron wstał i udał się na górę, do pokoju córki, a Lily zlazła z pleców Teddy’ego i siadła obok Jamesa. Brat bez żadnego wahania oddał jej swoją piankę, którą opiekał nad ogniem. Albus przyglądał im się spode łba. Harry poklepał młodszego syna po łopatce, chcąc go pocieszyć trochę. Zawsze wydawało mu się, że powinien wspierać Albusa. Gdy synowie byli w jakimś konflikcie, to zawsze po cichu brał stronę młodszego.
-     Spoko tato – powiedział cicho Al, jakby rozumiejąc myśli ojca. – James to pawian, ale to nie jego wina. Hormony pomieszały mu w głowie.
-     A ta Amber, o której cały czas mówi… ładna jest?
-     Jak cukierek brzoskwiniowy – przyznał Albus niechętnie. Prawdę mówiąc trochę się peszył w towarzystwie Amber. Wydawała mu się za żywa i jak na jego gust, mówiła za dużo. W porównaniu do jej kuzynki, Darcy, była zdecydowanie za głośna. – Jimbo strasznie się spina, żeby go polubiła bardziej. To śmieszne, jak się na to patrzy.
-     Nie bądź złośliwy, Al. Nawet nie wiesz, jak niektórym chłopcom jest trudno rozmawiać z dziewczynami.
-     Masz na myśli siebie, tato?
-     Jak na jedenaście lat jesteś wyjątkowo wredny, wiesz?
Albus wyszczerzył się, jakby uznając to za komplement. Harry nie wiedział, co o tym myśleć, więc przeniósł uwagę na to, co działo się obok nich. Lily i James sprzeczali się o coś piskliwie, a Ron prowadził zapłakaną Rose do kuchni, gdzie siedziały Ginny i Hermiona. Najwyraźniej Ron chciał wywabić plamę z sukienki córki, ale kiepsko mu poszło i teraz zamiast plamy była wypalona dziura.



Ginny wiedziała, kiedy Harry miał jakiś problem. Jakiś czas temu nabrał zwyczaju przytulania się do niej przed snem i leżenia w całkowitej ciszy. Domyślała się, że wtedy myślał nad czymś intensywnie bądź uspokajał się.
Obudziła się w nocy i zobaczyła, że mąż jeszcze nie spał. Siedział skulony na swojej połowie łóżka i pochylał się nisko nad jakąś książką. Blade światło różdżki nadawało jego twarzy trupioblady kolor.
-     Idź spać – wymruczała Ginny, strącając książkę z łóżka. Upadła na podłogę z głuchym stukiem. Harry podskoczył, zaskoczony.
-     Obudziłem cię? – zachrypiał, ale ona nie odpowiedziała, tylko złapała go za rękę i zmusiła, aby położył głowę na jej plecach. Przytulił się do niej i zamknął oczy, wsłuchując się w bicie jej serca.
