wtorek, 22 stycznia 2013

Bonus, który piszę, chociaż powinnam się uczyć cz.1


 Od dwóch dni siedzę w domu i uczę się pilnie... Nie, to nie prawda. Snuję  się po domu w piżamie i szlafroku, popijam herbatę, czasami zajrzę do książek, ale tak głównie myślę, że tęsknię za moją dawną fanfikcją. Nie wrócę do niej, bo przecież już skoczyłam, ale nikt mi nie zabroni pisać miniaturek, prawda? No nie wiem, może moja mama by zabroniła, gdyby wiedziała, że się nie uczę, ale ja sobie sama nie będę niczego odmawiać. 
Drugi fragment jest zainspirowany obrazkiem, który widziałam na deviantart. Jak chcecie więcej to mówić, bo trochę tam coś jeszcze się znajdzie. 
Ok Astal idzie czytać jak to inspirująca była Młoda Polska.

P.s. Te scenki nie są powiązane ze sobą. Dzieją się mniej więcej w okresie od 5 - 7 klasa. 


-      Dzięki Hagrid! – zawołała Lily, odwracając się przez ramię.  W ramionach dźwigała wiklinowy kosz. – Odniosę wszystko, jak skończę.
Ruszyła, chrupiąc po świeżym śniegu, w stronę brzegu zakazanego lasu. Tam, na niższych drzewach zaczęła rozwieszać wyjmowane z kosza ptasie smakołyki. Nie musiała długo czekać, aż zjawili się pierwsi amatorzy. Rozćwierkane wróble zleciały się chmarą i obsiadły najbliższy krzak. Uradowana dziewczyna obserwowała je chwilę, a potem zajęła się kawałkami słoniny dla sikorek. Nagle usłyszała za sobą chrzest śniegu. Zerknęła przez ramię i aż pisnęła. Na granicy lasu, nie dalej niż dwa metry od niej stał jeleń i przyglądał jej się ciekawie. Wstrzymała oddech, aby nie przestraszyć zwierzęcia i w bezruchu obserwowała jak zbliża się do niej. Powoli, bardzo powoli, sięgnęła do koszyka i wciągnęła kulę sklejoną z nasion i orzechów. Zwierze poruszyło rogatym łbem i zbliżyło się jeszcze bardziej.
-      Jesteś głodny? – zapytała Lily, z uwielbieniem patrząc na jelenia. Nie znała się za bardzo na tych zwierzętach, ale wydawało jej się, że po porożu jelenia można ocenić jego wiek. Jeżeli tak, to ten musiał być dość młody, bo gałęzie jego rogów nie były bardzo rozłożyste.
Jeleń zaczął skubać ptasi przysmak ku radości Lily. Co chwila zerkał na nią wielkimi, aksamitno brązowymi oczami .
-      Jesteś prześliczny – szepnęła Lily, bojąc się poruszyć gwałtowniej, aby go nie wystraszyć. – Mogę… mogę dotknąć twoich rogów? – sięgnęła wolną ręką ku porożu, ale jeleń parsknął, a z jego nozdrzy buchnęła para. Lily wystraszyła się trochę. – Ok., ok. Rozumiem: nie dotykać rogów. Jak z Potterem i jego okularami…
Podrapała jelenia za dużym, miękkim uchem, a potem zaczęła gładzić go po nosie. Dziewczyna, zastanawiając się czy może zawołać Hagrida, aby mu się pochwalić, spojrzała przez ramię za siebie. Gdy ponownie jej oczy spoczęły na jeleniu, okazało się nagle, że to nie zwierze ma przed sobą, a człowieka. Jej ręka spoczywała na nosie Jamesa Pottera.
-      Mmmm Lily nie przestawaj – wymruczał Potter, uśmiechając się zawadiacko. – Masz takie ciepłe łapki…
Lily wrzasnęła wystraszona i odskoczyła. Potter parsknął śmiechem, ale zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, wściekła Lily z impetem wsadziła mu na głowę koszyk, a potem jeszcze zdzieliła pięścią.
-      Jesteś nienormalny, Potter! Nienormalny!- wrzasnęła, a potem odwróciła się i ruszyła energicznie w stronę zamku.
-      Och daj spokój, Evans! Przecież to było śmieszne! – zawołał Jim, po czym ruszył w pościg. – Sama przyznasz mi racje, że to było dobre. Śmieszniej było by tylko wtedy, kiedy byłbym goły.


