Pytacie mnie, kiedy będzie nowy rozdział, a ja nie umiem odpowiedzieć. Wiem, że dużo czasu upłynęło od ostatniego. Problem tkwi w tym, że jestem zmęczona. W całym moim życiu nie byłam tak zmęczona, jak jestem obecnie.
To jest jedyna stała rzecz w moim życiu od lutego.
Mam nadzieję, że zrozumiecie i poczekacie jeszcze trochę.
Chciałam dla Was coś napisać, nawet nie cały rozdział, ale jakiś bonus, jednak przez to, że jestem zawalona szkołą i pracą, nie mam nawet chwili się zastanowić co pisać. Może ktoś z Was ma jakiś pomysł? Chętnie skorzystam z czyjegoś mózgu, skoro mój się tymczasowo nie nadaje.
Przestaję powoli chcieć mieć tytuł magistra.
Wasza, zawinięta w koc i smutna,
Astal
czwartek, 27 marca 2014
czwartek, 13 lutego 2014
Rodział Dwudziesty, w którym różne osoby pakują się w kłopoty.
Jestem paskudna, wiem. Dałam spojler następnego rozdziału a tu tego fragmentu nie ma! Prawda jest taka, że mam ferie (2 tygodnie, bo zaliczyłam absolutnie wszystko!) i dużo czasu do wymyślania, więc wpadłam na ten pomysł. Fragment ujawniony będzie w następnym rozdziale. Dziś spojrzymy na ludzi, którym do tej pory poświęcałam mniej czasu.
Wasza,
Astal
Astal
Chichot za plecami. Złowrogie spojrzenia.
Malutkie złośliwości. Amber nie przywykła do tego. Nie miała pojęcia czym sobie
na to zasłużyła. Rozumiała, że jej kuzynek ktoś może nie lubić, w końcu Emerald,
Sapphire czy Amethyst były dość dziwaczne, ale dlaczego ktoś robił przykrość
jej?
Zajrzała do torby jeszcze raz i zagryzła
wargi. Cała była pełna błota. Zostawiła ją tylko na chwilę na ławie obok stołu
i odeszła, aby przywitać się z Jamesem. Gdy wróciła zauważyła, że wszyscy
patrzą się na nią i próbują ukrywać złośliwe uśmiechy. Amber nie miała
przyjaciółek wśród dziewcząt w szkole, więc nie miała nawet nikomu powierzyć
swoich rzeczy na chwilę do przypilnowania.
Podniosła głowę i rozejrzała się. To
stało się nie pierwszy raz. Tydzień temu ktoś wylał jej atrament na głowę, gdy
przechodziła przez dziedziniec. Wtedy pobiegła na skargę do Jamesa, a on zrobił
z tego wielka sprawę. Od tego czasu złośliwości zamiast ustać, nasiliły się.
Gdy szła przez korytarz, nagle rozkleił jej się but, a potem ktoś upaprał jej
miotłę czymś co przypominało masę kajmakową. Nigdy nie zniszczono jej nic cennego,
nigdy też jej nie zraniono. Przysporzono jej tylko masę sprzątania. Od tej
chwili nic już nikomu nie mówiła.
Siadła spokojnie i zabrała się za jedzenie.
Bardzo starała się uspokoić i nie dać po sobie poznać, że cokolwiek obchodzi ją
zepsuta torba. Nie miała pojęcia, co zrobić ze zniszczonymi podręcznikami i
piórnikiem. Siostrze też nie mogła powiedzieć, bo domyślała się, że Jade
zrobiłaby wielką awanturę na cały zamek.
Gdy skończyła posiłek, w sumie była tak
zdenerwowana, że nie mogła przełknąć za dużo, udała się do dormitorium,
rezygnując z popołudniowych zajęć. Koleżanki z klasy odprowadzały ją
pogardliwymi spojrzeniami.
W łazience Amber wywaliła zawartość
torby na podłogę i zaczęła cicho chlipać.
Nawet nie domyślała się, że wszystkie te
ataki były reakcją na jej wcześniejsze zachowanie. Po wygraniu przez Hufflepuff
pucharu quidditcha Amber, spuchnięta z dumy, nie mogła się powstrzymać od
chwalenia się na głos, jak to jej zagranie przysporzyło drużynie najwięcej
punktów. Miała rację, bo grała wtedy świetnie. Tylko czy kogoś to obchodziło?
Amber nie miała pojęcia, że fakt, iż jej życie było idealne mógł nie podobać
się pozostałym uczniom. Koleżanki z dormitorium miały powoli dość jej świetnego
humoru i zabawnych anegdot o Jamesie i jego kolegach. Z początku naprawdę je
bawiły, ale potem, gdy zachęcona ich uwagą Amber opowiadała dalej, zaczęły im
działać na nerwy. W końcu zaczęły ją ignorować, aby trochę jej przytrzeć nosa.
Dziewczyna zamiast pokornie przeczekać tą sytuację, zaczęła pozwalać sobie na
złośliwe uwagi. To, co zwykle koleżanki zbywały śmiechem, teraz zaczęły
traktować, jak śmiertelne obrazy.
Nadmiar złego Robin nada boczył się na
nią, że zgodziła się zostać dziewczyną Jamesa i nie odzywał się do niej od
kilku tygodni.
Gdyby Amber była starsza może
zrozumiałaby, że ludzie po prostu jej zazdroszczą. Gdyby była milsza, nie
mieliby jej sukcesów za złe, ale Amber nigdy nie należała do najskromniejszych
czy też najsympatyczniejszych. Nikt nigdy nie uczył jej tego. Dorastała w
przekonaniu, że wszystko jej się należy i nie musi za nic przepraszać.
Chwilę trwało nim pozbierała się. W
końcu wyjęła różdżkę i zajęła się naprawianiem książek. Na szczęście skończyła,
zanim koleżanki wróciły z popołudniowych zajęć. Gdy weszły do pokoju, zastały
ją leżącą na łóżku i przeglądającą najnowszy numer Czarodziejskiej Nastolatki.
Pogardliwie wydymając usta przeszły obok niej, nie zaszczycając jej dłuższym
spojrzeniem.
Amber spojrzała na wiszący na ścianie
kalendarz. Do końca roku szkolnego pozostało trzy tygodnie.
-
Już
po egzaminach?
Amber podniosła głowę i ujrzała Jamesa,
który właśnie dosiadł się do niej.
-
Prawie
– odpowiedziała, odkładając książkę na stół.- Została mi jeszcze tylko
historia. A ty już?
-
Dziś
mam eliksiry, a jutro zaklęcia. Już dziś nie chce mi się uczyć. Więcej i tak
nie wcisnę do głowy – zażartował Jim, pukając się w czoło knykciami.