Ginny pamiętała to, kiedy po raz pierwszy tak leżeli przytuleni. To było w pierwszą noc po śmierci Voldemorta. Jej rodzice zmusili Harry’ego aby zamieszkał z nimi. W nocy Ginny nie mogła spać. Wiedziała doskonale, że on też nie śpi. Zakradła się do jego pokoju i usiadła na skraju łóżka.
-     Nie możesz, czy nie chcesz usnąć? – zapytała wtedy, kładąc rękę na jego czole.
-     Nie wiem – zamruczał, leżąc na boku i wpatrując się w księżyc widoczny przez okno. – Czuję się dziwnie teraz, kiedy już wszystko jest normalne.
-     Zawsze mogę rozstawić ci namiot w ogródku, jeżeli odwykłeś od spania w budynkach – zażartowała, przeczesując palcami jego za długie włosy.
Harry parsknął śmiechem i zerknął na nią skosem.
-     Jesteś dokładnie taką żmiją, jak mówili mi twoi bracia – powiedział miękko.
-     Za to mnie kochasz?
-     Za to i za wiele innych rzeczy.
Pociągnął ją do siebie, a ona chętnie przystała na zmianę pozycji. Wślizgnęła się pod jego kołdrę. Położył głowę na jej piersi i oplótł w pasie ramionami. Leżeli tak chwilę bez słów, ale Ginny czuła, że zbliża się nieunikniona rozmowa, więc odezwała się pierwsza:
-     Chcesz mi o wszystkim opowiedzieć?
-     Tak.
Przytuliła policzek do czubka jego głowy i słuchała. Harry mówił o wszystkim, co przydarzyło mu się od momentu, gdy zniknął z wesela Billa i Fleur. Mówił tak długo aż ochrypł, aż zrobiło mu się sucho w gardle. Nie pomijał żadnych szczegółów, wyrzucał z siebie wszystko, co nagromadził podczas tego ostatniego roku. W pewnym momencie głos mu się załamał, ale Ginny była na tyle taktowna, aby udać, że wcale tego nie zauważyła. Była mu to winna. Zawdzięczała mu to, że uratował cały jej świat.
Od tego czasu wiele razy Harry przytulał ją w ten sposób. Dziś też najwyraźniej mu to pomogło, bo po jakimś czasie rozluźnił się i położył się obok żony.
-     Chciałbym przedłużyć sobie urlop – wymruczał w końcu Harry. – Gdybym tylko mógł…
-     Nie myśl o tym teraz.  Dopiero rano idziesz do pracy.
-     Cały czas mam przed oczami tych ludzi ze szpitala…
-     Bardzo są poranieni?
-     Uzdrowiciele ich połatali, ale nadal nie jest z nimi dobrze. Nie mogłem znieść jak pytali mnie czy już rozwiązałem to, kto ich zaatakował, a ja nie mogłem im odpowiedzieć. Znaczy… Vasiliki odkryła, że zaatakowały harpie, ale co ja niby mam z tą wiadomością zrobić? Nie ma harpii w całej Wielkiej Brytanii.
-     Rozwiążesz to – pocieszyła go Ginny, ale on tylko westchnął. – Dzieciaki już śpią. Chcesz zakraść się do lodówki po ciasto?