Dnia czternastego lutego Lily obawiała się najbardziej ze wszystkich dni w roku. W prawdzie przez ostatnie dwa lata James Potter nie wyskakiwał już z niczym żenująco głupim, ale jednak niepokój ciągle w niej pozostawał.
Powoli żuła śniadanie, rozglądając się czujnie dookoła. Liz i Mandy, siedzące naprzeciw niej chichotały, słuchając Megan, relacjonującej swoją wczorajszą randkę. 
-      A wtedy powiedziałam mu… – wydyszała Meg, starając się powstrzymać od chichotania. – Nie byłam za bardzo pewna czy patrzy na mnie, czy na moją podartą pończochę… Tam było tak cholernie ciemno… Powiedziałam mu, że wcale się nie gniewam, ale skoro ma tak złego cela, to nie wróżę mu długiej kariery ścigającego.
Mandy i Liz ryknęły śmiechem, tak gwałtownym, że zatrząsł się od niego stół. Liz zniknęła na chwilę pod stołem, bo tak bardzo się śmiała, że musiała się zgiąć w pół. Mandy ocierała oczy krawatem.
W tym momencie do Wielkiej Sali weszli James i Syriusz. Wyglądali jak dwa skrajne bieguny huśtawki emocjonalnej – Jim promieniał szczęściem, a Black łypał na wszystkich złowrogo.  Potter wcisnął się na ławkę między Meg i Liz, tak, aby siedzieć naprzeciwko Lily. Dziewczyna poniosła na niego oczy, a on obdarzył ją szerokim uśmiechem.
-      W czym mogę ci pomóc, Potter? – zapytała, a on zaczął szperać nerwowo w swojej szkolnej torbie. Po chwili wyciągnął z niej jadowicie różowy kartonik i podał Lily.
-      Kolejna kartka? Daj ocenię, jak bardzo nienormalna jest tym razem.
-      Przeczytaj.
Dziewczyna zerknęła na podaną jej walentynkę. Środku, po lewej stronie James narysował wielkie, koślawe serce a po stronie prawej nabazgrał wierszyk:
Na górze róże,
Na dole lilie,
Jeżeli się ze mną umówisz,
Przestanę dręczyć Snape’a na chwilę.
-      I co? – odezwał się James pełnym oczekiwania głosem, gdy tylko zobaczył, że skończyła czytać.  – Jest poprawa, prawda?
-      Wolałabym mniej szantażowania, ale… przynajmniej się rymuje – westchnęła Lily, a on wykonał gest zwycięstwa.
Lily i jej koleżanki wstały, aby udać się na lekcje.
-      Rogacz, czym ty się cieszysz? – warknął Syriusz, który patrzył na swojego przyjaciela z mieszaniną irytacji i pożałowania na twarzy. – Nie powiedziała, że się z tobą umówi, nie?
-      Ale nie podpaliła mi głowy zaklęciem, prawda?
-      No tak – sarknął Black. – Widzę, że wasz związek właśnie wszedł w bardziej zaawansowaną fazę – ona już cię nie uszkadza, a ty za to nie molestujesz jej na każdym kroku.


-      Lily!
Wrzask Jamesa zakłócił sielankowy spokój sobotniego popołudnia w pokoju wspólnym. Lily i James wpadli przez dziurę za portretem niczym tajfun. Leżąca na podłodze Liz, została gwałtownie obudzona i zawarczała ze złością. Remus podniósł głowę znad książki.
-      O czym oni znowu… - jęknęła Liz, naciągając na głowę kaptur swojej sportowej bluzy. Remus, do którego się zwróciła, westchnął i przewrócił oczami.
-      To było śmieszne – wrzasnął James.
Lily nadal szła przed siebie, udając, że go nie słyszy. On deptał jej po piętach, gotując się ze złości. – Wszyscy się śmiali!
-      Ja, nie – odezwała się lodowato Lily. Zatrzymała się tak gwałtownie, że Jim wpadł na nią. Odwracając się smagnęła go włosami po oczach, więc syknął i załapał się za twarz.
-      No to co w takim razie dla ciebie jest śmieszne!? Czy ty w ogóle masz jakieś poczucie humoru?
-      TY mnie nie śmieszysz, Potter!
-      Więc, gdyby zrobił to ktoś inny, to byś się śmiała?
-      Nikt nie wpadłby na taki idiotyzm.
-      To nie był idiotyzm! To było naprawdę śmieszne. Chciałem ci poprawić nastrój!
-      Nikt cię o to nie prosił! Jeżeli tak poprawiasz ludziom humor, to ja bardzo dziękuję.
-      Świetnie- ryknął James, cały czerwony na twarzy. – Jeżeli tak trudno ci dogodzić, to już wcale nie będę próbował. Już nigdy się do ciebie nie odezwę!
-      I o to mi cały czas chodzi, Potter!
James zamarł na chwilę, jakby szybko się nad czymś zastanawiając.
-        O nie, nie będziesz miała tak dobrze! Skoro nie podobają ci się moje dowcipy, to będziesz ukarana! – zawołał buntowniczo.- Będę się do ciebie mówił i to cały czas!
Lily wydała z siebie dźwięk będący czymś pomiędzy warknięciem a westchnieniem, a potem odwróciła się na pięcie i wmaszerowała na górę po schodach do dormitorium.  