-
A
Chris?
-
Hm…
- James uśmiechnął się złośliwie, wskazując głową na stół gryfonów. Thoper
siedział pochylony nisko nad stertą poplamionych i pomiętych kartek. – W
ostatniej chwili nadrabia zaległości z całego roku.
Amber uśmiechnęła się bez humoru i
wróciła do książki. James zdziwił się jej brakiem entuzjazmu. Zwykle uwielbiała
żartować z nim, szczególnie, gdy tematem był Thoper. Oczekiwał na zwyczajny dla
niej wybuch radości, ale ona dziś wyglądała jakoś nieswojo.
-
Coś
nie tak? – zapytał, szturchając ją palcem w ramię.
Machnęła ręką odpędzając go, niczym
natrętną muchę. Cofnął się, zaskoczony i trochę urażony.
-
Stresują
mnie te egzaminy – bąknęła Amber, sama zdziwiona swoim zachowaniem. Musiała
skłamać, bo nie chciała, aby Jim wiedział, że sobie z czymś nie radzi. – Mało
spałam.
James kiwnął głową na znak, że rozumie.
Chwilę siedział cicho, całkowicie nieświadomy, że Amber cały czas jest napięta
i zastanawia się czy nadal wszyscy złośliwcy, którzy dokuczali jej od dłuższego
czasu, obserwują ich teraz. Ostatnio bała się nawet wyjść z dormitorium by nie
narazić się nikomu. Idąc korytarzem rozglądała się czujnie dookoła. Taka stała
czujność sprawiła, że nie mogła się skoncentrować i egzaminy nie poszły jej tak
dobrze, jak w poprzednich latach. Straciła też humor i wcale nie miała ochoty z
nikim rozmawiać. Próbowała to ukrywać przed Jamesem i Jade. Na razie wierzyli w
jej wymówki.
-
Eeeej
– odezwał się w końcu James, patrząc na nią niepewnie. – Nie chciałabyś wpaść
do mnie w wakacje? Mama często robi grilla i…
-
Oczywiście!
– wykrzyknęła Amber, zachwycona. To było jak światełko nadziei w ciemnym tunelu
tegorocznych wakacji. To było coś, co mogło poprawić jej parszywy nastój, w
jakim teraz była. Ponad to od dawna
chciała poznać rodziców Jamesa. Fakt, że ją zapraszał do siebie znaczyło, iż
traktuje ją poważnie. A to bardzo dla niej było ważne.
Rozpromieniła się, a Jim pokraśniał z
dumy. Już od dawna nosił się z zamiarem zaproszenia jej, ale trochę się
wstydził. W końcu taka akcja z przestawianiem dziewczyny rodzicom, musiała być
przeprowadzona w odpowiednim czasie i w odpowiednich warunkach.
Carlisle nigdy nie był najbardziej pewny
siebie i przebojowy. Nigdy nie lubił się wyróżniać i zwykle siedział cicho, gdy
w klasie nawiązywała się dyskusja. Bardziej żywy stawał się przy przyjaciołach,
chociaż i tak nie dorównywał im energią życiową. Z resztą nie miał też tego w
genach. Zarówno jego matka, jak i siostry były osobami niezwykle łagodnymi. W
ich domu nigdy nikt niepotrzebnie nie podnosił głosu, a wszędzie panowała
relaksująca cisza.
Egzaminy zawsze go stresowały a to
sprawiało, że źle się czuł. Problemów dostarczała także pogoda. Wiosna w tym
roku była wyjątkowo ciepła, a to też pogarszało jego samopoczucie. Carlisle
zdecydowanie wolał chłód zimy, który uspokajał go i sprawiał, że czuł się
lepiej. Siostry, gdy tylko mogły, chodziły za nim krok w krok, męcząc go o to
czy bierze lekarstwa.
Zdenerwowany i zmęczony zaszył się w
bibliotece i zajął powtarzaniem materiału do egzaminu z zaklęć. Tu zawsze
odpoczywał i miał zwykle gwarancję, że nikt nie będzie mu przeszkadzał, bo ludzie,
którym nie zależało na nauce, przychodzili tu tylko w ostateczności.
Nagrzana przez wiosenne słońce wpadające
przez wysokie okna sala biblioteczna była przyjemna i cicha. Dookoła pachniało
kurzem, a on lubił ten zapach. Między regałami kręciło się tylko kilka osób.
Rozmawiali hipnotyzującym szeptem.
Pochłonięty nauką Carl, stracił w końcu
rachubę czasu. Nie zauważył, że za oknami zrobiło się już ciemno.
Ocknął się dopiero wtedy, kiedy
bibliotekarz zawołał, że za kilka minut biblioteka będzie zamknięta. Carl wstał
gwałtownie, ale zaraz usiadł, bo robiło mu się słabo.
-
Wszystko
w porządku? – zapytał bibliotekarz, podchodząc do niego i kładąc mu rękę na
ramieniu.
-
Tak…
tak… - wybełkotał Carl, czując, że zaciśnięte na brzegu blatu stołu ręce,
zaczynają mu się trząść. – Zakręciło mi się w głowie.
-
Nie
ma co się tak stresować egzaminami – pocieszył go bibliotekarz, mylnie
odczytując sygnały. – Zmiataj do swojego dormitorium. Musisz się pewnie wyspać
przed jutrem.
Carl wstał i chwiejnym krokiem ruszył do
wyjścia, ściskając w objęciach książki i notatki. Serce waliło mu tak mocno, że
słyszał szum krwi w uszach. Na plecach czuł zimny pot. Od dawna już tego nie
czuł, bo pilnował się, aby brać lekarstwa o ustalonych porach. Jego całe dnie
były nierozerwalnie związane z patrzeniem na zegarek.
Nie uszedł daleko od biblioteki, gdy
zaczęło mu ciemnieć w oczach. Już nie potrafił się uspokoić, panika ogarnęła go
całego. Zaczynał oddychać, co raz ciężej i ciężej. Przesunął językiem po
górnych zębach, ale nic nie wyczuł, więc miał jeszcze trochę czasu. Nie dużo,
ale zawsze była jakaś szansa, że mógł dotrzeć do dormitorium. Jego nogi zdawały
się być zrobione z ołowiu, bo podnoszenie ich zaczęło sprawiać mu trudność.
W pewnej chwili tak mocno zakręciło mu
się w głowie, że musiał przystanąć i oprzeć się o ścianę. Oddychał głęboko i
powtarzał sobie, że przecież za chwilę to wszystko się skończy.
Dojście do wieży Gryffindoru wymagało od
niego tytanicznego wysiłku, ale w końcu udało mu się. Po drodze musiał jeszcze
kilka razy przystawać. Na szczęście nikogo nie spotkał, więc nie musiał się tłumaczyć,
co mu jest.