James biegł zaaferowany przez korytarz pociągu, zaglądając po kolei do wszystkich przedziałów. Nigdzie nie mógł znaleźć Amber. Chwilę temu puścił mimo uszu radę, którą ojciec dał mu jeszcze na peronie. Harry chciał, aby syn nadal próbował dostać się do drużyny i nie rezygnował z latania. Niestety myśli Jima były już zajęte za bardzo, Amber, aby słuchał uważnie ojca.
-     James!
Jim odwrócił się i ujrzał Carla oraz Chrisa. Skrzywił się na ich widok, bo chociaż ich lubił, to nie byli nawet w połowie tak ładni jak Amber.
-     Nie zalewa cię fala miłości na nasz widok – rzekł kwaśno Chris, szturchając przyjaciela między żebra. – Nie kochasz już mnie, Jimmy?
-     Bardzo cię lubię, stary, ale o miłości nie może być mowy. Ojciec nie wybaczyłby mi, gdybym się związał z kimś, kto tak fatalnie gra w Quidditcha.
-     Ach ranisz mnie, J.S.!
-     Natomiast Carl to, co innego – zachichotał Jim, mrugając łobuzersko do drugiego przyjaciela. – Jesteś na tyle ładny, że rodzice nie zauważyliby, że jesteś chłopcem.
-     Nie mam pojęcia jak wy to robicie – burknął Carlisle, łypiąc na nich złowrogo. – Nawet nie powiedziałem słowa, a już zostałem obrażony… Chodźcie, znajdziemy sobie przedział.
Chwilę potem stanęła im na drodze Victorie. Zmierzyła Jamesa i Chrisa lodowatym spojrzeniem.
-     Słuchajcie mnie, małe małpki – zaczęła, celując palcem w nos Jima. – To mój ostatni semestr, jako prefekta naczelnego. Nie ma prawa się nic wydarzyć. Kompletnie nic, zrozumiano?
-     Droga kuzynko- uśmiechnął się James, klepiąc ją po dłoni. – A kim ja jestem, aby stawać na drodze przeznaczeniu?
-     James! Ja cię ostrzegam!
Chris posłał jej buziaka, a Carl uśmiechnął się przepraszająco, a potem wszyscy trzej wślizgnęli się do pustego przedziału, który mieli po swojej lewej stronie.
W innym przedziale Albus, Rose i Darcy zdążyli się już zadomowić.  Dziewczyny rozmawiały o przebiegu świąt z entuzjazmem, a Albus milczał, zastanawiając się, czy nie powinien pójść poszukać Scorpiusa. Jeszcze nikomu się nie przyznał do tej niezwykłej przyjaźni i zastanawiał się czy w ogóle powinien. Wydawało się, że ze Scorpiusem należy postępować ostrożnie. Może nie czułby się dobrze w towarzystwie Rose i Darcy? Albus zerknął na dziewczyny. Darcy z całą pewnością nie wyglądała na osobę sympatyczną. Małe kroki, pomyślał Albus.
Za szybą drzwi mignęła jakaś niska postać w grubych okularach. Darcy pomachała jej entuzjastycznie, a ona odmachała nieśmiało.
-     Kto to? – zainteresowała się Rose, wychylając się, aby zobaczyć plecy oddalającej się osoby w okularach.
-     Moja kuzynka, Amethyst – wyjaśniła Darcy, rozsiadając się wygodniej na ławce.
-     Nie wyglądała jak… hmm… - Rose zawiesiła głos, bo nie miała pojęcia jak wyrazić swoich myśli, nie urażając nikogo.
-     Nie wyglądała jak dziewczyna?- zachichotała Darcy, machając ręką niedbale. – Nie rób takiej miny, Rose. Przecież wiem, że przez te okulary i splątane włosy ona bardziej przypomina kloszarda. Wszyscy jej to mówią, ale ona nikogo z rodziny nie słucha. Wygląda trochę jak jakieś zwierzę, nie? – zamyśliła się, stukając się palcem w podbródek. – Jak jedna z tych świnek morskich, co są takie potargane.
-     Jest dobrą ścigającą – przypomniał sobie Albus. – Nieźle poradziła sobie w ostatnim meczu ślizgonów. Jest malutka, ale śmiga całkiem nieźle na miotle.
-     Dlaczego ty nie latasz na miotle, Albus? – wypaliła nagle Darcy, mierząc go spojrzeniem.
Chłopiec spiął się i spojrzał w bok. Rose szturchnęła przyjaciółkę w bok, ale Darcy nic sobie z tego nie zrobiła. Miała to do siebie, że gdy już raz uwzięła się na jakiś na coś, drążyła temat aż do obrzydzenia. Zawsze musiała wszystko wiedzieć, a ten temat dręczył ją już od dłuższego czasu. Próbowała oczywiście najpierw wypytać Rose, ale ona zbyła ją wytłumaczeniami, w które Darcy nie wierzyła.
-     Bo nie umiem – odparł Albus, lodowatym tonem.
-     Bzdura. Mając takie geny, nie można nie umieć latać.
Albus już miał coś odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Wstał szybko (Darcy i Rose cofnęły się bliżej siedzenia, zadziwione taką reakcją) i burknąwszy coś na kształt „idę się przejść”, wypadł na korytarz. Dziewczęta spojrzały po sobie zdumione.
Albus udał się na przechadzkę wzdłuż przedziałów. Gdy dotarł do ostatniego wagonu, wszedł do końcowego przedziału.
Rozparty na jednej z ławek Scorpius podniósł głowę znad książki. Al opadł na siedzenie naprzeciw chłopaka i westchnął ciężko.
-     Myślałem, że wolisz inne towarzystwo ode mnie, babski królu – zachichotał złośliwie Scorpius.