sobota, 19 stycznia 2013

Głupia Astal

Próbuj uczyć się do egzaminów.
Dla zabawy poszukaj w necie fanfików lily/james.
Uznaj, że nie ma żadnych dobrych.
Zacznij pisać znowu, żeby poprawić sobie nastrój.
Zorientuj się, że miałaś się uczyć do egzaminu.
Bądź smutna, bo zatęskniłaś za Jamesem.
Wróć do nauki.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wyniki konkursu!

Wiem, że miałam ogłosić wcześniej, ale jestem leniwa. Musicie mi wybaczyć.
Otóż zwycięzcą w moim pierwszym konkursie jest mystic_gaara!
Zaproponowana przez nią nazwa "Funbringers" bardzo mi się spodobała i od dziś jest ona nową nazwą kwartetu.
Zestaw słodkich filcowych muffinów trafia do zwyciężczyni.
Gratuluję!
Ast.

wtorek, 25 grudnia 2012

Rozdział Siódmy, w którym wiele rzeczy eksploduje.


Wesołych Świąt moi kochani! 
Bonus miał być dziś, ale nie mam pojęcia co mogłabym jeszcze tam dodać. Ktoś ma pomysł? Przyda mi się pomoc w kierowaniu tą historią. 
Przypominam o konkursie! 
A co do notki, to wiem, że nie te święta, ale mam nadzieję, że osłodzę Wam już i tak słodkie świąteczne leniuchowanie. 
Pozdrawiam, 
Astal