-
Hasło?
– zapytała Gruba Dama.
Carlisle oparł się o ramę obrazu i
dyszał głośno. W panice uświadomił sobie, że nie pamięta hasła. Miał pustkę w
głowie.
-
Tu
jesteś Carly! – usłyszał za sobą znajomy głos. Poczuł ogromną ulgę. To był
Thoper. Podszedł do niego i w lot zorientował się, o co chodzi. Zaklął głośno,
zerknąwszy na zegarek. – Godzina po czasie.
-
Pomóż
– wydyszał Carl, trzęsąc się niekontrolowanie.
Chris złapał książki przyjaciela, a jego
samego objął ramieniem i wepchnął przez dziurę za obrazem.
-
Postaraj
się na chwilkę opanować – powiedział półgębkiem Thoper, idąc szybko przez pokój
wspólny. – Zaraz będziemy na miejscu.
Carl w ogóle nic nie widział. Ledwo
słyszał przyjaciela, bo każdy odgłos dudnił mu w uszach niczym uderzenie
pioruna. Przemknęli przez pokój wspólny na szczęście pozostając niezauważeni
wśród wieczornego gwaru. Gdy dostali się do dormitorium, na szczęście pustego,
Chris cisnął książki na ziemię, a Carla pchnął na jego łóżko.
Orientując się, że już jest w
bezpiecznym miejscu Carlisle zaczął wyć dziko i zwijać się z bólu. Thoper klnąc
paskudnie rzucił się do szafki nocnej przyjaciela i wyciągnął pudło z lekami.
-
Możesz
mówić? – zapytał z paniką w głosie, odwracając się do przyjaciela.
Niestety, Carl go nie słyszał. Zwinął się
w kłębek i cały się trząsł. Zacisnął konwulsyjnie pięści na kołdrze, tak mocno,
że zbielały mu knykcie. Chris, który był obecny przy pierwszym ataku Carla w
szkole, wiedział, że nie ma wiele czasu. Nigdy, ale to nigdy nie chciał już
widzieć przyjaciela w takim sanie. Zerwał się z kolan i pobiegł do drzwi.
Wychylił się i ujrzał na dole Jamesa, siedzącego na kanapie i udającego, że się
uczy.
-
Jiiiim
– zawołał, siląc się na spokojny ton, chociaż miał ochotę panikować i krzyczeć
histerycznie. – Skocz tu do mnie na górę.
James przybiegł, bo zorientował się po
minie przyjaciela, że coś jest nie tak.
-
Atak?
– zapytał, domyślając się, a Thoper potwierdził.
-
Siadaj
na nim, bo zaraz będzie za późno!
-
Kartka
jest w szafce! Z tyłu!
Jim wskoczył na łóżko i złapał Carla za
nadgarstki. Kolanami ścisnął mi łydki. Chris w tym czasie wgrzebał z szuflady
kartkę, gdzie zapisana była kolejność lekarstw. Na szczęście jakiś czas temu
udało im się przekonać Carla, żeby napisał ją. W prawdzie opierał się na
początku, bo nie wierzył, że jeszcze raz zdarzy się, że zapomni lekarstw. Cały czas
powtarzał z wielkim przekonaniem, że będzie się pilnować. Być może po prostu
nie chciał myśleć, że jeszcze kiedyś mógłby dostać ataku. W końcu jednak
zgodził się. Kartka ta przeleżała równo cały rok w jego szufladzie.
-
Pośpiesz
się! Nie mogę go utrzymać! Jest silniejszy! – zawołał James, siłując się z
Carlem. – Thoper!
James cały się spocił i był czerwony z
wysiłku.
-
Nie
poganiaj mnie, do jasnej cholery!
Ręce Chrisa trzęsły się, gdy wyjmował z
pudełka wszystkie butelki z eliksirami. Owszem, obserwował zawsze Carla, gdy
ten je pił, ale przecież nigdy mu w tym nie pomagał. Nie miał pojęcia, czy
jeżeli się pomyli, to przyjaciel przypłaci to życiem.
Za plecami usłyszał głośne przekleństwa
i odgłos rozdzieranego materiału. Potem nastąpiło głuche uderzenie, a James jęknął.
Carl rzucał się, co raz bardziej, a Jim powoli słabł. Koszula, mokra od potu,
przykleiła mu się do pleców. Czuł, jak ostre paznokcie Carlisle wbijają mi się
w przedramiona, ale wiedział, że mimo to nie może go puścić.
-
Thoper
to nie jest śmieszne! On nas zaraz pozabija!
Chris wymawiając na głos to, co napisane
było na kartce, podawał eliksiry Carlowi, wlewając je w mu na siłę do ust.
-
Uważaj!
– zawołał Jim, ale było za późno.
Carl oswobodził jedną rękę i zamachnął
się. Chris nie zdążył się odsunąć i oberwał w policzek. Krew pociekła mu po
brodzie. Zasyczał, ale nie przerwał odmierzania leków.
Po najdłuższych dziesięciu minutach w
ich życiu, Carl w końcu zwiotczał i przestał się ruszać. Jim wydał z siebie
westchnienie ulgi i siadł w nogach łóżka, opierając się jedną z kolumienek.
-
Mam
ochotę go zabić – wyznał, leżący na podłodze, Chris. Otarł pot z czoła.
Siedzieli w milczeniu, dysząc ciężko. James
przetarł twarz zasłoną łóżka. Wyciągnąwszy ręce przed siebie zobaczył czerwone
ślady podrapać na dłoniach. Z niektórych sączyła się krew.
Po jakimś czasie Carl poruszył się, ale
już nie konwulsyjnie, tylko spokojne. Cały przód koszuli miał zachlapany
eliksirami. Włosy miał mokre od potu i przyklejone do czoła. Pościel dookoła
niego była skopana. Otworzył oczy i ujrzał Jamesa, szczerzącego się do niego.
-
Obudził
się? – zapytał z podłogi Chris, a James skinął głową. - Wisisz nam kolejną
przysługę, dupku.
-
Czuję
się, jakby mnie smok wyrzygał – oświadczył Carl, a Jim kopnął go w akcie
zemsty.
W końcu rok szkolny się skończył.
Uczniowie załadowali wszystko do swoich kufrów, upchnęli zwierzaki do klatek i
koszy, a potem ruszyli do powozów, które miały zawieźć ich na peron w
Hogsmeade.