sobota, 23 lutego 2013

Metryczki bohaterów

Przepraszam, że nie ma nowego rozdziału. Cały tydzień zajmowałam sie polowaniem na doktorów i profesorów, aby dostać wpisy. Miałam pisać w piątek, ale przypomniałam sobie, że mam przyjaciółki. Na osłodę, postanowiłam opublikować metryczki bohaterów. Będę potem tą notkę aktualizować, więc jakby kto chciał do niej wrócić opatrzę ją tagiem "metryczki".
Zapraszam też raz w tygodniu na mojego bloga na stronie Tygodnika Starachowickiego, gdzie piszę felietony :D blog tygodnik - mam na imię Ada, jakby ktoś  nie pamiętał.


 
Postacie z kanonu HP:


James Syriusz Potter (dla rodziny Jimbo, dla przyjaciół J.S.)
Rodzina: najstarszy syn Harry’ego i Ginny
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: na początku 12 lat
Dom: Gryffindor
Oczy: brązowe
Włosy: czarne,
Cechy szczególne: brak piegów, bardzo podobny do dziadka od strony ojca z wyglądu i z zachowania


Albus Severus Potter (dla rodziny Al lub Albi)
Rodzina: drugi syn Harry’ego i Ginny
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: na początku 11 lat
Dom: Gryffindor
Oczy: zielone
Włosy: ciemnokasztanowe
Cechy szczególne: piegi, słaby wzrok po ojcu, nie lubi latać na miotle


Rose Weasley
Rodzina: najstarsza i jedyna córka Rona i Hermiony
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: rówieśnica Albusa
Dom: Gryffindor
Oczy: błękitne
Włosy: Ciemne rude, kręcone, długie aż do pasa
Cechy szczególne: piegi, mądra, ale bardzo niezdarna, często się potyka albo coś podpala

Scorpius Malfoy
Rodzina: jedyny syn Dracona i Astorii
Pochodzenie: czysta krew
Wiek: rówieśnik Rose i Albusa
Dom: Slytherin
Oczy: szaroniebieskie
Włosy: blond, ciemniejsze niż ojca
Cechy szczególne: bardzo małomówny, kocha książki, a gdy się peszy, automatycznie wpada w złość


Dominique i Louis Weasley
Rodzina: synowie Billa i Fleur, siostra Victorie
Pochodzenie: czystej krwi, w jednej ósmej wille
Wiek: dwa lata starsi od Jamesa
Dom: Dominique- Ravenclaw, Louis – Hufflepuff
Oczy: błękitne
Włosy: platynowy blond
Cechy szczególne: Dominique jest jednym z lepszych uczniów, a Louis gra w Quidditcha


Victorie Weasley
Rodzina: najstarsze dziecko Billa i Fleur
Pochodzenie: czystej krwi, w jednej ósmej willa
Wiek: siedemnaście lat
Dom: Ravenclaw
Oczy: błękitne
Włosy: platynowy blond
Cechy szczególne: piegi, jest prefektem naczelnym


Hugo Weasley
Rodzina: jedyny syn Rona i Hermiony, młodszy brat Rose
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: w wieku Lily, dwa lata młodszy od Rose
Dom:----------
Oczy: błękitne
Włosy: rude
Cechy szczególne: piegi, nosi okulary, z charakteru podobny do matki a z wyglądu do ojca.


Lily Luna Potter
Rodzina: jedyna córka Harry’ego i Ginny
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: na początku 9 lat
Dom:--------
Oczy: brązowe
Włosy: rude, długie za łopatki.
Cechy szczególne: piegi, bardzo wścibska, uwielbia podsłuchiwać


W opowiadaniu pojawiać się będą też:
Molly i Lucy – córki Percy’go
Fred i Roxanne – dzieci George’a i Angeliny
Lorcan i Lysander Scamander – synowie-bliźniacy Luny


Moje własne postacie:

Sapphire Darcy (dla przyjaciół Darcy, dla rodziny Sappy)
Rodzina: rodzice (ojciec Heliodor), babcia i młodszy brat - Jasper.
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: rówieśniczka Rose i Albusa.
Dom: Gryffindor.
Oczy: lekko skośne, niebieskie.
Włosy: Czarne, proste, „na pazia”
Cechy szczególne: bardzo złośliwa, ambitna


Amber Green (dla rodziny Berry)
Rodzina: rodzice (matka Pearl), starsza siostra Jade. 
Pochodzenie: czystej krwi
Wiek: rok starsza od Jamesa, rówieśniczka Amethyst.
Dom: Huffelepuff
Oczy: duże, brązowożółte.
Włosy: złoto blond, sięgające do łopatek, zwykle splecione w warkocz i upięte dookoła głowy.
Cechy szczególne: bardzo szybko mówi, ma jasne brwi i rzęsy


Christopher Bellamy (dla przyjaciół i rodziny Chris lub Thoper)
Rodzina: dwaj bracia oraz ojciec.
Pochodzenie: muggleborn
Wiek: rówieśnik Jamesa.
Dom: Gryffindor.
Oczy: brązowe.
Włosy: krótkie, szaro blond.
Cechy szczególne: bardzo wysoki, ma odstające uszy


Carlisle Grand (dla przyjaciół Carl, lub Carly)
Rodzina: matka i trzy siostry
Pochodzenie: półkrwi
Wiek: rówieśnik Jamesa
Dom: Gryffindor
Oczy: błękitne
Włosy: jasne blond, kręcone
Cechy szczególne: dość niski, nawet jak na swój wiek, musi brać lekarstwa, gdyż jest chory na tajemniczą chorobę


czwartek, 14 lutego 2013

Bonus, który piszę, zamiast się uczyć cz.2 - walentynkowa.