Victorie trzęsła się z zimna, ale nie miała zamiaru wracać do ciepłego dormitorium. Na luksus ciepłego łóżka i puchatej pościeli nie mogła sobie pozwolić teraz, kiedy miała do wypełnienia obowiązki prefekta naczelnego. Gnała przez korytarze, rozglądając się dookoła uważnie. Była pewna, że jej bracia i pozostała dwójka dziś wyruszyli na jakąś akcję. Zabroniła Carlowi iść ze sobą, bo wiedziała, że gdyby jego któryś z nauczycieli lub woźny zastał na korytarzu w środku nocy, to pewnie miałby kłopoty.  Nagle usłyszała głosy dochodzące zza rogu. Podkradła się na palcach i zaczęła nasłuchiwać.
-      Jak my wszyscy… jak my wszyscy, bracie – usłyszała głos jednego z bliźniaków.
Victorie zatarła ręce i sięgnęła do kieszeni szlafroka. Tu napotkała niespodziankę, bo jej ręka nie natrafiła na różdżkę. Była tak podekscytowana tym, że planuje nakryć swoich braci na czymś niecnym, że wybiegła z sypialni bez różdżki.  No cóż musiała grać na zwłokę. Słysząc odgłos zbliżających się kroków, wyskoczyła zza rogu i zagrodziła idącym drogę.
-      Ha! Mam was – zawołała, podpierając się pod boki. – Wiem, co knujecie i…
Zamarła w pół zdania. Przed nią stała tylko jedna osoba. W bardzo słabym świetle latarenki, którą ta osoba trzymała w dłoni widać było, że jest ubrana w długi, trochę wymięty płaszcz oraz pluszowe kapcie. To nie był żaden z chłopców, których ścigała, to był po prostu woźny!
Victorie wydala z siebie tak przerażający i wysoki wrzask, że woźny przez chwilę wystraszył się i cofnął o krok, nie zdążywszy oświetlić stojącej przed nim dziewczyny. Korzystając z tej okazji Victorie odwróciła się na pięcie i czmychnęła przed siebie. Biegła na oślep, co chwila się potykając. Kompletnie zapomniała o tym, że jest prefektem. Tak się przestraszyła, że jedyne co przyszło jej do głowy to „wiać”.
Gdy tak uciekała, jakieś drzwi, które właśnie mijała, otworzyły się i czyjaś ręka złapała ją za ramię, a potem wciągnęła do środka. Victorie straciła równowagę i klapnęła na podłodze. Nad nią stały cztery postacie.
-      Vic czyś ty zwariowała?!- odezwała się jedna z postaci głosem jej brata( bliźniacy mieli takie same głosy, ale ten ton należał do Dominique). – Dlaczego biegasz po szkole i drzesz się?
-      Ja… ja zwariowałam?! – wysapała dziewczyna, podrywając się na równe nogi. – To wy się włóczycie!
Złapała jednego z bliźniaków za przód piżamy i przyciągnęła do siebie, cały czas nim potrząsając.
-      Łamiecie regulamin szkoły! Planujecie jakiś dowcip! Ja jestem prefektem…
-      Ładny mi prefekt, który drze się na widok woźnego, zadziera kieckę i ucieka – odezwał się James, nawet nie starając się ukryć rozbawienia w głosie.
-      Wystraszyłam się po prostu!
-      Ta…
Victorie puściła brata, a za to złapała Jamesa. Ścisnęła go mocno i schyliła się, aby ich twarze były na tej samej wysokości.
-      Zacznę cię teraz bić i naprawdę nie jestem pewna, kiedy skończę…
-      Vic zostaw go – westchnął Louis, odciągając siostrę od kuzyna. – Przecież ty nie lubisz ciemności. Po kiego diabła tyś tu przylazła?
-      Widziałam jak coś knujecie! Wiedziałam, że będziecie dziś coś robić!
-      Nie masz żadnych dowodów.
-      To dlaczego jesteście poza lóżkami?!
-      Lunatykujemy – powiedział spokojnie Louis.
-      Na pewno uwierzę, że wszyscy na raz.. Jestem prefektem! Nie rób ze mnie idiotki!
-      Najpierw zajmij się hodowaniem cycków, a nie śledzeniem nas!
-      James ja cie zabiję!
Na szczęście Louis wykazał się refleksem i uratował Jima, łapiąc siostrę za szlafrok na plecach.
-      Spokój! – huknął Dominique. – Vic wracaj do łóżka.
-      Ani mi się śni! – syknęła Victorie, odwracając się i ruszając w stronę drzwi. – Wrócę tam, powiem, że was szukałam i…
-      I wkopiesz własnych braci?
Victorie zatrzymała się i spojrzała na nich uważnie.  Nawet w ciemności jej srebrno blond włosy lśniły.
-      Victorie zrozum, my mamy to w genach.
-      Genach?
-      Wujek George i jego brat to byli bliźniacy, tak jak my. James nie bez powodu ma tak na imię. Przecież znasz rodzinne historie, słyszałaś o Huncwotach i Magicznych Dowcipach Weasleyów. To musiało się stać.
-      Co mi tu będziesz z genetyką wyskakiwać? – zdenerwowała się Victorie.
-      Chciałem tylko zauważyć, że nas jest czterech i każdy z nas ma różdżkę. Ty masz swoją?
-      Nie.
Chłopcy ryknęli śmiechem, ale zaraz szybko zaczęli się uspokajać w obawie, że usłyszy ich woźny. Victorie cała trzęsła się ze złości.
-      Następnym razem przygotuję się lepiej! – zawołała. – Zobaczycie! Dziś sobie odpuszczę, ale jeszcze was dorwę.
To powiedziawszy wymaszerowała na korytarz, udając, że nie słyszy złośliwych chichotów za swoimi plecami.