Jim, Chris i Carl w szampańskich
humorach załadowali się do pociągu. Wszystkich dziwiło, że przez ostatnie dwa
tygodnie James i Thoper byli jeszcze bardziej złośliwi dla przyjaciela, a on
znosił to z radością. Nikomu nie mieli zamiaru się tłumaczyć. Ich tajemnica
była czymś, co zbliżało ich bardziej niż cokolwiek innego.
I tym razem w ich przedziale było głośno
i wesoło. Robili więcej zamieszania niż cała reszta pociągu. Znajomi chętnie do
nich zaglądali, co wzbudzało nowe wybuchy wesołości.
Pod koniec podróży wszyscy trzej umówili
się, że spotkają się niedługo na sławnym już grillu rodziny Potterów. Słysząca
to Amber, trochę posmutniała, bo miała nadzieję, że będzie jedynym gościem.
Potem okazało się, że nawet Sapphire dostała zaproszenie. Mimo wszystko Amber
nie straciła dobrego nastroju. W końcu opuszczała szkołę na całe dwa miesiące i
bardzo wierzyła, że jej koleżanki we wrześniu zapomną o wszystkim.
Przysłuchując się trajkotaniu Jamesa i Chrisa,
zerknęła na korytarz przez oszklone drzwi. Robin szedł gdzieś w stronę
lokomotywy. Zobaczywszy ją, zatrzymał się i wykonał taki ruch, jakby chciał
wejść do przedziału, ale zorientował się ona nie jest sama, więc przyśpieszył i
zniknął jej z oczu.
Wściekły Robin przecinał się obok
idącego powoli korytarzem Scorpiusa Malfoya. Zabijał on czas włócząc się w te i
z powrotem. Nie udało mu się znaleźć pustego przedziału tylko dla siebie. Nie
chciał siedzieć z obcymi ludźmi, więc nie miał innego wyjścia. cała ta sytuacja
sprawiła, że wyglądał na jeszcze bardziej ponurego niż zwykle. Przechodząc obok
przedziału, gdzie siedział Albus posłał mu tęskne spojrzenie, ale Potter nie
zauważył go, zajęty graniem z Rose i Darcy w karty. Zagapiwszy się, wpadł na
idącego korytarzem z naprzeciwka jednego z bliźniaków Weasley. Nie miał
pojęcia, którego, bo tak jak reszta szkoły nie umiał ich rozróżnić.
-
Patrz
gdzie idziesz – burknął Weasley i poszedł dalej, nie oglądając się nawet i nie
chcąc słuchać przeprosin Scorpiusa.
I dobrze, pomyślał Malfoy. I tak by ich
nie usłyszał, dupek jeden.
Być może Scorpius nie przepadał za swoim
ojcem, ale nie udało mu się całkowicie odciąć od swoich genów. Tak samo, jak
Draco, jego syn był dumny i prędzej dałby się pokroić, niż przyznałby się do
błędu czy winy.
Louis wzdrygnął się, gdy wpadł na niego
ten Malfoy. Nie lubił gościa. Wyglądał, jakby uważał się za lepszego do
wszystkich, a przecież był synem parszywego zdrajcy. O tak, Louis doskonale
wiedział, kim jest ojciec Scorpiusa. Tak naprawdę to wiedział wszystko o
wszystkich. Od kogo? Cóż, matka nigdy nie była najlepsza w trzymaniu języka za
zębami. Taka natura, nie jej wina. Cokolwiek ją trapiło, to od razu musiała o
tym mówić.
Na szczęście szybko mu Malfoy wyparował
z głowy, bo oto na swojej drodze spotkał kolejną osobę, idącą mu naprzeciw.
Była o wiele ciekawsza dla oczu, niż jakiś blady ślizgon. Głównie dlatego, że
jej spódniczka była interesująco krótka, a włosy miały niesamowite kolory. Znał
ją z widzenia, w końcu grała w drużynie gryfonów, ale mieli razem tylko jedne
zajęcia i do tego łączone z była to historia, więc Louis nigdy wtedy nie
rozglądał się dookoła, zajęty notowaniem. Ponad to, aż do tej pory, dziewczyna
ta nie wyróżniała się zbytnio z tłumu. Dopiero od niedawna jej włosy nabrały
szalonych barw. Wcześniej, o ile dobrze sobie Louis przypominał, miały
nieciekawie mysi kolor. Kolczyki na jej twarzy i w uszach też pojawiały się
stopniowo. Ostatnim elementem transformacji dziewczyny była ta spódniczka,
która była tylko trochę dłuższa od minimum programowego.
-
Proszę
bardzo – powiedział, przylegając do ściany, aby ją przepuścić.
-
Dziękuję,
ale muszę zajrzeć też tu – powiedziała Emerald Lennox, wskazując na przedział.
– Szukam mojej szalonej rodziny.
-
Niesamowity
zbieg okoliczności. Ja także wyruszyłem z taką misją – oświadczył Louis,
uśmiechając się czarująco.
Odwzajemniła uśmiech, a on zauważył, że
ma zabawny kolczyk w policzku, imitujący dołeczek. Dodawało jej to jeszcze
więcej uroku.
-
Mojej
rodziny jest dużo, więc zajmie mi to trochę – poinformowała go Emerald,
ruszając przed siebie, a Loius, sam nie wiedząc dlaczego, ukłonił jej się
dworsko.
-
Loooou!
– usłyszał za sobą głos Rose, wychylającej się z otwartych drzwi przedziału.
-
Tak,
kuzynko?
-
Co
robisz? Nie gap się. Chodź pogramy w karty.
-
Zawsze
cię ogrywam, Rosy – westchnął Louis, udając znudzenie.
-
Tym
razem ci się nie uda.
Złapała go za rękaw i wciągnęła do
przedziału. Nie lubiła tej jego maniery, której ostatnio nabrał. Zachowywał się
niczym wielki panicz, odkąd jego dom zdobył puchar w quidditchu. Na szczęście
przy niej zaczynał znów zachowywać się normalnie.
Jakiś czas później pojawił się Dominique
z informacją, że Victorie gania po całym pociągu, starając się zaprowadzić
wszędzie ład. Jako, że był to jej ostatni rok, była bardzo spięta. Chciała być
idealnym prefektem aż do samego końca. Gdy jej kuzyni i brat byli w trakcie
drugiej rozgrywki w eksplodującego durnia (podczas pierwszej Rose przegrała
haniebnie), Victorie przebiegła za szybą z miną nadzorcy więziennego. Chwilę
potem rozległ się daleki pisk i pojawił się Jim sprintem przemierzający pociąg
w odwrotnym kierunku. Co ciekawe całą głowę miał mokrą. Albus widząc brata
tylko westchnął, ale wcale nie miał ochoty się nawet podnosić. Zasługiwał na
chociaż jeden wieczór odpoczynku. Świetnie poszły mu egzaminy, nawet lepiej niż
Darcy, co w sumie bardzo ją zezłościło i nie odzywała się do niego cały
wieczór. Rose też nieźle sobie poradziła na egzaminach, chociaż oblałaby
eliksiry, gdyby profesor Adryk nie przymknął oko, na to, że trochę eliksiru
wylało jej się na stół i stopiło fragment blatu.