Poczujcie moją miłość do świata i do Was! Oto moja walentynka dla każdego, kto czyta moje opowiadanie. Zdałam wczoraj egzamin na 3+ i jestem z siebie taka dumna, że w nagrodę kupiłam sobie torbę chipsów i piwo. Za godzinę jadę po Rh na dworzec i będziemy obchodzić nasze ósme wspólne walentynki. Czad, nie? Nowy rozdział głównego opowiadania za tydzień w piątek albo w sobotę. Ten bonus to są takie różne kawałeczki, które można powciskać w moje opowiadanie, albo nawet dodać przed nie.
Pamiętajcie - nawet jeżeli dziś nie macie randki, to i tak właśnie czytacie swoja walentynkę! :)
Pozdrawiam,
Astal, co boi się iść do łazienki, bo tam siedzi pająk.



-      Jak ty to robisz?
Syriusz odgarnął z oczu włosy i spojrzał na swojego najlepszego przyjaciela, który właśnie siadł przed nim na fotelu i zadał to dziwne pytanie.
-      To, czyli co?
-      Siedzisz i czytasz, a wszystkie dziewczyny dookoła gapią się na ciebie, jakbyś był cholernym centrum wszechświata.
Black błysną zębami w cwaniackim uśmiechu, a potem rozejrzał się dookoła, faktycznie wiele dziewczyn zerkało na niego. Jedna nawet, gdy ich spojrzenia spotkały się, spłonęła rumieńcem.
-      Zazdrościmy?
-      Chcę wiedzieć jak ty to robisz. Jesteś przecież o wiele większym palantem niż ja, a ciebie dziewczyny lubią.
-      Chodzi ci o konkretną dziewczynę, nieprawdaż?
James nic nie powiedział, tylko nabrał powietrza w policzki i zmarszczył się. Syriusz odłożył książkę, usiadł prosto i nachylił się do przyjaciela.
-      Sekret polega na tym, mały Jimbo, aby wywołać u dziewczyny tak zwany efekt „ojejku”.
-      Pierwsze słyszę – burknął Jim, mimo wolinie przysunął się do Syriusza. Wyglądali z daleka, jakby właśnie powierzali sobie największy sekret.
-      Wszystkie prawa zastrzeżone dla Syriusza Blacka.
-      Ale powiesz na czym to polega?
-      Słuchaj – każda twoja wypowiedź, oraz wszystkie twoje czyny mają sprowadzać się do tego, aby dziewczyna poczuła się tak miło, że to powie. Patrz i ucz się – rzucił, wyprostowując się i skanując pokój wspólny dookoła w poszukiwaniu dobrego obiektu badawczego. Ujrzał Liz Tucker siedzącą nieopodal na parapecie, zaczytaną w książce. – Hej Liza! – dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na niego pytająco. – Nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć dziś, że twoje nogi wyglądają świetnie na obcasach. Noś je częściej!
-      Ojejku dzięki – ucieszyła się Liza, szybko zerkając na swoje nogi, a potem znowu na Syriusza. –  Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł. Jestem bardzo niska…
-      Nonsens, masz świetne nogi, Liz.
-       Ale jesteś kokiet, Syriusz – westchnęła się Liza, siadając inaczej i zakładając nogę na nogę. Wcale nie wyglądała na obrażoną, co więcej zaczęła trzepotać rzęsami intensywniej. - Chcesz te notatki z historii magii, o które wcześniej prosiłeś?
-      Ekstra! Zaraz do ciebie przyjdę - zawołał Syriusz, spoglądając na Jamesa wymownie. – Widzisz? Tak to działa. Wieczorem w sypialni powadze cię w tajniki mojej sekretnej sztuki podrywania. Do tego czasu, nie próbuj sam z tego korzystać.