Poranek Halloween okazał się spokojny i wolny od niespodzianek. Carlisle jednak postanowił nie pozwolić, aby ten spokój uśpił jego czujność. James i Chris zachowywali się normalnie, a przecież widział w nocy, że wychodzili gdzieś o koło północy. Z początku poczuł się delikatnie urażony, bo gdzieś głęboko w środku chciał bardzo, aby zaproponowali mu przyłączenie się do nich, ale potem stwierdził, że nie ważne jak wiele zabawy mają oni podczas nocnych włóczęg, on i tak jest za bardzo praworządny, aby do nich dołączyć. Jednakże delikatnie ukłucie zazdrości w sercu pozostało.
Podczas śniadania wyłowił wzorkiem z tłumu Victorie, która siedziała przy stole puchonów i łypała złowrogo to na Louisa, to na Dominique. Miała podkrążone oczy, a to był znak, że nie spała w nocy tylko próbowała zniweczyć plany tamtej czwórki. Carlisle domyślił się, że źle jej poszło. Miał tyle taktu, aby nie pytać na razie o szczegóły jej fiaska.
W końcu James i Chris skończyli śniadanie, więc cała trójka mogła udać się na lekcje. Niezmącony porządek i spokój trwały podczas porannych lekcji. Nawet na eliksirach Topher zachowywał się nadzwyczaj wzorowo. Jedyne, co można było uznać za dziwne to fakt, że James zbyt często zerkał na zegarek.
-      Fajne te nowe dekoracje, co? – zagaił Chris, kiedy szli korytarzem, kierując się w stronę sali zaklęć.
Carlisle skinął głową, nie bardzo zwracając uwagę na duże dynie, które wskazywał Chris. Rozstawiono je dzień przed Halloween na korytarzach różnych pięter. Podobno był to pomysł profesora Longbottoma, który bardzo lubił lampiony z dyni.
-      Jeszcze fajniej będą wyglądać wieczorem, jak będziemy szli na ucztę – dodał Jim, ale Carl już go nie słuchał, bo w pamięci powtarzał sobie swój referat na temat zaklęć leczących.
W końcu nadeszła przerwa obiadowa. Uczniowie wylegli na korytarze i tłumnie ruszyli w stronę Wielkiej Sali. W chwili, gdy na zegarze wybiła godzina druga po południu Carl szedł korytarzem, tak samo jak inni uczniowie, myśląc o obiedzie. Nagle zorientował się, że Jim i Chris, którzy wyszli z nim razem z klasy, gdzieś zniknęli.  Odwrócił się, aby ich poszukać i… BUM!
Coś eksplodowało kilka metrów przed nim. Dookoła rozległy się piski dziewcząt. Cały korytarz przez chwilę wypełniony był gęstym deszczem konfetti.  Carl i reszta uczniów, gdy już otrząsnęli się z szoku, zaczęli się śmiać. Niektóry nawet bili brawo. Gdy konfetti w końcu opadło, Carlisle ujrzał Jamesa i Chrisa idących w jego stronę. Obydwaj pękali z dumy.
-      Nieźle – ocenił Carl.
-      Nawet więcej niż nieźle, Carly!
-      Czy to zaklęcie synchronizujące wybuch? Nawet nie wiedziałem, że takie znacie.
-      Ależ skąd ja miałbym wiedzieć takie rzeczy, przecież ja…
-      Thoper nauczyciel już poszedł.
-      A więc podziękuję w imieniu całej grupy i przyznam się nieskromnie, że to oto zaklęcie ja sam wyszukałem w książce.