W końcu pociąg dotoczył się na stację w
Londynie. Głośna, rozgadana i śmiejąca się fala dzieciaków wylała się na peron
i zmieszała z tłumem rodziców i krewnych, oczekujących na nich. Lily
zobaczywszy braci rozpędziła się i rzuciła się im na szyje. Zawisła niczym mała
małpka i takie same wydawała odgłosy radości.
Zanim James się zorientował, Amber
została wessana przez tłum. Nie zdążyli się nawet pożegnać, więc czuł się
zawiedziony. Jeszcze w samochodzie, gdy już ojciec wcisną kufry do bagażnika i
wszyscy usadowili się w środku, przez szybę wypatrywał Amber na parkingu.
Niestety, jej rodzina nie podróżowała w ten sposób. Rodzice zauważyli jego
małomówność, ale uznali, że po prostu daje tym razem dojść do głosu Albusowi.
Wieczorem w domu James podszedł do
rodziców, gdy siedzieli na kanapie i oglądali wiadomości i odchrząknął
znacząco. Spojrzeli na niego pytająco.
-
Chciałbym
wiedzieć, czy w tym roku także będziecie urządzać grilla u nas na ogródku?
Ginny potwierdziła skinieniem głowy,
ciekawa dalszego ciągu wydarzeń.
-
Czy
mógłbym zaprosić kilku gości?
-
Synu,
zawsze zapraszasz gości – powiedział Harry, jak zwykle nie wyczuwając powagi
sytuacji. - Chodzi o Chrisa i… tego małego, tak?
-
Carla
– dopomogła Ginny.
-
Tak.
Ich też, ale chce zaprosić też Amber.
-
Amber?
– zdziwił się Harry, szybko stając sobie przypomnieć czy której z małych
przyjaciół dzieci ma tak na imię. Na szczęście żona przyszła mu z pomocą.
-
Oczywiście
będzie nam bardzo miło poznać twoją dziewczynę, Jimbo – uśmiechnęła się i
sięgnęła, aby potargać synowi włosy.
Jim rozpromienił się, a potem czmychnął
do swojego pokoju. Tam rzucił się na łóżko i zaczął wierzgać z uciechy.
Lato zapowiadało się wprost idealnie.
środa, 29 stycznia 2014
Leibster Award - czyli przerwa w nauce i potem na egzamin!
Qlibereg nominowała mnie do Leibster Award. Jestem zaszczycona i nawet nie wiedziałam o istnieniu czegoś takiego. Postanowiłam odpisać na zadane mi pytania, bo to bardzo miło, że ktoś się mną interesuje. Niestety ja nie mogę nikogo nominować, bo przestałam jakoś ostatnio czytać jakiekolwiek blogi, więc nie mam żadnych do otagownia :C
Co skłoniło Cię do założenia bloga?
Miałam chyba z 13 albo 14 lat i miałam dość trudny okres w
życiu. W gimnazjum moja przyjaciółka
wyładowywała na mnie wszystkie swoje frustracje i wiecznie drwiła z moich
kompleksów, a jak jej się kończyły tematy, to mi te kompleksy po prostu stwarzała
(głównie dzięki niej do tej pory nie lubię mojego drugiego imienia, z którego
ona uwielbiała się śmiać). Odizolowałam się wtedy od niej i jej grupki „fajnych
dzieciaków” i odkryłam coś tak cudownego, jak fanfikcje. Jako, że od pierwszego
przeczytania pokochałam książki o Harrym Potterze, pomyślałam, że ja też
mogłabym coś takiego pisać. To nie była moja pierwsza próba literacka, ale o
tym jednak wolę przemilczeć. Brakowało mi więcej informacji na temat miłości
Jamesa i Lily. Chciałam wypełnić tą lukę w opowieści własnymi pomysłami. No i
tak powstał mój blog, jeszcze na serwisie Onetu. No i tak narodziła się Astal.
Jaka jest Twoja
ulubiona książka/seria?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Nie umiem wybrać, bo
gdyby ktoś mnie zmuszał, pokazałabym mu mój regał z książkami (a także pudła z
książkami, stosy książek koło łóżka i w łazience). Kocham serie HP, bo dała mi
sens życia, dała mi wiele przyjaźni, radości i była początkiem mojego własnego
opowiadania. Kocham serię o Geralcie, bo czytając ją pokochałam fantasy i zrozumiałam, że z tym gatunkiem
zwiąże się moje życie na zawsze. Uwielbiam serię o Świecie Dysku, bo książki te
były dla mnie jak przyjaciele, których mogłam sobie kupić i rozśmieszały mnie
do łez, kiedy miałam bardzo mroczny okres w moim życiu. Abym mogła wskazać
ulubioną książkę, musiałabym powycinać z każdej ukochanej jakiś ulubiony
fragment i skleić w jedno wielkie tomiszcze.
Jaki jest ulubiony gatunek literacki?
Kocham fantasy całym sercem, całą głową i całą sobą. Pisząc
pracę licencjacką zrozumiałam, że resztę mojego życia poświęcę na uzmysłowianie
ludziom, że to wcale nie brednie i bajanie, ale głęboko osadzony w kulturze i
historii pełnoprawny gatunek. Najbardziej lubię Sword&Socery fantasy ale
też nie pogardzę dobrym Low fantasy jeżeli nie jest to tylko bajeczka dla nastolatków,
gdzie chodzi tylko o całowanie i wszystkie mity i tradycje całego świata są
pogwałcone.
Opisując jakiegoś bohatera (np. wygląd, zachowanie, nawyki),
wzorujesz się na kimś czy wymyślasz swoją własną postać?
Cóż i tak, i nie. Nigdy do końca nie zaadaptowałam kogoś mi
znanego do jakiegoś opowiadania. Pożyczam jakieś elementy od wszystkich moich
znajomych, czy też ludzi spotkanych przypadkowo na ulicy czy w pracy.
Słyszałam, że mam dość skrzywiony pogląd na kobiety, więc raczej nie spodziewajcie
się u mnie wysokich i smukłych, jako pozytywnych bohaterek, bo sama jestem mała
i zaokrąglona. Panowie natomiast mogą mieć blond włosy, czy też słodki pieprzyk
pod okiem, dlatego, bo Rh tak wygląda. Jak się na coś długo napatrzę, to potem
staje się dla mnie archetypem.