Wieczorem Syriusz w dormitorium zaczął uczyć Jamesa swoich tajemnych taktyk.
-      Słuchaj – zaczął Black śmiertelnie poważnym tonem.- Jest kilka kategorii rzeczy, które możesz komplementować. Pierwsza, najbezpieczniejsza, to zdolności i intelekt. Jeżeli chcesz podlizać się Evans, to mów jej, jaka mądra i zdolna jest.
-      A jaka jest druga kategoria?
-      Mniej bezpieczna, ale raz a jakiś czas możesz to zastosować – uroda. Raz na jakiś czas nie zaszkodzi zasugerować, że Evans ma niezły tyłek.
-      Łapa!
-      Mówię, co widzę, Rogacz.
-      Zaskakujące jest to, że jeśli chodzi o podrywanie potrafisz opracowywać całe plany działania, a gdy przychodzi o nauki, jesteś kompletnie beznadziejny – odezwał się Remus, odkładając książkę i spoglądając na przyjaciela z politowaniem.  – James nie słuchaj go, on nie zna się na takich dziewczynach jak Lily. Doskonale wiesz, dlaczego ona cię nie znosi, nie?
-      Nadmieniła coś o tym, wtedy nad jeziorem…
Syriusz zachichotał na wspomnienie tamtej awantury, a Jim zmroził go spojrzeniem.
-      Skoro chcesz, żeby była ci bardziej przychylna, to po prostu nie rób tego, co ją wkurza. To proste.
-      A czy nie zaszkodzi spróbować metody Łapy?
-      Jeżeli lubisz palić za sobą mosty…
To powiedziawszy Remus wstał i wyszedł z dormitorium wyglądając na obrażonego. Naprawdę nie lubił tego, jak Syriusz kokietował dziewczyny. To było sztuczne i wypracowane, a takie rzeczy wcale nie były w stylu Jamesa. On doskonale mógł przewidzieć, że z chwilą, gdy Jim zacznie wcielać plan Łapy w życie będzie to totalna klapa.
Następnego dnia, na lekcji eliksirów Lily została unieszczęśliwiona towarzystwem Jamesa w ławce. Jimowi udało się przydybać Liz, z którą Lily zawsze siedziała, i przekupić ją, by zgodziła się zamienić miejscami z nim. Po jednej torbie cukierków cytrynowych i godzinie namawiania Liza uległa. Z resztą nic nie straciła na tej podmianie, bo wylądowała obok Remusa, który zawsze chętnie wszystkim pomagał na lekcjach.
-      Lily mogłabyś pożyczyć mi swoje mieszadełko? – zapytał przymilnie James.
-      A co zrobiłeś ze swoim, Potter?
-      Obawiam się, że wyleciało przez okno, gdy Syriusz rzucił nim w Petera. 
Lily niechętnie podała mu wspomniany przedmiot. Ukradkowo zerknęła na zawartość jego kociołka. Nie wyglądało to różowo, a powinno. W podręczniku wyraźnie napisane było, że półprodukt tego eliksiru powinien mieć kolor jasnego różu. U Jamesa w kociołku natomiast bulgotało coś o kolorze dojrzałej śliwki węgierki.
-      Nie dodałeś korzenia piołunu – poinformowała Jima Lily.
-      Słucham?
-      Pominąłeś jeden składnik.
-      Och… Jestem dziś trochę rozkojarzony…. Dzięki. Jesteś świetna z eliksirów.
-      Mmmm nie taka świetna.
-      Daj spokój ze skromnością – uśmiechnął się James. – Od początku widać było, że masz do tego smykałkę.
-      Ojej dziękuję – szepnęła Lily, powracając do swojego eliksiru i pochylając się głęboko do przodu, aby nikt nie zauważył, że się zarumieniła.
James kątem oka zauważył, że Syriusz pokazuje mu uniesiony do góry kciuk.