Dynie wybuchały aż do wieczornej uczty. Nauczyciele nie bardzo umieli sobie z nimi poradzić, bo niebyło tak naprawdę żadnej reguły, według której następowały kolejne detonacje. Co chwila pojawiało się kolejne epicentrum chaosu. Konfetti nie było też jedyną zawartością, jaka wydostawała się na zewnątrz podczas wybuchu dyń. Przeważnie pojawiały się cukierki, ale kilka dyń eksplodowało obsypując przerażonych uczniów gumowymi wężami. Sam profesor Adryk został uraczony wielkim żelkowym pająkiem, który wyładował na jego głowie z głośnym plaśnięciem.  James oczywiście nie mógł wytrzymać i bardzo chciał się przyznać do autorstwa tego żartu. Jednak Louis skutecznie powstrzymał go od tego rodzaju głupich pomysłów.
Cała czwórka dowcipnisiów przyczyniła się do czegoś, czego nigdy by się nie spodziewali, a mianowicie sprawili, że Darcy zmieniła trochę sposób, w jaki postrzegała Albusa. Z początku ci dwoje nawet nie wiedzieli, co się dzieje, gdy wyszli na korytarz z klasy. Kłócili się zażarcie o to kto lepiej dał sobie radę na lekcji zaklęć.
-      Albus – mówiła Darcy, siląc się na spokojną złośliwość, ale tak naprawdę była tak zdenerwowana, że miała ochotę go walnąć. – Ja rozumiem, że naturalne jest to, iż nie bierzesz pod uwagę braku swojego talentu, albowiem…
-      Och skończ już z tymi iżami i albowiewami – sykną Al, nerwowo targając sobie włosy.- Nie umiesz po prostu się pogodzić, że jestem w zaklęciach lepszy.
-      Bo tak nie jest! Flitwick jest nieobiektywny, bo uwielbia twojego ojca!
-      Rodziny w to nie mieszaj! Umówiliśmy się, że nie będziemy tak robić - Albus łypną na nią złowrogo, ale ona tylko parsknęła pogardliwie, chcąc tak w ten sposób ukryć swoje zakłopotanie.
W momencie, gdy mijali jedną z większych dyń, ta eksplodowała z ogłuszającym hukiem, a Darcy i Albus zniknęli w chmurze dymu. Rose, która szła za nimi wrzasnęła, równie zaskoczona. Chwilę potem oberwała w głowę gumowym wężem. Gdy dym opadł, Darcy i Albus pojawili się z powrotem, stojąc w bardzo dziwnej pozie. Dziewczyna była skulona i mocno wtulona w ramię Albusa. On stał wyprostowany i osłaniał Darcy swoim ciałem. Albus najwyraźniej zadziałał zupełnie instynktownie, bo w jego mina z śmiertelnie poważnej po chwili zmieniła się w wyraz zupełnego zaskoczenia. Rose widząc kuzyna bardzo starała się nie śmiać. Z początku wyglądał tak poważnie i bohatersko, jak nie on. Gdy zorientował się, że taka postawa wcale nie była konieczna, zawstydził się i spojrzał bezradnie na Rose. Ona parsknęła śmiechem i wzruszyła ramionami.
-      Mmm… Darc? – zaczął łagodnie Albus, pochylając się nad dziewczyną i lekko klepiąc dziewczynę po ramieniu.
-      Węże… - wyszeptała Darcy, nadal się kuląc i trzymając mocno przód swetra Albusa. – Nienawidzę węży. Są wstrętne.
-      One są gumowe, Spapphire – zapewnił Albus, przytulając ją do siebie mocniej. – Nic ci nie zrobią i…
Darcy momentalnie wyprostowała się. Twarz miała czerwoną z zawstydzenia. Omiotła nienawistnym spojrzeniem leżące na podłodze gumowe węże, a potem odwróciła się do Albusa.
-      Chodźmy wreszcie na ucztę – syknęła, wkładając w swój głos tyle jadu ile udało jej się wyprodukować.
Ruszyła przed siebie, nawet na nich nie czekając, a Rose i Albus podążyli za nią. On oszołomiony, a ona rozbawiona. Kilka pięter niżej natknęli się na Jamesa. Rose do razu odłączyła się od przyjaciół, natchniona wspaniałym pomysłem.
-      Jimbo! Jim…
James rzucił się na Rose i zamknął jej usta dłonią. Kilka osób zerknęło na nich z rozbawieniem.
-      Szszsz!
-      Zabieraj te łapy! Jimb…
-      Nie nazywaj mnie tak w szkole! – James znowu chciał ją uciszyć, ale tym razem Rose odskoczyła poza zasięg jego rąk.
-      A co w tym złego?
-      Och Rose… „Jimbo” może mówić do mnie mama, albo babcia. Podobało mi się, jak miałem sześć lat, ale teraz mam dwanaście.
-      Ale nadal zachowujesz się na sześć – wtrąciła niewinnie Rose, a James udał, że tego nie słyszał.
-      A  wyglądam nawet na czternaście!
-      Wyglądasz na solidne dwanaście, Jimbo.
-      Więc co chciałaś, Rosie? – powiedział Jim, trochę podnosząc głos, aby upewnić się, że nikt nie słyszał tego, jak go nazwała.
-      Ta blond żyrafa nazywa się Amber Green i jest w trzeciej klasie.
James spojrzał na kuzynkę z zachwytem.
-      Sama jesteś żyrafa – powiedział z miłością, a potem odwrócił się na pięcie i pognał przed siebie.
W momencie, gdy Jim zniknął za rogiem, z naprzeciwka nadszedł Malfoy. Musiał słyszeć słowa Jamesa, bo zlustrował Rose od stóp do głów, a potem wykrzywił się w ironicznym uśmiechu. Dziewczyna pokraśniała ze złości. Dobrze wiedziała, że ten parszywy Malfoy nabija się w duchu z jej wzrostu.
-      Dupek – warknęła w przestrzeń za odchodzącym Malfoyem, jednak traf chciał, że obelga trafiła w idącego przed nią profesora Adryka. Odwrócił się on i rozejrzał po korytarzu, ale tym razem Rose wykazała się refleksem i ukryła się za cokołem posągu, który stał nieopodal.
W chwili, gdy uczynna kuzynka kuliła się w obawie o swoją dobrą opinie, James gnał ku Sali Wejściowej.
Zatrzymał się przed otwartymi drzwiami, przez które właśnie wchodziła drużyna puchonów. Wszyscy byli wściekli, mokrzy oblepieni błotem. Był to ewidentny znak, że na zewnątrz szalała burza. Amber szła na końcu. Była raczej niepocieszona, niż wściekła, tak jakby nie miała nic przeciwko, aby trenować podczas ulewy i zawiodła się na wytrzymałości swoich kolegów.
Zatrzymała się przed Jamesem i uśmiechnęła. Grudka błota spłynęła jej z policzka na ramię.
-      Nareszcie się spotykamy – powiedziała dziewczyna.
W tym momencie za jej plecami wybuchła jedna z dyń obsypując wszystko dookoła czarno-pomarańczowym konfetti.
-      Jestem Amber Green.
-      Wiem – wydusił z siebie James. – Ja jestem James Potter.
-      Domyślałam się.

sobota, 15 grudnia 2012

Kolejny bonus, tym razem zasugerowany.