Jaka książka wpłynęła na Ciebie i w jaki sposób?
Jak już wspominałam, kiedy mówiłam o ulubionych książkach,
każda z książek tych serii jakoś na mnie wpłynęła. Jednak myślę, że największe
wrażenie pozostawiły mi ostatnie książki z serii o HP i o Geralcie. To są dwie
pierwsze książki, przy których czytaniu płakałam. Ryczałam jeszcze przy jednej –
Żona podróżnika w czasie. Była też jeszcze taka książka, którą czytałam będąc
zdecydowanie na nią za młoda, w której pojawiła się scena erotyczna. Chyba była
Sparksa, ale nie jestem pewna. Od tego momentu odkryłam, że takie sceny w ogóle
istnieją w książkach. Jednak sama unikam ich pisania.
Czy pisząc rozdziały, masz wszystko dokładnie zaplanowane
czy działasz spontanicznie?
Z góry mam zwykle jakiś zarys tego, co chce napisać. Czasami
w trakcie pisania pojawia się jakaś dzika myśl, którą koniecznie muszę wykorzystać.
Nigdy nie piszę jakichś planów czy szkieletów rozdziału. Jak już siadam, to
zaczynam pisać i jakoś samo idzie.
Jak długo piszesz jeden rozdział?
Jeżeli mam czas, to się mogę uporać w jeden dzień, chociaż
zazwyczaj potrzebuję z tygodnia. Niestety ostatnio zostałam zaskoczona sesją,
choć w tym roku pozytywnie jak na razie, więc rozdział piszę się już bardzo,
bardzo długo.
Gdybyś przeniosła się na bezludną wyspę , jakiego fikcyjnego
bohatera wzięłabyś ze sobą?
Hmm…. O rety, ale pytanie! Myślę, że mój wybór padłby na
Daniela Grey’a – bohatera książki Ann Brashares „Nigdy i na zawsze”. Facet żyje
od tysiąca lat, więc nie nudziłabym się, gdyby mi coś opowiadał. Do tego gra na
każdym możliwym instrumencie, ma talent plastyczny i wielokrotnie zdobywał
tytuł lekarza. Domyślam się, że jest dość zaradny i zorganizowałby całe życie
na ten bezludnej wyspie. Do tego jest całkiem „niezły”.
Jaka mało znana książka jest warta polecenia?
Cholera nie wiem. Ostatnio wszystkie książki, które czytałam
stają się ekranizacjami, więc nie są już tak mało znane. Może „Ałtorka”, którą napisała
Cuca Canlas? Śmieszna książka o tym, co się dzieje, kiedy nasze marzenia o
miłości idealnej się realizują.
Czy czytasz książki w innych językach?
Jako, że jedyny język, który znam w stopniu wystarczającym,
aby coś czytać to angielski, to czasami czytam książki po angielsku. Ostatnio
przeczytałam „Ruchomy zamek Howla” dlatego, że nigdzie nie znalazłam polskiego
tłumaczenia. No i znalazłam ją w antykwariacie za 11,90.
Napisz spojler następnego rodziału.
Ok. ok, ale tego nie ma wiele i w ogóle work in progress, bo
jutro mam bardzo stresujący egzamin i nic nie mogłam pisać od kilku tygodni.
- Nie podoba
mi się ta mała.
Ginny odstawiła tacki z
kiełbaskami na stół i spojrzała na Hermonę.
- Która?
- Ta blondynka
– wyjaśniła Hermona, mrużąc oczy w silnym popołudniowym słońcu. –Skąd ona tu
się wzięła?
- To pierwsza
miłość Jamesa. Absolutnie nic nie mów na jej temat, bo Jimbo cię znienawidzi.
- Trochę
przypomina dziewczynę, która dokuczała mi w szkole – odezwała się stojąca obok
Luna, patrząc za Hermioną na bawiące się dzieci.
- Przestańcie
– skarciła przyjaciółki Ginny.- Nie wiecie, jaka to presja dla matki, poznać
pierwszą miłość swojego dziecka.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Rozdział Dziewiętnasty, w którym jest rodzinnie, a na końcu tajemniczo.
Wesołych Świąt, kochani! Choinka ubrana? Ciastka już upieczone? Pierogi ulepione? Tradycyjna świąteczna kłótnia odbyta? Ja mam już wszystko odhaczone na mojej liście.
Ściskam Was mocno i zapraszam do czytania. To ostatnia notka, przed dużym skokiem w czasie. Dziwnie się jakoś ułożyło, że przed Bożym Narodzeniem, piszę o Wielkanocy. Śmiesznie.
Pozdrawiam,
Wasza Astal
Harry został wypuszczony ze
szpitala na Wielkanoc do domu, co cała rodzina przywitała z wielkim
entuzjazmem. Nadal był posiniaczony i podrapany, ale zaleczone miał wszystkie
złapania, pęknięcia i urazy wewnętrzne. Kuśtykał po domu, denerwując Ginny, bo
nie chciał brać eliksirów uśmierzających ból.
W wieczór przed Wielkanocą Harry
siedział i pakował czekoladowe jajka do koszyków. Musiał to robić w tajemnicy
przed dzieciakami. Ginny nie chciała mu pozwolić łazić po ogrodzie i chować
jajka, ale on się uparł. W końcu poddała się, nalała sobie kieliszek wina i
siedziała na kanapie, skąd miała świetny widok na ogród. Przez otwarte
dwuskrzydłe drzwi mogła słyszeć jak Harry przeklinał, za każdym razem, gdy coś
go zabolało. Wybornie się bawiła.
Następnego dnia dom Potterów
nawiedziła fala dzieciaków, które przybyły tu na poszukiwanie czekoladowych
jajek. James oczywiście wiódł prym w całym tym chaosie, chociaż Lily, nie chcąc
pozostawać w tyle, robiła prawie tyle zamieszania co on.
Do siedzącego na fotelu w kącie
Harry’ego dosiadł się Ron.
-
Jakiś postęp? – zapytał przyjaciela, ale on
pokręcił głową przecząco, od razu orientując się o czym jest mowa.
-
Dopóki siedzę tu, jak w więzieniu, nie mogę
nic zrobić. Kingsley przejął na trochę moje obowiązki. Nie chcę wypaść z
obiegu, kiedy właśnie na coś wpadliśmy.
-
Co dokładnie tam się stało? – zapytał
ponownie Ron, bo do tej pory nie byli ani razu sami nie mogli na spokojnie
porozmawiać.
-
Było cholernie ciemno, a my szliśmy na
ostatni obchód. Obiecałem im, że następnego dnia wrócimy, jeżeli nic nie znajdziemy.