Hałas i krzyki za rogiem sprawiły, że Lily przystanęła. Wolała być ostrożna, bo ostatnio w szkole zdarzały się dziwne i bardzo niepokojące wypadki.
-      Dopadnę was, dupki! – usłyszała męski głos, w którym słychać było wściekłość.
Wychyliła się zza węgła, trzymając różdżkę w pogotowiu. Ujrzała dwie osoby klęczące na podłodze obok sterty książek i pergaminów – Jamesa Pottera i jakiegoś małego chłopca, wyglądającego na pierwszoklasistę.
-      Nic ci się nie stało? – zapytał James. Wyglądał na zaniepokojonego.
-      Wywrócili mnie i pomazali mi książki – poskarżył się chłopiec, pokazując Jamesowi jedną z książek, na której okładce napisane było „szlama” czerwonymi literami.
-      Nie przejmuj się – pocieszył go Jim, klepiąc po ramieniu. Starał się ukryć to jak bardzo był wściekły i wystraszony, zachowując się niczym dobry starszy brat. – Wstań, a ja to naprawię.
-      Co się stało? – odezwała się Lily, a oni dwaj aż podskoczyli, bo wcale nie zauważyli jej obecności.
-      Znowu jakichś dwóch palantów uważa za śmieszne dręczyć ludzi – wyjaśnił James, zerkając w bok, tak gdzie uciekli oprawcy. W jego oczach błysnęła czysta nienawiść, doskonale widać było, że gardzi takim zachowaniem. – Jak masz na imię? – zwrócił się znów do pierwszaka.
-      Jordan Lewis – bąknął chłopiec.
-      Daj książkę, Jordan. Zakryję ten napis okładką – zaoferował James wyciągając różdżkę. – Co na niej byś chciał?
-      Smoki.
-      Ja też je lubię – uśmiechnął się Jim, stukając w książkę różdżką. – Są super.
Chwilę potem oddał rozpromienionemu Jordanowi książkę obłożoną w czerwoną okładkę, po której wiły się złote smoki. Chłopiec przyglądał się im chwilę, jak oczarowany.
-      Chcesz żeby odprowadzić cię do twojego pokoju wspólnego?
-      Miałem się spotkać z kolegami w bibliotece – wyjaśnił Jordan, machając ręką w stronę, z której przyszła Lily.
-      To leć tam szybko i staraj się nie chodzić sam po korytarzu, ok.?
Chłopiec puścił się truchcikiem i już po chwili zniknął za rogiem. James patrzył za nim chwilę, jakby nasłuchując jego kroków, aż w końcu przeniósł spojrzenie na Lily, która przez cały czas obserwowała uważnie. James wydał się jej nagle jakiś inny – łagodniejszy, spokojniejszy…
-      Zaraz mam trening, ale odprowadzę cię do wieży – to było oświadczenie, a nie pytanie. Lily drgnęła i zmarszczyła się, ale on udał, że tego nie zauważył. – No chodź.
-      Sama umiem chodzić, Potter.
Spojrzał na nią ze złością, a potem chwycił ją za rękę i zaczął za sobą wlec w stronę wieży.
-      Możesz mnie nienawidzić – warknął Jim, nawet nie zwalniając, chociaż ona musiała prawie biec, aby za nim nadążyć. – Ale widziałaś, co stało się tamtemu dzieciakowi. Nie możesz chodzić sama, bo ty też możesz stać się celem takich ataków… Daj tą torbę, wygląda na ciężką.
Przewiesił sobie torbę Lily przez ramię, a ona w niemym zdziwieniu spojrzała na niego okrągłymi oczami. Jak sięgnęła pamięcią wstecz, to Potter ostatnio nie zachowywał się jak pajac. Wszyscy mieli nadzieję, że gdy został kapitanem drużyny, spoważnieje i przestanie robić głupoty, ale na taką przemianę cała szkoła musiała czekać jeszcze rok. Działalność Huncwotów ostatnimi czasy była bardzo znikoma, a członkowie grupy częściej widzialni byli przy nauce czy też podczas pomocy ofiarom ataków.
-      Nie mogę pozwolić, żeby tobie stała się krzywa – powiedział James, a to jego głosu był łagodniejszy niż przedtem.
-      Umiem się obronić – burknęła Lily, chcąc ukryć, jak bardzo była pod wrażeniem takiej troski o jej osobę.
-      Wiem, ale gdyby jednak coś ci się stało, to ja bym sobie nie darował, że nic nie zrobiłem – spojrzał na nią a ona poczuła wbrew sobie, że bardzo podoba jej się to, co on teraz powiedział. Nagle wydał się jej dorosły i odpowiedzialny.
-      Nic mi się nie stanie – parsknęła, szybko się opamiętawszy. Nie mogła przecież stracić twarzy przed kimś takim jak Potter, niezależnie od tego jak bardzo ujmująco opiekuńczy był.
-      Ja o to zadbam.