Zainspirowałam się komentarzem M.K. pod ostatnim bonusem.
Smacznego a ja idę odmrażać nogi i tyłek, bo dziś zmarzłam na Nowym Świecie podziwiając iluminacje.
Wasza,
Astal



Święta to był szczególny czas. Nawet w domu rodzinny Black-Potter-Lupin. Oczywiście dwa pierwsze człony z nazwiska nie dużo robiły sobie ze świątecznych porządków oraz innych rodzajów przygotowań. Dlatego więc będąc na zakupach Remus cały czas martwił się tym, co działo się w domu. W jego głowie przewijały się szalone wizje Harry’ego i Syriusza demolujących dom.  W rzeczywistości zadanie, jakie zlecił tamtej dwójce, czyli posprzątanie salonu i oprawienie choinki, nie było niczym niebezpiecznym, ale przecież oni nawet z mycia zębów umieli zrobić trzecią wojnę światową. Dwa dni temu, gdy poprosił ich o pomoc przy dekorowaniu domu lampkami, to skończyło się na tym, że Syriusz o mało nie skręcił karku na oblodzonej drabinie, a Harry zleciał z dachu i byłby pewnie się połamał, gdyby nie szybka reakcja Remusa.
Spojrzał na listę zakupów i ignorując dopiski Harry’ego („zimne ognie i torba chipsów dla Harry’ego”), zaczął sprawdzać czy pamiętał o wszystkim. Był zamyślony tak bardzo, że nie zauważył kobiety, która stała nieopodal niego i przyglądała mu się.
-      Remus? – odezwała się, a on był tak zaskoczony słysząc swoje imię, że aż upuścił mrożonego indyka na jej buty.
-      O rety – wyjąkał, kiedy ona zebrała indyka z posadzki i wcisnęła mu go z powrotem w objęcia. – Och świetnie wyglądasz! Nic się nie zmieniłaś. K-kiedy wróciłaś?


-      Proszę państwa co za emocje! – wołał Syriusz stojący na stoliku do kawy na środku salonu. – Nasz najmłodszy zawodnik zadziwił wszystkich swoim talentem w choinkowego quidditcha!
Harry, który wisiał w powietrzu tuż obok choinki zachichotał. Dzięki temu mógł bez problemu mógł zawieszać bombki, chociaż nie udawało mu się to robić tak, aby drzewko wyglądało estetycznie. Po prostu łapał ozdoby choinkowe, które rzucał mu Syriusz, a potem zarzucał je na gałązki drzewka.
-      Co wy wyprawiacie?! – rozległ się nagły krzyk od strony drzwi.
Syriusz tak się przestraszył, że zmiażdżył bombkę, którą miał w ręku i opuścił różdżkę, zapominając o zaklęciu, które utrzymywało Harry’ego.  Chłopiec gruchnął na fotel z głuchym łupnięciem. Kotka, która spała na poręczy tegoż fotela miauknęła z przerażeniem i pomknęła do kuchni.
W drzwiach stał nie kto inny, jak Lupin. Był blady z przerażenia. Przejęty Syriusz zeskoczył z kanapy i podbiegł do swojego chrześniaka. Jednak Harry’emu nic się na szczęście nie stało, choć od razu poskarżył się na ból w okolicy lewego pośladka.
-      Czy coś się stało? – rozległ się damski głos zza pleców Remusa.- Słyszałam, że cos upadło…
Syriusz, który pochylał się nad Harrym, spojrzał w stronę drzwi i zamarł. Harry też odwrócił się w tamtą stronę. Damski głos należał do niewysokiej kobiety, która stała na progu ich domu. Z początku Harry pomyślał, że to młoda dziewczyna, jednak, gdy lepiej jej się przyjrzał uznał, że może ona być rówieśniczka Lupina i Syriusza.  Miała gęste, kręcone włosy koloru mlecznej czekolady i mnóstwo piegów na twarzy. Z początku, na widok Syriusza zamarła i zrobiła wystraszoną minę, ale zaraz potem uśmiechnęła się łagodnie i radośnie. Na jej twarzy dookoła oczu i ust pojawiły się zmarszczki mimiczne i przez to utraciła trochę swój dziewczęcy wygląd.
-      Liza… - wydusił z siebie Syriusz, a Harry spojrzał na niego podejrzliwie.
-      Wejdź Liz – odezwał się Lupin, łapiąc ją za ramię i wciągając do środka. – Nie stój na progu. Daj płaszcz, ja powieszę.
Syriusz wyprostował się, ale nadal nie ruszył się z miejsca. Harry, wychylając się zza pleców swojego chrzestnego, przyglądał się Liz dokładnie. Gdy zdjęła buty na obcasie okazała się jeszcze niższa. Lupin, dziwnie nerwowy i za wszelką cenę starający się nie patrzeć na Syriusza, zaciągnął Liz do salonu i siłą usadził na fotelu. W momencie, gdy kobieta usiadła, jej oczy padły na Harry’ego. Aż krzyknęła ze zdumienia.
-      James!
-      Głupia jesteś – odezwał się Syriusz łagodnym i pełnym uczucia głosem. – To jest Harry.
-      O boże przepraszam! – Liz szybko zerknęła na Syriusza, a potem zwróciła się do Harry’ego, który już zdążył usiąść w klasycznej pozycji. – Po prostu byłam przyzwyczajona do widoku tej trójki razem, że jakoś bez zastanowienia założyłam, ze on powinien tu być.
-      W porządku. Często mnie mylą z tatą. Syriusz czasami też woła na mnie „James” jak się zapomni.
W złotobrązowych oczach Liz, gdy spojrzała na Syriusza, błysnął wyrzut. On przewrócił oczami, tak jakby doskonale wiedział, co ona chciała mu powiedzieć.
-      Harry chodź, zrobimy herbatę – odezwał się Lupin, łapiąc podopiecznego za ramię i holując go w stronę kuchni.
Gdy zaleźli się w kuchni Lupin zamknął za nimi drzwi i robił tyle nienaturalnego hałasu przy szukaniu kubków, że Harry nie wytrzymał i zapytał:
-      Remus… kim jest ta pani?
-      Liz? Hmmm ona jest… Trudno trochę określić jednym zdaniem…
-      Remus…
-      Ok. ok. Elizabeth Tucker jest byłą dziewczyną Syriusza.
-      Co?! On miał dziewczynę?
-      No… miał w szkole. Liza była też przyjaciółką Lily.
-      Dlaczego ja o takich rzeczach dowiaduję się zawsze ostatni?
-      Ciiicho Harry. Dajmy im sobie porozmawiać. Nie widzieli się czternaście lat.
-      Opowiedz mi wszystko.
-      Nie wiem czy jestem najlepszą osobą, aby opowiadać o życiu Syriusza.
-      Jak nie mi nie powiesz, to do nich tam pójdę.
Remus westchnął i wskazał Harry’emu krzesło, a potem sam siadł na drugim.