Mieliśmy dobre nastroje, chyba zachowywaliśmy się o wiele głośniej niż
wcześniej…
-
Ale co was zaatakowało?
-
Nic… Było niewidzialne, ale nie bezcielesne.
Złapało mnie w pasie… jakby łapą, albo macką. Cholernie silne było.
-
Zaklęcia nie działały?
-
Odbijały się od niego. Brad przeżył, dlatego,
że dostał czyimś zaklęciem paraliżującym i leżał płasko.
-
To naprawdę wygląda, jak pułapka. Ale ekipa
ratunkowa nic nie znalazła.
-
Niby, jak mieli by to zauważyć, skoro było
niewidzialne?
-
Miało tylko jeden cel, prawda? – wtrącił się
Bill, przysiadając na brzegu kanapy. – Miało was zabić i zniknąć.
Harry pokiwał smętnie głową. W
połowie, pomyślał, mu się udało. Stracił dwójkę ludzi. To nie byli przypadkowi
aurorzy, tylko najlepszy z najlepszych. Sam ich szkolił, był za nich
odpowiedzialny tam, na tych bagnach. A teraz oni byli martwi. Nie był w stanie
przestać myśleć o tych ludziach. Miał problemy ze snem, bo poczucie winy nie
dawało mu spokojnie zasnąć.
-
Muszą być jakieś ślady - powiedział z
przekonaniem Ron. - Musieli popełnić błąd. Jeżeli nie na bagnach, to podczas
tamtych ataków na pracowników ministerstwa.
Zamilkli, bo dzieciaki właśnie
wróciły z polowania. Rose triumfowała, bo zdobyła największy koszyk, chociaż
tak naprawdę nikomu nie powiedziała, że potknęła się na śliskiej trawie i przez
przypadek wpadła w krzaki, gdzie koszyk był ukryty.
Podczas wspólnego świątecznego
obiadu dzieciaki obsiadły tak Harry’ego, że nie miał już okazji porozmawiać z
którymkolwiek ze szwagrów ani z Hermioną, z którą to wybitnie chciał
przedyskutować parę spraw. Niestety Lily, dla której temat rozmowy niewątpliwie
byłby nieodpowiedni, wprost nie chciała się odkleić od ojca. Chociaż nie lubiła
quidditcha, to nawet szła z ojcem, aby popatrzeć na to jak James lata. Harry
obserwował syna z dołu, wykrzykując jakieś wskazówki i uwagi. Jim był dumny,
jak paw, że ojciec docenia jego technikę. Albus natomiast wcale nie był
zainteresowany popisami sportowymi brata. Przesiadywał z nosem w książce, albo
z matką w kuchni.
-
Jimbo mówił, że spotkałeś swoją małą
przyjaciółkę w szkole i jesteście bardzo blisko – zagadnęła Ginny syna, zerkając
ukradkiem znad miski puree.
Albus zaczerwienił się wściekle,
ale bardzo starał się udawać, że wcale go nie obeszło to, co matka powiedziała.
-
Dlaczego nic mi o tym nie wspomniałeś?
Chłopiec wzruszył ramionami, a
jego uszy były wiśniowo czerwone.
-
Mówi, że cały czas trzymacie się razem…
-
James za dużo mówi, mamo. Ona jest ze mną w
klasie i przyjaźni się z Rose. Trzymamy się we trójkę.
-
Ożenisz się z nią? – zapytała nagle Lily,
która niewiadomo skąd pojawiła się obok brata. Albus podskoczył, jak oparzony.
-
Rany, Lily! Co ty gadasz, ja mam przecież
jedenaście lat!
-
A ja się ożenię z Amber – zadeklarował Jim,
wkraczając do kuchni i od razu kierując się do lodówki. Ostatnio jadł dwa razy
więcej niż normalnie. Tak naprawdę to cały czas coś żuł, ale nie tył praktycznie
nic.
-
Może jednak będziesz bardziej rozsądny, jak
brat? – powiedziała niewinnie Ginny, nie czując się dobrze, że jej pierworodny
syn zaczyna myśleć tak poważnie o dziewczynach. Zawsze to ona była
najważniejszą kobietą jego życia.
Albus chyba instynktownie wyczuł
zazdrość matki, więc złapał ją za rękę i uścisnął. Wielka fala uczuć zalała
Ginny, więc porwała syna w objęcia i ścisnęła najmocniej jak umiała.
-
Nigdy nie dorastaj Al – poprosiła, kiedy on
frygał się w jej uścisku. – Bądź zawsze malutki, synku.
-
Ginny puść dzieciaka – zawołał Harry,
śmiesząc na ratunek dziecku.
Albus czmychnął do rodzeństwa,
które zataczało się ze śmiechu. Wszyscy zwiali do ogrodu, bojąc się, że matka
będzie miała ochotę ściskać ich też. W tym czasie Harry uspokajał żonę, która
właśnie zrozumiała, że jej dzieci są już bardzo duże.
Lily od jakiegoś czasu była nie w
sosie. Nie chciała nikomu mówić, szczególnie braciom, ale udało jej się
podsłuchać rozmowę ojca i jego podwładnego – Brada, który wpadł na chwilę z
życzeniami. Po cichutku zakradła się pod gabinet i przystawiła ucho do drzwi,
chociaż sama sobie tłumaczyła, że znalazła się tu zupełnie przypadkowo. Lily
nigdy nie czuła się winna. Nie miała poczucia winy, gdy coś usłyszała, bo
zazwyczaj były to sprawy tak szalenie ciekawe, że nie wydawało jej się, iż żyć
by nie mogła, nie wiedząc tego. Informacje, w których posiadanie weszła tym
razem zaniepokoiły ją.
Ojciec był zły, ale nie na Brada,
tylko na sytuację, jaka zaistniała. Rozmawiali o pogrzebach aurorów z ich
departamentu. Wszystko, co mówili, było bardzo złowieszcze i tajemnicze. Naturalnie
Lily przejęła się tym bardzo.
Siedząc sama trawiła w ciszy to
czego się dowiedziała.
Praca ojca była niebezpieczna. Inni
ludzie też byli w niebezpieczeństwie. Działo się coś złego, ale nikt nie
wiedział co.
Dziewczynka spojrzała na
czekoladowe jajko, które rozpuszczało się jej w dłoni. Znała tatę, jako
uroczego i śmiesznego człowieka. Jaki był naprawdę? Czy umiał radzić sobie z
takimi strasznymi niebezpieczeństwami o jakich mówił Brad?
Przypomniała sobie to, co
usłyszała zanim chłopcy wyjechali do szkoły. Tata walczył w wojnie.