-      Zaproszenie do was na święta? – zapytał James, bo wydawało mu się, że się przesłyszał. Miał bardzo głęboką nadzieję, że się przesłyszał.
-      Mhm…- wymruczała Lily, udając, że wtula się w jego pierś, choć tak naprawdę chciał uniknąć patrzenia na niego. Sama wmanewrowała go w ten obiadek zapoznawczy, kiedy matka nie dawała jej spokoju, ciągle wypytując „kto to był ten przystojny okularnik?”. – Mama przysłała list, a w nim zaprasza cię do nas.
-      Doskonale – wypluł James, nagle przestając się interesować wydekoltowaną bluzką Lily, chociaż wcześniej nic innego się dla niego nie liczyło. Nawet to, że byli w bibliotece. Przydybał ją między regałami, dopilnowując, aby bibliotekarka ich nie zauważyła.
-      Jim to tylko kilka godzin – wymruczała Lily, starając się go na powrót zainteresować sobą. – Moi rodzice chcą cię poznać.
-      Już sobie to wyobrażam… - wyburczał rozsierdzony Rogacz. Nagle wyprostował się, przywołał na swoje oblicze sztuczny uśmiech i wyciągnął przed siebie rękę. – Witam pana, panie Evans! Tak, to ja jestem tym gościem, który pragnie miętosić biust pana córki.  Tak się cieszę, że nareszcie mogę pana poznać!
Udał, że wita się z niewidzialnym mężczyzną. Oczy Lily zwęziły się w szparki. James wpadł w tak dobry nastrój nagle, że postanowił sobie nie przeszkadzać.
-      Ach pani Evans! Muszę przyznać, że teraz widzę, po kim pani córka ma tak zjawiskowy tyłek…
Lily zakryła mu obiema dłońmi usta
-      Wiesz, jaki jest z tobą problem, Potter? – powiedziała poważnie. – Nigdy nie wiem czy żartujesz, czy mówisz poważnie. Teraz właśnie obawiam się, że mógłbyś powiedzieć te głupoty przy moich rodzicach.
-      Ja sobie to wypraszam! Ja naprawdę chcę miętosić…
-      Ok. ok.! Pojęłam aluzję.
-      Niezwykle subtelną…
-      Tylko, jeżeli nie znasz znaczenia słowa „subtelny”. A ty znasz, James. Nie jesteś w połowie tak głupi, jakiego udajesz.
-      Jak ty dobrze mnie znasz. Kocham cię, Lily.
-      James!
-      No co?
-      Nie mówi się takich rzeczy, w takiej chwili – prychnęła Lily, ale James nadal wyglądał na zaskoczonego. – Masz ręce pod moją bluzką. To nie odpowiedni moment, żeby wyznawać mi miłość.
-      To jest najbardziej odpowiednia chwila, moja droga – błysnął zębami w szelmowskim uśmiech i chociaż ona chciała się wyplątać z jego objęć i obrazić się, to swoim mocnym uściskiem zniweczył jej plany. – Zapamiętaj to, kochanie. Nigdy nie pozwalaj mężczyźnie, który cię nie kocha, wkładać ci ręce pod ubranie.
-      Och dziękuję, wujku dobra rada. Zabrzmiało to tak, jakbym miała ich tysiące…
-      Nie! Nie! Poprawka – zorientował się James, łapiąc Lily w pasie i przygwożdżając ją do regału z książkami za jej plecami. – Nigdy nie pozwalaj mężczyźnie, który nie jest mną…
-      Ok. zrozumiałam. A teraz puszczaj, ośmiornico, bo słyszę, że ktoś tu idzie.
Zza regałów wyłonił się Syriusz Black. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości i spojrzał krytycznie na nich.
-      Skończyliście? – zapytał znudzonym tonem. – Rogacz, McGonagall wzywa cię do siebie. Banda ślizgonów z pierwszego roku porzygała się pod salą zaklęć.
-      Ale ja nic nie zrobiłem! Cały czas byłem tutaj.
-      Mówiłem jej, ale ona nie uwierzyła mi, że obściskujesz się z Lily Evans i kazała ci przyjść.