W salonie pozostawieni sami sobie Liz i Syriusz długo milczeli, aż w końcu oboje naraz otworzyli usta, chcąc coś powiedzieć.
-      Ty pierwszy – powiedziała Liz, ale on potrząsnął przecząco głową.
-      Ty mów, co chciałaś powiedzieć…
-      Ja.. – zaczęli oboje i natychmiast zamilkli.
Zza drzwi kuchni dochodziły głośne dźwięki otwierania i zamykania szafek. Liz miętosiła w obu dłoniach swoją spódnicę. W końcu nagle się wyprostowała, spojrzała na Syriusza a wyraz jej twarzy wskazywał na to, że podjęła jakąś decyzję. Zanim on zareagował wstała i rzuciła mu się na szyję.
-      O rety Syriusz! Nic nie mów! Nic nie mów! Tak mi ciebie brakowało. Tak się cholernie o ciebie bałam – głos jej drżał i dostała nagle kataru.
-      Liza…
-      Ja nie wiedziałam! Moi bracia nic mi nie powiedzieli, a ja przecież bym wróciła! Mówili, że pewnie umarłeś w celi…
-      Liza, przecież wiesz, że twój powrót nic by nie zmienił. Dobrze, że nie wróciłaś. Nie chciałem, żebyś widziała mnie w takim stanie – westchnął Syriusz, klepiąc ją po głowie.  – Dlaczego ty nadal pachniesz cytrynami?
-      Bo nadal je lubię.
Syriusz otoczył ją ramionami i przycisnął do swojej piersi tak mocno, że aż stęknęła.
-      To takie dziwne, że to pamiętam.
-      Dużo w końcu razem przeżyliśmy – otarła łzy wierzchem dłoni i usiadła obok niego. – Długo mu schodzi z tą herbatą – dodała, spoglądając w stronę drzwi.
-      Chrzanić herbatę i tak jej nie znoszę, bo on robi za cienką. Zostaniesz u nas na święta?
-      Ale ja nie wiem czy to wypada.
-      Daj spokój. Lunatyk będzie bardziej niż szczęśliwy. Szkoda mi go trochę, że jest na nas skazany.
-      Jesteś straszny w roli rodzica?
-      Potworny.