Wojny były straszne. Lily
słyszała o kilku w szkole, ale były one przecież tak dawno, że już wydawały się
nierealne. Nudny ton pani Pincetone, nauczycieli historii, nie przekonywał, że
wojny Greków z Persami miały miejsce naprawdę. Opowiadała ona o tym tak bez
emocji, że usypiała wszystkich uczniów.
Lily w ostatniej chwili udało się
czmychnąć spod drzwi, zanim Harry i Brad wyszli z gabinetu. Udała, że kręci się
po przedpokoju, szukając czegoś pod koszem na szaliki i czapki. Obydwaj uśmiechnęli
się do niej, tak jakby nie rozmawiali przed chwilą o koszmarnych rzeczach.
Wieczorem Harry siedział przed
telewizorem i popijał eliksir łagodzący jego obolałe kości. Lily, która w sumie
już powinna być w łóżku, ale nie mogła usnąć więc snuła się po domu, podeszła
do niego i wdrapała mu się na kolana. Spojrzał na nią pytająco, ale ona nic nie
powiedziała, tylko przytuliła się do jego piersi mocno.
-
Ja też chce być autorem – powiedziała nagle,
a on zakrztusił się eliksirem. – Jak będę duża, to będę ci pomagać walczyć ze
złem, ok.?
-
Hmmm możemy wrócić do tej rozmowy, gdy będziesz,
co najmniej w piątej klasie?
-
Ale już teraz ostrzegam.
-
Niepokoisz mnie córko.
-
Babcia mówi, że jestem amwitna.
-
Ambitna. Szalenie, muszę przyznać.
Przy takiej ilości ślicznych
kuzynek można było zwariować i wpaść w kompleksy. Darcy siedziała na kanapie w
dużym pokoju i obserwowała sunącą w jej stronę Jade. Kuzynka miała, jak
powiedziałby ktoś ze świata mugoli, figurę modelki i coś takiego w swoim
zachowaniu, że Darcy kochała ją i jednocześnie nienawidziła z całego serca. Miała
jasną cerę, jak cała rodzina Darcy, jednak matka natura obdarzyła ją też (co
niesprawiedliwe) pięknymi włosami koloru młodego kasztana. Układały się one w
romantyczne fale i wyglądały o wiele bardzo imponująco niż króciutkie i proste
włosy Sapphire.
Głębiej w pokoju ciotki Beryl i
Pearl zachwycały się Amber. Wszystkie trzy siedziały przed lustrem i doradzały
jak powinna się malować. Sapphire uważała to za kompletny idiotyzm, aby malować
się w wieku trzynastu lat. W Hogwarcie można było oberwać nawet szlaban za zbyt
mocny makijaż czy przykrótką spódniczkę. Amber, znana ze skłonności do wpadania
w przesadę zapewne już za kilka lat będzie miała na sobie grubą tapetę z
makijażu, pomyślała z satysfakcją Darcy. Wszyscy tatusiowie plus Amethyst i
Jasper siedzieli przy stole i dyskutowali na temat polityki i sportu.
-
Na Merlina co jest nie tak z tą Thyssią? – westchnęła
Jade, z gracją opadając na kanapę obok Sapphire. – Jest jak chłopak.
-
Ona tak lubi – burknęła Darcy, zerkając
skosem na kuzynkę. Siedziała ona w jakby wypracowanej pozie, którą każdy uznałby
za elegancką i pełną klasy.
-
Aż mi wstyd, kiedy musze się przyznać, że ona
to moja rodzina. Jej siostra to samo…
Darcy spojrzała na Emerald i
uśmiechnęła się. Kuzynka siedziała obok babci i obie o czymś po cichu
dyskutowały. Kilka godzin temu Emerald stoczyła ze swoją mamą batalię, gdyż
rodzicielka nie akceptowała kolejnej zmiany koloru włosów córki. Tym razem
dredy Eme były biało-zielone. Darcy uważała, że to dowcipnie wpisuje się w
kolorystykę Wielkanocy, ale reszta rodziny (głównie ciotki i kuzynki) była
oburzona.
W tym czasie Amber zaśmiała się srebrnie,
gdy matka rozpływała się nad tym jaka jej córka jest słodka.
-
Mamo przestań, bo jej się w głowie przewróci –
wtrąciła się Jade, trochę zazdrosnym tonem. Wstała i podeszła do nich, a potem
potargała siostrze włosy.
Darcy poniosła głowę i napotkała
fioletowe spojrzenie Amethyst. Kuzynka wsadziła sobie palec do ust i udała, że
wymiotuje.
-
Wszystkiego dobrego na Wielkanoc, pani Bumer!
-
A dziękuję, dziękuję… Słyszała pani o tym co
się stało w lesie starego Johnsona?
-
Tam na bagnach?
-
Mój Joe mówił, że w nocy kilka dni temu
słuchać tam było krzyki i jakieś wybuchy.
-
No pacz pani. Jakieś głupie nastolatki się
bawiły. Spokoju przed świętami nie można mieć nawet w naszym mieście.
Koło rozmawiających przy płocie
starszych pań przeszła wysoka osoba owinięta w ciemny płaszcz. Kobiety przerwały
na chwilę, aby przyjrzeć się nieznajomej i potem oplotkować ją. Niestety nie poznały
w niej żadnej z mieszkanek miasta. Z ekscytacją uznały, że to zapewne jakaś
nowa mieszkanka, która przysporzy im wiele tematów do rozmowy.
Jednakże kobieta nie była z tego
miasta. Nie miała też zamiaru się tu zatrzymywać. Jej czarny płaszcz był za
gruby jak na wiosenną aurę. Na głowie miała chustkę, także czarną, ale nie na
tyle grubą, aby nie widać było spod niej białych jak śnieg włosów. Niestety twarz
jej była zasłonięta przez wielkie, ciemne okulary przeciwsłoneczne. Szła powoli
wzdłuż głównej ulicy miasta, aż do samych rogatek. Zamiast ruszyć dalej, w
stronę farm, które znajdowały się na wzgórzach dookoła miasta, skręciła w
błotnistą drogę prowadzącą do lasu. Nie zatrzymała się nawet przy dużej
metalowej tablicy, która mimo że pokryta rdzą, w widoczny sposób ostrzegała o
tym, iż tu zaczynał się teren niebezpiecznych bagien. Długi płaszcz ciągnął się
po ziemi, ale nie brudził się ani błotem ani ściółką leśną. Wydawało się, że
nic nie może sprawić, aby utracił swój kolor niepokojąco głębokiej czerni.
Kobieta zatrzymała się w końcu w
głębi lasu i skrzywiła usta. Jej plan się nie powiódł. To był naprawdę dobry
plan.
Zdjęła okulary, a jej oczy
okazały się tak samo czarne, jak płaszcz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)